poniedziałek, 15 lipca 2019

Urlop dla mózgu


Przez ostatnie dwa i pół tygodnia moja głowa funkcjonuje w trybie wyczynowym; po zakończeniu roku szkolnego pojechałam na szkolenie związane z nowym sylabusem, a od tej pory próbuję ułożyć optymalny program nauczania, skacząc przez kraje, gatunki, media i epoki, i jakoś budując sensowną, harmonijną całość. W piątek dotarło do mnie, jak bardzo jestem zmęczona; w sobotę  że tym, co wprawia mój mózg w niekontrolowany dygot, jest między innymi internet, który dostarcza mi informacji, i że muszę go odciąć, co zrobiłam. 

Muszę wreszcie przestać odrabiać lekcje, żeby mój biedny mózg przestał wreszcie robić gwiazdy.

W niedzielę mówiłam rzadko i głównie monosylabami. Dziś w ramach resetu obejrzałam wreszcie „Magic Mike” (którego fabułę możnaby spisać na strzępie chusteczki higienicznej), i pojechałam na rower w miejsce, które ma klimat tajemniczego amerykańskiego przedmieścia, i niesamowicie mnie relaksuje. (To miejsce przyciąga też nastolatków; widziałam długowłosą dziewczynę wyczyniającą sztuczki na longboardzie, uprawiającego jogging chłopaka, który na mój widok  odwrócił się i zaczął biec w przeciwnym kierunku, i dziewczynę, która na ławeczce czytała książkę z kultowej serii Prozy Iberoamerykańskiej Wydawnictwa Literackiego.)

Co za tym idzie dla mnie i bloga? Odcięcie się od rozmów o szkole i koniec zastanawiania się, którego działacza społecznego wziąć na tapetę; ostre ograniczenie korzystania z internetu; odłożenie na jakiś czas rzeczy, które pobudzają mnie intelektualnie czy wymagają syntezy. Dla bloga może to oznaczać tyle, że wakacyjne posty będą mniej rozbudowane/ syntetyzujące niż te, które ukazywały się w poprzednim roku, lub że zrobię sobie krótką przerwę. Muszę odetchnąć.

Następny post zapewne pojawi się w czwartek, jak zwykle.

P.S. Mimo wszystko bardzo polecam „Rób, co należy / Do the Right Thing” z 1989 roku – film, na który Obamowie poszli na pierwszą randkę.

czwartek, 11 lipca 2019

Odkrycia lipca


Dziś: moja ulubiona letnia sałatka, higiena zębów less waste, i pierścionki, które wpadły mi w oko.

Sałatka z brzoskwini, czerwonej cebuli i nektarynek

Przepis pochodzi z "Martha Stewart Living", z numeru z czerwca 2011, i świetnie pasuje do mięsa z grilla bądź patelni grillowej – od kurczaka, przez polędwiczki wieprzowe, po karkówkę. To niekwestionowany hit wszystkich naszych "obiadowych" spotkań o tej porze roku.

Uwaga: przepis podobno jest na cztery osoby, ale ja zawsze podwajam ilość składników.
  • 3 brzoskwinie (wolę nektarynki), pokrajane w półplasterki grubości centymetra
  • 1/4 cebuli czerwonej, pokrajanej w piórka
  • 1/3 szklanki świeżych liści bazylii (duże liście należy podrzeć)
  • sok z połowy cytryny lub limonki
  • sól (w oryginale pół łyżeczki grubej soli, ja daję jej znacząco mniej)
  • świeżo zmielony pieprz
  • łyżka oliwy extra-virgin
Półplastry brzoskwiń/ nektarynek wymieszać z cebulą, bazylią, sokiem, solą, pieprzem. Polać oliwą.

Szczoteczka do zębów Jordan z recyklowanego plastiku

zdjęcie: materiały producenta, via
Kuzynka właśnie dała mi znać, że w sklepach (na razie w Rossmanie, potem pewnie innych, ale może się mylę) pojawiła się szczoteczka do zębów wykonana w 90% z plastiku z recyklingu, w kartonowym opakowaniu. Można? Można. (Bonus wychowawczy: moje dziecko wciąż zadaje mi pytania, czym była ta szczoteczka w poprzednim życiu, i wymyślamy historie na temat jej przygód.)

Szczoteczka, zaprojektowana przez jakiegoś guru skandynawskiego designu, jest smukła i poręczna (wreszcie mam szczoteczkę mieszczącą mi się do stojaczka), wygląda bardzo retro, jest dostępna w czterech stonowanych odcieniach, a i cena (9,99 zł) nie straszy.

Mała uwaga, jeśli chciałybyście ją kupić: Jordan Green Clean dostępna jest w twardościach soft i medium, i medium okazało się nieco twardsze, niż do tego przywykłam.

Ważny edit: w moim Auchan wypatrzyłam chyba jeszcze lepszą opcję, czyli bambusową Humble Brush, za jakieś 15 zł.

Do tego kuzynka poleca pastę Tołpa Sensitive w metalowej tubie (dostępną stacjonarnie np. w drogeriach Hebe).

Pierścionki w stylu Art Deco


Szlif bagietkowy został opracowany w latach 20. i 30. XX, w czasie dominacji estetycznej Art Deco. Oryginalnie stosowano go do szlifowania diamentów; dzięki geometrycznej formie i prostym liniom szybko zyskał na popularności. Potem kamienie cięte w kształt bagietki stosowano głównie jako dodatek podkreślający inne, większe. Dziś wraca moda na pierścionki będące geometrycznymi kompozycjami z kamieni (nie tylko diamentów) ciętych w kształcie bagietek; na razie widzę takie modele w ofercie niedużych pracowni jubilerskich w Stanach, i czekam na to, kiedy ta moda dotrze do Polski.
Od dołu po lewej, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: pojedyncze pierścionki z Etsy; Artemer Studio, Fiat Lux San Francisco, Linda Mangold.

A jakie pierścionki Wy lubicie nosić?

Zdjęcie tytułowe: Wilfred Wong, Unsplash.

poniedziałek, 8 lipca 2019

Letni rozruch artystyczny


Kilka pomysłów na to, jak tego lata wyjść poza bierne uczestnictwo w kulturze – zrobić coś więcej, niż przeczytanie dobrej książki, obejrzenie mocnego dokumentu, czy pójście na wystawę artysty, którego nie znamy.


***
Zdjęcie powyżej (moja ulubiona modelka, Jean Patchett, fotografowana przez Ninę Leen) nie do końca odzwierciedla cel tego wpisu, bo tak naprawdę nie będę Was zachęcać do pójścia do muzeum. Chciałabym, żebyście dały się namówić na stworzenie czegoś – wiersza, rysunku, sytuacji; żebyście sprawdziły, czy twórcza postawa wobec życia coś Wam daje (wpływ tworzenia na działanie mózgu jest podobno nie do przecenienia).

Niedawno przeczytałam krótką mowę Neila Gaimana, kiedyś jednego z moich ulubionych autorów, skierowaną do studentów Akademii Sztuk Pięknych w Filadelfii. Oto fragment (tłumaczenie moje):
Życie bywa ciężkie. Czasem rzeczy idą źle, i w życiu, i w miłości, i w interesach, i w przyjaźni, i w sprawach zdrowotnych, i wszystkich innych aspektach życia, które mogą pójść źle. A kiedy rzeczy idą źle, oto, co należy zrobić.
Twórz dobrą sztukę.
Mówię poważnie. Twoja żona zwiała z politykiem? Twórz dobrą sztukę. Twoja noga została zmiażdżona i zjedzona przez zmutowanego boa dusiciela? Twórz dobrą sztukę. Ściga Cię urząd podatkowy? Twórz dobrą sztukę. Twój kot wybuchł? Twórz dobrą sztukę. Ktoś w internecie sądzi, że to, co robisz, jest głupie, złe, albo wtórne? Twórz dobrą sztukę. Wszystko się pewnie ułoży, i z czasem przestaniesz odczuwać ból, ale to nieważne. Rób to, co Ty jeden robisz najlepiej. Twórz dobrą sztukę.
Twórz ją też w dobre dni.
(Pełen tekst mowy znajdziecie tutaj.)

No dobrze – spytacie – ale jak mam tworzyć sztukę, jeśli nie robiłam tego od lat, albo od liceum, albo nigdy?
***

Pisanie

Wczoraj zgarnęłam do ładnego segregatora wszelkie szkolne teczki (do których będę w wakacje regularnie zaglądać...) i położyłam na biurku swój egzemplarz „Twórczego pisania dla młodych panien”, książki powieściopisarki, eseistki, wykładowczyni Izabeli Filipiak. Mimo tytułu sygnalizującego naiwność jest to gęsty, wszechstronny podręcznik twórczego pisania; trzeba mi było kilkunastu lat i trzech podejść, żeby się z nim dogadać, ale teraz jestem zadziwiona jego użytecznością (sięgnęłam po niego szukając praktycznych ćwiczeń dla licealistów, i wsiąkłam). Oto fragment przedmowy:
Przeczytanie tego podręcznika nie zrobi z ciebie pisarki. Rozwiązywanie poszczególnych ćwiczeń może zainspirować cię do rozwinięcia jednego z nich i nadania mu formy małej powieści, może także wystarczyć na mały zbiór opowiadań. Czy to znaczy, że niedługo odkryjesz, że ktoś napisał już książkę, którą ty chciałaś napisać, bo posłużył się tym samym podręcznikowym kluczem? Nic podobnego. Na szczęście jesteśmy bilionami doświadczeń, tych wewnętrznych i tych zewnętrznych, które składają się na naszą niepowtarzalność. Czytanie „prac domowych” na zajęciach pokazało, że chociaż polecenie może być jedno, to możliwości jego realizacji są praktycznie nieskończone. Teksty mogą różnić się od siebie tak bardzo, jakby powołały je do życia całkiem różne żywioły i jakby było ich więcej niż cztery. Możesz już zacząć wymyślać swoje własne „polecenia” i „ćwiczenia” na wzór tych zawartych w podręczniku. A kiedy życie – rozumiane jako to, co wydarza się przed naszymi oczami, na ulicy albo w telewizji, albo to, co można odnaleźć w archiwach i starych gazetach, czyli życie innych ludzi – zacznie cię inspirować, to znaczy poruszać twoją wyobraźnię, gdy zatem stanie się nieskończonym zbiorem ćwiczeń do twórczego pisania, to znaczy, że ten podręcznik spełnił swoją funkcję, bo już jesteś pisarką. Jeśli natomiast zastosujesz go w ograniczonym wymiarze jako przewodnik po swoim wewnętrznym świecie, po to jedynie, żeby ożywić własną kreatywność w innych rodzajach działalności niż literacki, to zauważ, że twórcze pisanie bardzo rzadko oznacza drogę do kariery, a znacznie częściej i pełniej jest tym, czym naprawdę jest – sposobem twórczego i uważnego bycia w świecie.
Książkę można znaleźć na Allegro i na chomiku – o tym ostatnim wspominam dlatego, że książka od pierwszego wydania w 1999 roku nie była wznawiana, i sama autorka zawiesiła pdf na swojej stronie domowej (która jednak od tej pory została zlikwidowana), więc myślę, że nie obraziłaby się za to, że ktoś zdobył książkę w taki sposób.

Doświadczanie

zdjęcie: Łukasz Szmigiel, Unsplash
Zaplanuj dla siebie – a najlepiej także dla innych – popołudnie idealne: piknik, leniuchowanie pod miastem, kolację al fresco, udział w koncercie plenerowym. Ja w te wakacje mam w planie wdrożyć w życie przepis Johna Keatsa na popołudnie, które jemu – i nie tylko jemu – dałoby dużo przyjemności:
Dajcie mi książki, francuskie wino, owoce, dobrą pogodę i trochę muzyki, granej na wolnym powietrzu przez kogoś, kogo nie znam.

Pisanie haiku

Haiku jest japońską formą poetycką składającą się z trzech wersów i 17 sylab w formacie 5-7-5, którego przedmiotem zwykle jest świat przyrody, które często zawiera odniesienie do pory roku, i wyraża nastrój, myśl lub uczucie. Formatu 5-7-5 nie należy się trzymać niewolniczo; wariacje – idące jednak zazwyczaj w stronę mniej niż więcej – są jak najbardziej dopuszczalne, czytałam o haiku wyrażonych jednym wyrazem (sama napisałam wiele haiku w alternatywnym formacie 4-5-5 sylab).

Tu bardzo przejrzysty opis tego, czym jest haiku, ze strony konkursu organizowanego przez Polskie Stowarzyszenie Haiku (do 15 lipca można przesyłać zgłoszenia):
  • Haiku nie są myślami intelektualnymi. Haiku to zaledwie szkic, to sztuka niedopowiedzenia – mniej znaczy zawsze lepiej, jeśli chodzi o wybór słów, a język powinien być prosty i bezpośredni.
  • Haiku powinny być pisane w czasie teraźniejszym.
  • Haiku to obraz rzeczywistości i dobrze gdy czytelnik może zobaczyć nie tylko obraz ale i usłyszeć dźwięki, poczuć smak, dotyk, przypomnieć sobie zapach.
  • Haiku nie uogólnia ani nie wyjaśnia. Unika się opisów emocji – zamiast tego obraz lub moment w czasie jest przedstawiany w sposób, który wywołuje tę emocję u czytelnika.
  • 17-sylabowa forma 5-7-5 jest tradycyjna, ale nadmierne skupianie się na liczeniu sylab może prowadzić do użycia niepotrzebnych słów, które czynią haiku przeładowanym lub brzmiącym sztucznie.
  • Pamiętajmy – haiku bezpośrednio doświadczone w jednej chwili prawie zawsze są najświeższe i najlepsze.

Rysowanie

zdjęcie: Lavi Perchik, Unsplash
(Materiały z tej i następnej sekcji są tylko w języku angielskim.) Rysowniczka komiksów (i nauczycielka rysunku komiksowego) Lynda Barry mówi, że większość ludzi zniechęca się do rysowania, nim ukończą dziesięć lat – kiedy zauważają, że mają trudności z narysowaniem oczu i nosa. W filmie poniżej mówi o tym, jak przełamać lęk przed rysowaniem, tłumacząc, że po pierwsze, ludzie instynktownie odczytują elementy pozostające względem siebie w konkretnym układzie jako twarze, a po drugie, osoby „nieumiejące rysować” wnoszą najwięcej kreatywnego fermentu w jej zajęcia:


Tu znajdziecie audycję, w której Lynda Barry przeprowadza słuchaczy przez bardzo ciekawe ćwiczenie z rysowania.


Robienie kolaży

Bliżej niż do rysowania jest mi chyba do robienia kolaży. Tu znajdziecie doskonały kanał YouTube z tutorialami reprezentowanej przez Saatchi Art (internetową galerię sztuki) artystki Colleen McCulla, która od 2012 codziennie tworzy kolaże. Poniżej film, w którym opowiada o tym, jak wycinać materiał do kolaży:
Na razie powstrzymałam się od kupna dedykowanych nożyków i maty do cięcia, ale jutro wybieram się do sklepu Sue Ryder w poszukiwaniu książek z odpowiednio pojechanymi ilustracjami. Mam poczucie, o że dobrze mi to zrobi.

Załóż bloga

Piszę serio: pisanie bloga może być bardzo przydatną formą ekspresji  motywującą do przemyśleń, samodyscypliny (odkąd tu piszę, chętniej próbuję nowych rzeczy  a bardzo mi tego brakowało), i odejścia od banału. Wiele ciekawych wpisów na moim blogu, z tym włącznie, zaczęło się od dość oczywistego pomysłu, w którym pojawiła się jakaś mniej oczywista nutka, która poprowadziła cały tekst w zupełnie innym kierunku; bardzo lubię obserwować, jak to się dzieje.

A co najważniejsze, niekomercyjne blogi mają jedną ważną cechę sztuki – są bezinteresownym darem piszącego dla odbiorcy.

***
Ja zamierzam tego lata wypróbować wszystkie powyższe, choć najwięcej uwagi poświęcę chyba pisaniu, blogowi i kolażom. A czy Wam coś z tej listy się podoba? Co byście do niej dopisały?

czwartek, 4 lipca 2019

Pokaż mi swoje skarby, a powiem Ci, kim jesteś


Niedawno opętało mnie drogie i piękne pióro wieczne; kiedy już minęły mi drgawki (ale nie niedowierzanie), a w torebce zagościł kawałek bazaltu z dodatkiem kilku nieoczywistych metali, zaczęłam myśleć o tym, co różnym ludziom wydaje się warte swojej ceny.

***
Jestem dość odporna na technologiczne mody i snobizmy. Kiedy rok temu na pytanie, co u mnie, odpowiedziałam koledze, że właśnie kupiłam laptopa i smartfona, był bardzo rozczarowany tym, że była to tania Nokia i laptop poleasingowy (niewymagającym Bóg wie czego bardzo polecam jedno i drugie). Nie włożyłabym za to sportowego obuwia do pracy, noszę zegarki, które trzeba nakręcać, a kilka egzemplarzy biżuterii z prawdziwego zdarzenia przeplatam z kolczykami za dwadzieścia złotych tak, że nikt ich nigdy nie skomentował. 
Kluczowe (dla mnie przynajmniej) są dwie zasady: korzystanie ze swoich skarbów i włączanie ich w codzienne funkcjonowanie w świecie, oraz dyskrecja, o którą paradoksalnie łatwiej przy codziennym ich używaniu. Kiedy używam konkretnego przedmiotu z szacunkiem, ale często, staje się częścią mnie.
To, co nas określa zewnętrznie, to jednak nie tylko przedmioty; w „Warsztatach stylu” Maria Młyńska (Ubieraj się klasycznie) wyodrębnia, wśród składników stylu związanych z otoczeniem, takie elementy, jak dom, sposób spędzania wakacji, jedzenie, technologia, muzyka. (Ważne są też składniki związane z wyglądem i zachowaniem – np. postawa, mimika, zapach, zadbanie –  i charakterem – pewność siebie, maniery, erudycja, hobby, stosunek do innych).

Lubimy myśleć o tym, że to, z czym się identyfikujemy, nasze osobiste symbole statusu, związane z tym, jaki obraz siebie chcemy widzieć i pokazywać innym, jest tylko nasze. Tymczasem jest to związane ze środowiskiem, które nas uformowało – z którego wyszliśmy, w którym się edukowaliśmy i w którym się obracamy, bądź przeciwnie – tym, od którego uciekamy, lub do którego aspirujemy.

Poniżej trochę o tym, pamiętajcie tylko, że nie jestem socjologiem, że świadomie wybieram trzy grupy środka, i że nie piszę o ludziach, którzy określają się przez styl życia trekkingowo-podróżniczy, bo tu mam małe pole do obserwacji.

Mało wiem o w miarę nowej w Polsce (a np. w Anglii bardzo szybko rosnącej) grupie new affluent workers, ambitnej i wykształconej, zajmującej miejsce pomiędzy klasą robotniczą a średnią klasą techniczną (tu brytyjski test). To ludzie dobrze wykształceni, mieszkający w miastach, odbiorcy nowych form kultury (tańca współczesnego, fotografii, muzyki młodych lub offowych artystów), i nowych mediów. Podejrzewam, że ich (Wasze?) zainteresowania i potrzeby mogą być kolażem wszystkiego, o czym wspominam poniżej, i służyć szukaniu tego, co ciekawe i inspirujące.

Technokraci

Zdjęcie: Green Chameleon, Unsplash
Szybko poszerzająca się grupa ludzi niezainteresowanych ludźmi innymi od siebie (członkowie tzw. klasy średniej technicznej najczęściej spędzają czas z ludźmi z tej samej grupy – źródło). 

Ich wyznaczniki statusu najczęściej związane będą z nowymi technologiami i związanymi z nimi sposobami spędzania czasu (korzystaniem z mediów społecznościowych, oglądaniem telewizji i seriali, uprawianiem fitness). Będą to np. gadżety do monitorowania wysiłku fizycznego i snu, elektronika użytkowa, ekrany wypuszczane z sufitu.

W ramach kaprysu często wybierają tzw. doświadczenia (skoki spadochronowe, przejażdżki drogimi samochodami), chętnie podróżują w mało oczywiste miejsca.

Artyści i ekscentrycy

via @dirkjankinetinteriors
Przede wszystkim: jeżeli czytasz te słowa i jesteś artystą, to niniejszym zechciej przyjąć wyrazy szacunku i wiedz, że wiem, że wymykasz się zaszufladkowaniu.

Artyści są zwykle towarzyscy i (co oczywiste) aktywnie zainteresowani kulturą; chętnie mieszają kulturę wysoką z nowymi formami (tańcem współczesnym, fotografią, koncertami młodych lub offowych artystów). Lubią wyrażać swoją indywidualność poprzez wizerunek, czasem bardzo wyrazisty, ozdabianie ciała i przestrzeni, w której funkcjonują.

Często są niezbyt stabilni finansowo, ale inwestują w zbiory mediów, w których pracują i które ich inspirują (filmy, płyty, albumy); narzędzia pracy („środki produkcji” w niektórych dziedzinach sztuki i rzemiosła  często okazują się bardzo kosztowne); prace innych artystów; oryginalne (czasem z drugiej ręki) meble i ozdoby do mieszkania. Znajdą pieniądze na to, by pojechać na występ czy wystawę ulubionego artysty, lub przedmioty związane z ulubionym fandomem.

Inteligenci

Moje 'trendy marki' poznaję dzięki ulubionym pisarzom. Na zdjęciu maszyna do pisania marki Corona.
Zdjęcie - Peter Pryharski, Unsplash
Mniej zamożna, za to „dziedzicznie” wykształcona część klasy średniej. Ich skarby (pióra, zegarki, płyty analogowe, stare maszyny do szycia) często podkreślają przywiązanie do tradycji, lub świadczą o pewnej nostalgii. Wolą elektronikę funkcjonalną od modnej, książki papierowe od e-booków. W poszukiwaniu tanich, jakościowych sprzętów i dobrego designu chętnie sięgają po przedmioty używane (zegarki, meble, sprzęt grający). Często mieszają elementy stare, kupione z drugiej ręki lub odziedziczone, i nowe, czasem w stylu retro (nowoczesna elektronika w staromodnym opakowaniu).

Ekstrawagancje tej grupy związane są najczęściej z korzystaniem z kultury wysokiej lub tradycją – to może być wyjazd na wystawę ulubionego artysty, inwestycja w sprzęt grający z lat osiemdziesiątych,  pierwsze wydanie ważnej dla nich książki.

***
I na koniec: pamiętajmy o tym, że wszystko można robić na wiele sposobów. Tak jak zegarki zegarkom i buty butom nierówne, tak różne może być to, czego szukamy w egzotycznych podróżach czy choćby zwiedzaniu zabytków, co unaocznił mi zeszłotygodniowy wypad do Wrocławia. 

Zwiedziliśmy zamek w Mosznej (wybudowane na przełomie XIX i XX wieku gmaszysku w stylu neobaroku, neogotyku i neorenesansu  każde skrzydło z innej bajki), po którym przewalały się tłumy wytatuowanych ludzi płci obojga, pań z rzęsami z norek i krzyczących dzieci. W drodze powrotnej zajrzeliśmy do Rogowa Opolskiego, obejrzeć renesansowy pałac o  pięknej, tchnącej spokojem bryle, stojący w cichym ogrodzie, gdzie prócz nas były raptem dwie osoby. Zamiast komentarza: właścicielem pierwszego zamku jest Skarb Państwa, drugiego – Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Opolu.

Pozdrawiam i do przeczytania w czwartek!

poniedziałek, 1 lipca 2019

Bombonierka z kamienia

Ryga to miasto, które, jak łotewska kuchnia, jest nieco zbyt; pierwsze, co przyszło mi do głowy po przyjeździe, to że czuję się jak w sztucznie wygenerowanym mieście z gry komputerowej, z jednej strony bardzo malowniczym i ozdobnym do granic możliwości, z drugiej – nieco zbyt posępnie-oniryczno-monumentalnym. Do tego Ryga jest miastem portowym, więc chodziłam po niej w urywającym głowę wietrze i przy krzyku mew.
Dom Bractwa Czarnogłowych - klik
Trzech Braci - klik
Starówka wydaje się zaplanowana z myślą o dostarczeniu  przyjemności patrzącym, tak jeśli chodzi o detale architektoniczne, jak perspektywę. Budynki są nie tylko (często) bardzo duże, raczej rozległe niż wysokie, ale też przeładowane ozdobami – portykami, płaskorzeźbami, narożnikami, i innymi elementami dekoracyjnymi, podkreślającymi spójność budowli, a przez to – jej rozmiar.

Znajoma, która mieszkała w Rydze, mówi, że chodziło o pokazanie bogactwa kupców,  tak jak w wielkich fabrykanckich miastach północy Anglii, gdzie nad przechodniami górują olbrzymie kamienice. (Tak jak w Anglii, ten architektoniczny "wyścig zbrojeń" sprawia, że ryskiej starówce trochę brak finezji.) To nadal najbardziej prestiżowa część miasta, pełno tam kieszonkowych ambasad i konsulatów.

Jeśli chodzi o zdobnictwo, wszędzie przewija się motyw twarzy, co uświadomiło mi (lepiej późno, niż wcale) połączenie między socrealizmem a Art Nouveau:
Pomnik Wolności w Rydze, odsłonięty w 1935 roku - klik

Drugiego popołudnia (miałam wolne tylko popołudnia i wieczory) trafiłam do dzielnicy Art Nouveau; do muzeum Art Nouveau niestety nie zdążyłam. Ta dzielnica (poza bombonierkową ulicą Alberta, na drugim zdjęciu) jest bardziej podniszczona, niż starówka, i bardziej offowa – znajdziemy tam bardziej zrelaksowane hotele i knajpki, i lepiej się w niej czułam.

Niektóre z kamienic przy ulicy Alberta wyglądały jak luksusowe grobowce (poniżej jedna z nich); do jednego z domów wchodzi się, bardzo dosłownie, między dwoma sfinksami, inny był ozdobiony rzeźbą przedstawiającą głowę faraona.

W dzielnicy Art Nouveau znajdziemy też budynki w stylu Dzikiego Zachodu, czyli tradycyjne ryskie domy szalowane drewnem.
Trzeciego popołudnia chciałam pojechać do ogrodu botanicznego, otwartego do późna (w Rydze dłużej jest jasno) i podobno bardzo ładnego, ale byłam tak zmęczona, że poszłam tylko obejrzeć hangary, w których podczas I wojny "garażowano" zeppeliny (na punkcie tych ostatnich mam lekkiego hopla). To cztery identyczne hale – i jedna poprzeczna – widoczne w środku pierwszego zdjęcia.

I na koniec: na pierwszy rzut oka widać, że w trakcie wojny nie działo się w Rydze przesadnie dużo: z tego, co wiem, Łotysze uformowali proniemieckie oddziały, które wyzwoliły kraj spod okupacji sowieckiej, i płynnie przeszli pod okupację niemiecką [źródło].

***
Jak wygląda ryska ulica? Więcej na niej niż w Warszawie mężczyzn w dobrze skrojonych garniturach; koleżanka mówi, że w Rydze ludzie chętniej korzystają z dobrze działającej komunikacji miejskiej. Dla równowagi, na ulicach widać też więcej żebraków, niż u nas. Jest sporo turystów – prawie nie widziałam Polaków, słychać za to sporo niemieckiego i angielskiego.

Łotyszki (wyraziste kości policzkowe, świetliste oczy, włosy o delikatnej fakturze) często wybierają sukienki za kolana i bez dekoltu. Popularna formuła to elegancki granatowy kardigan i czerwona/  granatowa/ niebieska/ szara/ czarna sukienka z nieco sztywniejszego, gniotącego materiału; najczęściej jest to kitel w stylu COS, lub dopasowana górą, luźna dołem sukienka z długim rękawem w stylu skandynawskim, czasem z rzędem guziczków na froncie.

Ten skandynawski sznyt widzę też w czymś, czego brak u nas – gotowości do zadbania o otoczenie, zaplanowania wizytówki domu/ instytucji, jaką są okna czy drzwi (te pierwsze rzadziej, ale też bywają planowane jak mała wystawa, drugie często zdobi się donicą kwiatów czy wieńcem).
Częściej niż u nas widać skrzynki i donice  z kwiatami, częściej też zawierają one kombinacje roślin ozdobnych.

***
Jeśli traficie do  Rygi (a myślę, że warto, przynajmniej na weekend), a nie macie ochoty na eksperymenty z restauracjami, polecam Lido – lokalną samoobsługową sieciówkę z prostym, zaskakująco dobrym jedzeniem i estetycznymi wnętrzami.

Z podróży można przywieźć bliskim słodycze firmy Laima (ichni Wedel), wytrawny likier Riga Balsams, lub łotewskie kosmetyki Stenders z naturalnych składników (np. mydła albo kule kąpielowe o zapachu żurawiny czy kawy; dla dzieci są kule kąpielowe w kształcie głów zwierzątek, bez olejków eterycznych).

Pozdrawiam! Gdzie spędzicie najbliższy weekend?

Zdjęcie tytułowe – Gilly, Unsplash; pozostałe zdjęcia – ja.

czwartek, 27 czerwca 2019

Zapomniana gwiazda: Dorothy Dandridge

Dziś opowiem Wam o przyjaciółce Marilyn Monroe i Avy Gardner – przedwcześnie zmarłej Dorothy Dandridge, piosenkarce i aktorce. Wyłowiłam tę postać dzięki Pinterestowi, a szukając o niej informacji trafiłam na zdjęcie Halle Berry w ekranizacji biografii aktorki, napisanej przez agenta Dandridge, Earla Millsa. („Wschodzącą gwiazdę” z 1999 obejrzałam z czystej ciekawości, więc nie rekomenduję tego filmu ani go nie odradzam, ale mogę powiedzieć, że moim zdaniem trzyma niezły poziom jak na produkcję realizowaną od razu na potrzeby telewizji.)
Dorothy z reżyserem Otto Premingerem
Earl Mills, który przez lata współpracy stopniowo, beznadziejnie i dyskretnie zakochał się w gwieździe, nie był jedynym białym mężczyzną w jej życiu. Aktorka przez lata związana była z Otto Premingerem, wywodzącym się z Austro-Węgier reżyserem żydowskiego pochodzenia, którego film „Czarna Carmen” (1954, oparty na wątkach „Carmen” Bizeta musical z czarną obsadą) sprawił, że stała się sławna. Preminger doradzał Dorothy w sprawach zawodowych, dbał o jej zabezpieczenie finansowe, ale był żonaty, i u jego boku skazana była na rolę kochanki, nawet wtedy, gdy ich potencjalne małżeństwo stało się prawnie możliwe (dopiero w 1967 roku, dwa lata po śmierci aktorki, małżeństwa mieszane rasowo stały się legalne we wszystkich stanach USA).
Harry Belafonte i Dorothy Dandridge w filmie „Czarna Carmen, 1954
Nominacja do Oscara za rolę w „Czarnej Carmen” okazała się dla kariery Dandridge pocałunkiem śmierci. Dorothy zaczęła traktować swój status czarnej gwiazdy ekranu bardziej odpowiedzialnie (między innymi za poradą Premingera), i odrzucała wiele ról ze względu na to, że przedstawiały czarne kobiety jako obiekty seksualne, „zabawne” służące, lub niewolnice. Gdy takie role przyjmowała ze względu na brak wyboru i status produkcji, wśród czarnej społeczności pojawiało się wiele głosów krytyki pod jej adresem. Przerwy między rolami spędzała śpiewając – chwalono jej wspaniały głos i umiejętność przykuwania uwagi publiczności:

Powodem tej niepewnej, ale i tak zupełnie wyjątkowej jak na tamte czasy pozycji Dandridge w Hollywood (była pierwszą ciemnoskórą aktorką obsadzoną w głównej roli kobiecej w filmie, gdzie główną rolę męską grał biały aktor), był jej typ urody, wyjątkowo łatwy do zaakceptowania przez białą publiczność i decydentów. Dorothy prawie na pewno była Mulatką, miała dość jasną skórę i kaukaskie rysy. Choć do dziś powołuje to kontrowersje wśród jej fanów, Dandridge jest jedną z nielicznych ciemnoskórych ikon elegancji i glamour lat 50. i 60., inspiracją dla kobiet kochających tamtą epokę i współczesnych gwiazd – Rihanny, Beyonce, Halle Berry, czy Janet Jackson.
Dorothy Dandridge w domu, 1954 rok (zdjęcie - Allan Grant dla The LIFE Picture Collection, Getty Images)
Dorothy Dandridge w domu, 1964 
Jej życie było tragiczne nie tylko z racji tego, że było czekaniem na lepsze czasy – na czas, kiedy czarne kobiety będą mogły być żonami białych mężczyzn; na koniec segregacji rasowej; na moment, kiedy publiczność będzie gotowa na kolorową aktorkę pierwszoplanową. Dandridge, która sama wychowywała się w rozbitej rodzinie, bardzo kochała swoją chorą na dziecięce porażenie mózgowe córkę z pierwszego małżeństwa z czarnym tancerzem Haroldem Nicholasem, Harolyn – niestety, jej stan oznaczał w tamtych czasach brak szans na nawiązanie z nią kontaktu. Ku swej rozpaczy, aktorka w pewnym momencie utraciła prawa rodzicielskie, bo nie było ją stać na finansowanie prywatnej opieki nad córką. 

Choć i na scenie, i w kinie Dandridge kreowała ultraseksowny wizerunek, sama nie odczuwała żadnej przyjemności z seksu, co wynikało z traumy z czasów młodości (nietypowo spowodowanej przez ciotkę, przekonaną, że jej siostrzenica źle się prowadzi).


Przez film przewijają się też znaczące wzmianki o Avie Gardner i Marylin Monroe, z którymi na początku Dandridge pojawia się w jednej scenie. Są niczym duchy niespełnionych i tragicznych możliwości, i – co jako jedyne stało się udziałem Dandridge – uzależnienia. Jej drugim mężem był Jack Denison, Kanadyjczyk greckiego pochodzenia, kobieciarz, oszust i damski bokser. Małżeństwo z Denisonem wpędziło aktorkę w uzależnienie od leków i alkoholu, odbiło się na jej zdrowiu i karierze. Para rozwiodła się po trzech latach.
ślub z Jackiem Denisonem, 1959
Jej przyjaźni z Marilyn Monroe i Avą Gardner nie wymyślono na potrzeby filmu. Z Avą często bawiły się na tych samych przyjęciach; z Marilyn była naprawdę blisko aż do jej śmierci, choć media milczały na ten temat, i zachowała się tylko jedna ich wspólna fotografia.
Dorothy Dandridge odwiedza Avę Gardner na planie Jedź, kowboju, 1953
Dorothy Dandridge, Otto Preminger, Marilyn Monroe
Film oferuje też inne spojrzenie na rasizm w tamtych czasach. Występując po raz pierwszy na południu Stanów Dorothy musi siusiać do papierowego kubka; kiedy już jest gwiazdą i przyjeżdża na występy do luksusowego hotelu w Vegas, którego jest pierwszym niebiałym gościem, słyszy, że musi jeść u siebie w pokoju, i że nie wolno jej korzystać z części wspólnych hotelu (kasyna, klubu – poza występami – oraz restauracji). Kiedy buntuje się i zanurza czubki palców u nóg w hotelowym basenie, z basenu „trzeba” spuścić wodę i go oczyścić, co w filmie robi... grupa czarnych pracowników.

Dorothy Dandridge zmarła w 1965 roku, w wieku zaledwie 42 lat, w niewyjaśnionych okolicznościach – być może wskutek przedawkowania antydepresantów, a być może z powodu zatoru tłuszczowego, powstałego przy urazie stopy. Zmarła zaledwie miesiąc po podpisaniu przez prezydenta Lyndona B. Johnsona dekretu gwarantującego mniejszościom rasowym w Stanach prawo głosu; nie doczekała przełomowej w kwestii małżeństw mieszanych decyzji w sprawie Loving kontra Virginia (1967), ani pierwszego Oscara dla czarnoskórej aktorki pierwszoplanowej (2002), który otrzymała grająca jej rolę w filmie z 1999 roku Halle Berry.
Dorothy Dandridge w Oksfordzie, podczas święta studenckiego (May Morning) w 1956 (fot. Carl Mydans)


***
Jeśli chcecie przeczytać o kimś konkretnym (może jakimś mężczyźnie?), czekam na sugestie w komentarzach. Pozdrawiam, do poniedziałku!

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Daj dziecku prawdziwe rzeczy


Zaczęło się chyba wtedy, kiedy po raz pierwszy stanęłam przed koniecznością posadzenia Młodej przed telewizorem, żeby móc coś zrobić. Nie miałam w domu ani jednej bajki (miała wtedy około trzech lat), nie mieliśmy  i nadal nie mamy  telewizji (efekt tego, że kiedyś skutecznie udało mi się wytłumaczyć mężowi, że w zasadzie ogląda jedynie "Jak to jest zrobione"), a nie miałam ochoty zapuszczać się w mroczny świat YouTube. Zrobiłam w duchu szybki przegląd tego, co pod ręką, i padło na adaptację "Dumy i uprzedzenia" BBC z 1995 roku. (Same zalety: mało intensywnych emocji, dużo zbliżeń na twarze, i ładna, spokojna muzyka.)

Mała, jak to teraz mówi, zauwielbiała. Po jakimś czasie potrafiła przybiec z sąsiedniego pokoju, bo po muzyce (!) rozpoznawała moment, w którym pan Darski skakał do stawu, a dziś przy śniadaniu rozprawiałyśmy o tym, dlaczego rzeczony Darski (teraz już Darcy) nie powiedział Lizzie, że Georgiana planowała uciec z Wickhamem.

Na drugi ogień poszła "Casablanca", potem – "Niewinni czarodzieje" (czyli "film o panu i pani"). Nie pamiętam, kiedy kupiliśmy zestaw płyt "Dobranocnego ogrodu" (za tą bajką też stoi BBC, i ci sami ludzie, co za "Teletubisiami"), ale najwyraźniej chwilę nam zeszło.

***
O tym, że z estetyką zabawek i książek dla dzieci jest źle, wiedzieliśmy od dawna, ale dopiero po tym, jak urodziła nam się córka, dotarło do nas, jak fatalnej jakości jest większość filmów, muzyki i programów telewizyjnych dla dzieci. Wygląda na to, że wielu dorosłych jest zdania, że dzieci to konsument bardzo łatwy, potencjalnie nienasycony i do tego bez jakichkolwiek wymagań estetycznych.

Jakoś naturalnie, bez specjalnych dyskusji, przyjęliśmy z mężem dwie zasady: nie dajemy Młodej naszych telefonów ani laptopów – miłe nam są niepopękane ekrany i możliwość zrobienia czegokolwiek na komputerze bez nagabywania – i nie wpuszczamy do domu filmów ani muzyki, od której smaży nam się mózg. Efekt jest taki, że nasze dziecko lubi np. Stacey Kent, "Moon Safari" Air, i Jacka White'a, którego zna tylko z radia, ale pięknie się do jego muzyki gibie.

Muzyka

Bardzo warto poszukać muzyki dla dzieci "robionej" przez prawdziwych muzyków. Mistrzostwem świata jest dla mnie płyta, którą dobrze pamiętam z dzieciństwa, czyli wydane w 1988 roku "Małe Wu Wu", nagrane przez Voo Voo z towarzyszeniem Fiolki Najdenowicz; teksty były napisane przez Jerzego Bielunasa, człowieka, który najwyraźniej umie i lubi tworzyć dla dzieci. Oto moja ulubiona  kołysanka z tej płyty, a poniżej – piosenka pięknie pokazująca działanie przeciętnej, niedoskonałej, ale szczęśliwej, rodziny oczami dziecka:

Ta płyta to naprawdę must have, który warto kupić na prezent lub na zapas, póki na CD dostępna jest reedycja.

Bardzo dobra, tak tekstowo, jak i muzycznie, jest ścieżka dźwiękowa do serialu animowanego "O dwóch takich co ukradli księżyc" zespołu Lady Pank, z genialnymi smaczkami dla dorosłych. Słuchając "Czarownika" warto pamiętać, że oryginalne płyty wydano w 1986 i 1988 roku; poniżej - jedna z moich ulubionych piosenek z tego albumu:
W empiku widzę reedycję reedycji.

Młoda lubi spokojną muzykę – relaksacyjne nagrania z delfinami, do niedawna kołysanki Grzegorza Turnaua i Magdy Umer, a ostatnio kolega pokazał jej kanał Spokojna Muzyka na YouTube, który teraz czasem puszczamy w tle.

Zabawki

Myślę, że oddziaływanie na rzeczywistość przy użyciu prawdziwych rzeczy daje dziecku nie tylko konkretne umiejętności, ale i poczucie sprawczości (jak ja bym się czuła, gdyby podmienić moje rzeczy na niedziałające zabawki?). Kompletnym paradoksem jest dla mnie to, że często za cenę zabawki dla dziecka można kupić zupełnie funkcjonalny, ładny i solidnie wykonany przedmiot. Tak było w przypadku instrumentów muzycznych (dzieć dręczy nas grą na ukulele) i zestawu małego lekarza (byliśmy osłuchiwani pięknym, pomarańczowym stetoskopem pielęgniarskim z allegro).

Ostatnim trafieniem była maszyna do szycia; po oddaniu do Smyka strasznego bubla, jakim jest ta maszyna, za niewiele większe pieniądze zamówiliśmy dedykowaną dla dzieci, w pełni funkcjonalną maszynę Łucznik Mini (w zalinkowanym sklepie na pewno z kluczową w przypadku dzieci osłoną na palce), na której wszyscy troje uczymy się teraz szyć. 

Do tego Młoda w wieku niespełna siedmiu lat już całkiem dobrze kadruje, bo dwa lata temu dostała od mojego ojca jego stary, nieduży aparat cyfrowy. Warto zobaczyć, co nam się poniewiera po szufladach i dać starej elektronice nowe życie – o ile służy ona czemuś więcej, niż spacyfikowanie dziecka, i wymaga od niego więcej, niż słabo rozwijających motorykę ruchów typu swipe and tap
Annie Spratt, Unsplash

Filmy

Tak jak wcześniej pisałam, nie mamy telewizji, moja córka ogląda w zasadzie wyłącznie filmy na DVD, sporadycznie coś w internecie.

Sprawdził się u nas "Dobranocny ogród" – dobranocka dla młodszych dzieci, polecana dla dzieci w wieku 1-3 lat, ale ona zaczęła oglądać ją później i później przestała. Każdy odcinek ma podobną strukturę i kończy się wyciszającym powtórzeniem tego, co się w nim wydarzyło, i tym, że  wszyscy bohaterowie idą spać. Ogromnym plusem jest funkcja dobranocki – gdy ją włączymy, po wybranym odcinku (na płycie mieści się ich trzy) włącza się ekran, na którym główny bohater śpi w kołyszącej się łódeczce.

Mamy całkiem niezłą kolekcję filmów Davida Attenborougha, sprawdzających się w każdym wieku; lubimy też razem oglądać "Atlantis" , ilustrowany praktycznie wyłącznie muzyką Erica Serry film Luca Bessona.

Córka na dzień dziecka dostała "Sekrety morza" – a raczej, ponieważ nie można było już kupić polskiej wersji, oryginalną "Song of the Sea", nominowaną w 2015 roku do Oskara bajkę o selkieMusiałam się bawić w tłumacza symultanicznego, ale tłumaczenia nie było dużo, a historia jest bardzo wzruszająca (wszystkim trojgu mniej lub bardziej spociły się oczy), bardzo niebanalna  wizualnie, z piękną muzyką. Jak dla mnie jest to historia o tym, jak dostrzegać i podtrzymywać magię w życiu; jeśli kiedyś nadarzy Wam się okazja, by ją kupić lub obejrzeć, serdecznie polecam.

Przed nami jeszcze cały świat anime; moja znajoma, psycholog dziecięcy, prywatnie fanka japońskich animacji, gorąco poleca oglądanie ich z dziećmi – jej zdaniem, w porównaniu z zachodnimi kreskówkami, bardzo podkreślają wartość pracy zespołowej. Dobrym filmem na początek jest podobno "Mój sąsiad Totoro" (5+, wspominałam o nim we wpisie "Jak wychować dzieci świadome innych kultur"), dla starszych dzieci  (9+) "Spirited Away: W krainie bogów", którego bohaterką jest dzielna Chihiro.

Na koniec Internet: dla nas to głównie źródło filmów o Różowej Panterze, szczególnie tych ze starych serii, z lat 1969-1980. (Tu link do playlisty "Classic Pink Panther.")

Oprócz ciekawej kreski, nieoczywistego poczucie humoru, i tego, że najczęściej ilustrowane są samą tylko, dobrą muzyką, bardzo podoba nam się to, że Różowa Pantera w wielu odcinkach staje w obliczu różnych przeciwności, z których wychodzi dzięki kombinacji sprytu i godności osobistej, co i Młodej, i nam daje dużo satysfakcji.

***
Jakie są Wasze, bądź Waszych znajomych, sposoby na dawanie dzieciom prawdziwych rzeczy? Jakie filmy i muzykę, które zadowoliłyby także wybrednego widza, polecacie?

Jeśli ten post Wam się spoobał, lub myślicie, że ktoś mógłby z niego skorzystać, proszę, podeślijcie go dalej, lub podzielcie się nim na Facebooku lub Twitterze. Będzie mi bardzo miło, jeśli trafi do większej liczby czytelników. Dziękuję!

czwartek, 20 czerwca 2019

Marilyn x Milton

Mamy czerwiec, miesiąc urodzin Marilyn Monroe, co oznacza, że w ten czerwcowy długi weekend pokażę Wam dwie sesje zdjęciowe Marilyn wykonane przez Miltona Greene'a, niezmiernie ważnego człowieka w jej życiu.

Niewiele starszy od Marilyn, Greene początkowo zajmował się fotografowaniem mody. Po publikacjach w "Harper's Bazaar" i "Vogue", Greene zajął się portretowaniem największych gwiazd przemysłu rozrywkowego: m.in. Elizabeth Taylor, Franka Sinatry, Audrey Hepburn, Grace Kelly, Catherine Deneuve czy Marleny Dietrich (tej ostatniej zrobił naprawdę niezwykłą sesję, kiedy miała 51 lat). Przełomem w jego karierze była właśnie sesja zdjęciowa Marilyn Monroe dla magazynu "Look" z 1953 roku.

Sesja z mandoliną (The Mandolin Sitting), 1953

Fleur Cowles, naczelna "Look", ściągnęła Greene'a do Los Angeles na spotkanie z czasowo unieruchomioną Marilyn  aktorka zwichnęła kostkę na planie "Rzeki bez powrotu", i tylko dlatego była dostępna. W ciągu trzydniowej sesji powstało wiele niesztampowych zdjęć, a Milton i Marylin zaprzyjaźnili się do tego stopnia (według ich syna, z romansem po drodze), że gdy w 1954 roku Monroe opuściła Los Angeles, by studiować aktorstwo u Lee Strasberga w Nowym Jorku, zamieszkała z fotografem, jego żoną i synkiem.



Marilyn Monroe, Milton Greene, 1953 rok
W wyniku ich dalszej współpracy powstało ponad 50 sesji fotograficznych i 5000 zdjęć, pokazujących różne – wrażliwe, zmysłowe, zabawne  twarze aktorki. To Milton Greene był autorem ikonicznego zdjęcia siedzącej Marilyn w spódnicy baletnicy. Jednak pomagał Marilyn stworzyć nowy image także na poziomie zawodowym; razem założyli "Marilyn Monroe Productions", firmę producencką, której celem było przejęcie kontroli nad jej karierą.

Przyjaźń i współpraca Monroe i Greene zakończyła się po produkcji "Księcia i aktoreczki" w 1957 roku, m.in. wskutek niechęci trzeciego męża Marilyn, dramaturga Arthura Millera, co jest jednym z wątków filmu "Mój tydzień z Marylin".

Sesja orientalna (Oriental/Oriental puppy sitting, 1955)

O ile sesja z mandoliną jest chyba moją ulubioną sesją zdjeciową Monroe i Greene'a (przynajmniej jak na dziś), o tyle sesja Marilyn z pekińczykami jest nieco surrealistyczna (kojarzy mi się ze stylistyką filmów Davida Lyncha), ale interesująca, i moim zdaniem zasługuje na większą popularność.

 

Ta sesja, zrealizowana w marcu 1955 roku, w nowojorskim studiu Greene'a, także powstała na zamówienie magazynu "Look". Marylin ma na sobie orientalną szatę (temat tekstu, który zdjęcia ilustrowały), a w studiu prócz pekińczyków znalazł się także szeroki wybór kojarzących się z "Orientem" rekwizytów: ottomana, poduszki z chwostami i składany parawan. 



***
Życzę Wam miłego odpoczynku! A jeśli macie ochotę poczytać nieco więcej o Marilyn, polecam trzy zeszłoroczne wpisy:
  • “Milton H. Greene.” Wikipedia, Wikimedia Foundation, 10 June 2019, klik.
  • “Marilyn Monroe as You've Never Seen Her Before.” Daily Mail Online, Associated Newspapers, 24 Sept. 2017, klik.