26 października 2020

Garderoba kapsułowa - praktyczne rady z lat 30.

We wrześniu, po długim namyśle, kupiłam Orchids on Your Budget (pierwotnie wydaną w 1937, niedawno wyszło kolejne wznowienie) Marjorie Hillis, u nas znanej jako autorka poradnika dla singielek „Rozkosze życia w pojedynkę”, bestsellera lat 30. „Rozkosze” nie poruszyły mnie na tyle, żebym chciała kupować kolejną książkę Hillis za spore pieniądze, ale w końcu udało mi się znaleźć ją w sensownej cenie.

W „Orchideach” – według mnie lepszych, niż „Rozkosze życia w pojedynkę” Marjorie Hillis udziela porad „the smart poor”, ludziom mającym więcej gustu, niż pieniędzy, których liczba zdecydowanie wzrosła w czasach Wielkiego Kryzysu (1929-1933). Prócz rad, jak przenieść się z mieszkań i posiadłości, na których utrzymanie nas nie stać, do mniejszych, lecz wciąż eleganckich mieszkań; jak wydać przyjęcie bez pomocy domowej (rozważam wpis o tym w grudniu, przed świętami); jak, nie wydając sporych kwot, dobrze jeść znajdziemy tam też porady, jak stworzyć garderobę kapsułową.

To bardzo, zdawałoby się, współczesne podejście do garderoby wynikało z kilku rzeczy: po pierwsze, moda damska lat 30., choć rzadziej chyba stanowiąca przedmiot zainteresowania współczesnych filmowców, kostiumografów, rekonstruktorów, kolekcjonerów, niż moda lat 20. i 40., dzięki cięciu tkaniny po skosie zapoczątkowała to, co dziś uważamy za klasyczną sylwetkę damską. Po drugie, był to okres, w którym coraz więcej kobiet podejmowało pracę zarobkową, a elegancja stroju do pracy – jak pisze Hillis – sugerowała wydajność. Po trzecie, upowszechniały się domy towarowe i katalogi wysyłkowe, a po czwarte – kryzys zmusił ludzi do myślenia o garderobie w nowych kategoriach.

(Jeśli interesuje Was ten temat, polecam Wam dwa filmy zrealizowane przy okazji wystawy w Fashion Instutute of Technology zatytułowanej Elegance in an Age of Crisis; poniżej znajdziecie część pierwszą, poświęconą modzie damskiej, a tu część drugą, o modzie męskiej.)

A teraz oddaję głos Marjorie Hillis; wszystkie cytaty pochodzą z książki Orchids on Your Budget, wydanej w Wielkiej Brytanii przez Virago Press w 2009 roku, tłumaczenie moje.

***

„Podstawowe zasady rządzące każdą szykowną, budżetową garderobą są być może stare, ale jare. Przede wszystkim stara zasada (powiedz nam, jeśli o niej wcześniej nie słyszałaś), by budować garderobę wokół jednego koloru. (...) To niesamowite, w naszych światłych czasach, jak wiele kobiet zaczyna od kupienia brązowego płaszcza, tak jak planowały, a potem daje się uwieść granatowej sukience, która jest „taka słodka”, i decyduje się na czarny kapelusz, ponieważ nie mogą znaleźć odpowiedniego dla siebie w żadnym innym kolorze, a czerń pasuje do wszystkiego. (Naprawdę?) Kiedy już to zrobisz, możesz albo nosić te trzy rzeczy razem, i wyglądać jak ignorantka, albo dokupić ubrania do trzech osobnych zestawów. Ciężko nam doradzić, co byłoby lepszym wyjściem.” (str. 37–38) 

Było to pisane na rok przed urodzeniem YSL, który złamał zasadę niezestawiania czerni z granatem, ale przywołane tu zestawienie brązu, granatu i czerni to faktycznie coś dla ludzi o mocnych nerwach.

„Co więcej, trzymanie się jednego koloru nie jest jedyną przykrą koniecznością, gdy naprawdę chcesz ograniczyć wydatki. Musi to być być ciemny, praktyczny, nieoryginalny kolor. Mówiąc wprost, musi to być czerń, niebieski lub brąz. (.. .) [Zacznij] od płaszcza, który nie zapada w pamięć. Płaszcza będącego szykownym, zgrabnie uszytym, nierzucającym się w oczy tłem dla niedrogich porywów fantazji.

Co więcej, radzimy, byś kupiła kapelusze i buty, torebki (lub niektóre z nich, jeśli masz ich więcej) i większość sukienek w tym samym nieciekawym odcieniu. Może to brzmieć monotonnie, ale to najlepszy sposób na oszczędzanie na ubraniach. Z tym planem każda rzecz pasuje do wszystkich innych. (...) Poza tym pozostają ci bluzki, kurtki, szaliki, paski, biżuteria i chusteczki, pośród innych drobiazgów, by rozjaśnić twoją odzieżową rzeczywistość.” (str. 38-39 )

***

„Kolejną dobrą zasadą jest nie kupować ubrań o bardzo wąskim zastosowaniu, czy nawet ubrań na jeden sezon. Każde ubranie w małej garderobie powinno sprawdzać się w wielu sytuacjach. Kurtki w stylu sportowym, przywodzące na myśl spacery po wrzosowisku, dodadzą może szyku Lady Jak-Jej-Tam, która ma w szafie osiem czy dziesięć płaszczy, ale kobiety takie, jak my, lepiej wyjdą kupując prosty model z wełny, który sprawdzi się do prowadzenia samochodu, w podróży, w deszczowy dzień bądź na zakupach w mieście. Powinnaś też móc znaleźć kilka sukienek na tyle prostych, o dość dobrym kroju i materiale, by móc bez skrępowania pójść na elegancki podwieczorek, i nie czuć się nadubraną podczas lunchu czy w biurze. Powinnaś też trzymać się z daleka od rzucających się w oczy ubrań, które mogą być atrakcyjne przez pierwsze kilka miesięcy, ale nie w drugim roku noszenia.” (str. 39-40)

„Nie wiemy, na ile chcesz oszczędzać na ubraniach, ale jeśli to mocno problematyczna sfera w Twoim budżecie, stosuj tę zasadę [uniwersalności kroju, materiału, zastosowania przyp. Ewa] do wszystkiego”. (str. 40)

I jedna z moich dwóch ulubionych porad:

„To może brzmieć mało ekscytująco, ale naprawdę możesz być tak samo szykowna w stroju, który nie mówi wszystkim, gdzie idziesz, jak w takim, który to robi.” (str. 41)

***

„Jeśli chodzi o listę potrzebnych Ci ubrań zależy ona od Twojego wieku, rozmiaru, osobowości, tego, gdzie mieszkasz, co robisz w ciągu dnia, i z kim.” (str. 42)

„Najdroższą rzeczą w Twojej garderobie i największą ekstrawagancją jest ubranie, którego nie da się łączyć z wieloma innymi rzeczami z Twojej szafy, lub takie, które rzadko nosisz, bo go nie lubisz.” (str. 46)

Jakbym czytała Joasię Glogazę o tym, że nasza szafa powinna być dostosowana do naszego stylu życia, i o ubraniach-wyspach!

„Zrób sobie plan wiosennych i jesiennych zakupów, zanim kupisz chociażby chusteczkę, a potem się go trzymaj. (…) Wbrew obiegowej opinii, świetnie ubrane kobiety mają albo pieniądze, albo ogromną konsekwencję i siłę woli.(str. 42)

„Mała czarna jest oczywiście rewelacyjnym wyjściem dla dziewięciu na dziesięć kontrolujących wydatki kobiet w tym kraju, i godnie sprawdza się w tej roli już od kilku dekad. Czerń nie wymaga prania  po jednym założeniu, nie zapada w pamięć tak, jak kolor, jest odpowiednia na każdą okazję i może być urozmaicana kontrastującymi z nią żakietami, biżuterią, kwiatami, apaszkami i butami, do upadłego.” (str. 47)
Na zdjęciu - wybór koktajlowych małych czarnych z lat 30.
Ta uwaga o czerni (i chyba tzw. neutralach w ogólności) która nie zapada w pamięć tak, jak kolor, jest bardzo, bardzo trafna.

***

„Dopasowywanie ubrań do figury (…) jest dziś zaniedbaną sztuką. Zbyt wiele kobiet kupuje sukienki w prawie odpowiednim rozmiarze, i zastanawia się, dlaczego wyglądają w nich tak sobie. Często już lekkie podniesienie linii talii lub ramion może sprawić, że sukienka za dwadzieścia dolarów będzie wyglądać, jakby była warta sześćdziesiąt, a ich brak może mieć odwrotny skutek. Dotyczy to szczególnie dopasowania w ramionach.  Dobre dopasowanie w ramionach dodaje nam szyku i autorytetu.” (s. 49) 

Kiedy to przeczytałam, prawie się roześmiałam – dosłownie parę dni wcześniej odebrałam od krawcowej dwie niedrogie sukienki po poprawkach, właśnie podnoszeniu talii i ramion, po których zaczęły wyglądać znacząco lepiej – a ja miałam de facto dwie nowe sukienki w  szafie.

O linii ramion, autorytecie i „nowej kobiecie” lat 30. przeczytacie więcej w tym wpisie, poświęconym Joan Crawford.

***

Francuzki wiodą prym, jeśli chodzi o wydłużanie życia ubrań, a jedną z przyczyn jest to, że przebierają się praktycznie zaraz po przekroczeniu progu domu (...). Wskakują w sukienki domowe (...) lub suknie popołudniowe, które bardziej niż jakikolwiek inny element garderoby dają poczucie elegancji za niewielkie pieniądze. Odpoczywają dopiero po starannym oczyszczeniu zewnętrznego ubrania, i odwieszeniu go na dobrze wyprofilowany wieszak, który pomaga mu utrzymać kształt.(str. 50)  

***

„Resztę naszych teorii podsumujemy w kilku krótkich (no, dość krótkich) maksymach. Być może zapamiętasz niektóre z nich.

Nie kupuj ubrań z myślą o miejscach, w które chciałabyś pójść (np. przyjęcie w ogrodzie, jeżeli mieszkasz w mieście, lub pokaz jazdy konnej na świeżym powietrzu); kupuj je, by nosić je tam, gdzie realnie idziesz.

Nie zakładaj tego, w czym dobrze wyglądałaś dziesięć lat temu; moda się zmieniła, podobnie jak twoje włosy, skóra i sylwetka.

Nie da się skomponować eleganckiej szafy nie mając
pieniędzy, czasu lub gustu.

Trzy czarne sukienki wiszące w Twojej szafie nie znudzą Cię nawet w części tak bardzo, jak trzy sukienki w jakimkolwiek innym kolorze.

Kobiety, które twierdzą, że szkoda im czasu na myślenie o stroju, przejmują się jak wszyscy inni, gdy jako jedyne mają na sobie niemodny kostium w grupie eleganckich kobiet.

Niedrogie ubrania mogą służyć tak samo długo, jak drogie, pod warunkiem, że będziemy dbać o nie tak samo (nie prawie tak samo).

(Ze względu na rozwój technologii tekstylnych nie byłabym tego, niestety, taka pewna.)

Ubieranie się elegancko nie musi oznaczać ubierania się dramatycznie. Równie eleganckim jest ubieranie się zachowawczo, i więcej kobiet, które idą tą drogą, wygląda jak damy. (str. 51-2)


Następny wpis pojawi się dopiero w poniedziałek – po pierwsze, mam w tym tygodniu sporo czytania, a po drugie, będzie to wpis zaduszkowy, do którego muszę się przygotować (jeśli nie wiecie, jak wyglądają moje zaduszkowe wpisy, znajdziecie je tu i tu). Do przeczytania! 

Ilustracje: mój Pinterest.

23 października 2020

Laboratorium ładu moralnego

Przyznaję, wczoraj mną telepnęło, podobnie chyba jak większością kobiet, które znam. Owszem, miałam świadomość tego, że dotychczasowa sytuacja nie rozwiązywała problemu kobiet, którym powinna służyć. Wiadomo, że by trafić do lekarza skłonnego wykonać legalną aborcję na podstawie jednej z trzech obowiązujących przesłanek gwałt/kazirodztwo, zagrożenie zdrowia i życia matki, wady wrodzone płodu trzeba było wiedzy, uporu, szczęścia i kontaktów, dla wielu kobiet niedostępnych. Nie wiedziałam jednak, że legalnych aborcji w ciągu ostatnich lat wykonywano w Polsce około tysiąca rocznie, z czego prawie wszystkie z paragrafu uznanego wczoraj za niezgodny z konstytucją. Nieprzyjemna prawda jest taka, że bardzo źle już było – o tym, jak bardzo, wiele kobiet dowiedziało się dopiero teraz.

Serdecznie polecam Wam bardzo rzeczowy artykuł Kai Gołuchowskiej Straciłyśmy prawo do aborcji w Polsce po 100 latach walki. Trybunał podjął decyzję (podaję tytuł, bo rzeczy lubią czasem z internetu znikać), przedstawiający (z infografikami) historię walki o prawa reprodukcyjne kobiet w Polsce.

Z lektur innych – wczoraj na Instagramie pokazałam Wam książeczkę O prawo do aborcji, zawierającą tekst przemówienia francuskiej minister zdrowia Simone Veil z 26 listopada 1974, przedstawiającego projekt ustawy o dobrowolnym przerywaniu ciąży wraz z pełnym, racjonalnym uzasadnieniem.

***

Z jednej strony, zmiana zapisu nie zmieni wiele w życiu większości kobiet (ogromnie współczuję tym, które stracą przez to szansę na legalną aborcję, choćby wykonywaną przez nieprzyjazny personel medyczny). Legalne aborcje stanowiły bowiem zaledwie jeden procent, lub nawet mniej, wszystkich aborcji, którym poddają się Polki (około stu tysięcy rocznie). Ma ona jednak ogromny wymiar symbolicznypogłębi stygmatyzację aborcji, zaostrzy konflikt polityczny, i przede wszystkim stanowi bardzo silny przekaz władzy skierowany do kobiet – o tym, co znaczymy dla państwa polskiego, i tym, gdzie możemy sobie wsadzić nadzieję na to, że kiedyś będzie normalniej.

Powyżej Polska na mapie świata, tonąca w morzu krajów, których władze nie uważają, że mają monopol na prawdę. Tu źródło, a tu mapka ze szczegółowym rozbiciem warunków dostępności aborcji.

***

Szczęściem w nieszczęściu jest to, że w związku z wczorajszą decyzją Trybunału Konstytucyjnego (lub tego, co obecnie za niego uchodzi), w internecie pojawiło się wiele materiałów informujących o dostępności aborcji – za granicą, za pośrednictwem organizacji Aborcja Bez Granic, bądź w domu, przez zażycie kombinacji leków (z tego, co czytałam, nie jest to opcja lekka ani przyjemna). Pojawiły się też informacje o tym, jak można wesprzeć te organizacje finansowo. Do wielu kobiet ta informacja jednak nie dotrze.

***

Wracając do naszych baranów, czyli tego, skąd się to wszystko wzięło: nie wiem, czy chodzi o odwrócenie uwagi obywateli od wzrostu zachorowań na koronawirusa, ale skoro w zeszłym tygodniu aresztowano Giertycha, a w tym de facto zdelegalizowano aborcję, to czego możemy się spodziewać przed kolejnym weekendem? 

Dla odmiany proponuję próbę przeniesienia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej do innego sanktuarium.

 

Tytuł dzisiejszego wpisu był tytułem artykułu okładkowego o  Polsce, który oryginalnie ukazał się chyba w L'Express w połowie lat 2000 (klik).

Zdjęcie tytułowe Claudio Schwarz, Unsplash.

22 października 2020

Poproszę o zwrot pieniędzy, czyli pas do pończoch fashion4passion - recenzja

Szanowni Państwo, 

chciałabym wyrazić swoje rozczarowanie produktem, który niedawno kupiłam w Państwa sklepie (zapinany z przodu pas na sześć haftek). Lamówka oderwała się od materiału już po jednym dniu z tyłu, blisko zapięcia, jak widać na załączonym zdjęciu. 

Zamówiłam właściwy rozmiar. To mój piąty pas do pończoch, nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się to w przypadku pasa innej marki. Chciałbym poprosić o zwrot pieniędzy, ponieważ ogólnie nie jestem zadowolona z jakości pasa koronka była postrzępiona już po wyjęciu z opakowania, a materiał jest znacznie cieńszy, niż na to wyglądał na zdjęciach. Czy powinnam go Państwu odesłać? 

***

Gio, producent kultowych pończoch o cenach oscylujących pomiędzy 10 a 36 funtów za parę, odesłał mi moje 36 funtów za pas bez mrugnięcia powieką (i bez konieczności odsyłania go). Jakimś czynnikiem może być to, że pas wyprodukowany był przez firmę zewnętrzną, fashion4passion; trafiłam na ich stronę, kiedy zobaczyłam metki na obu pasach, które kupiłam (drugim był Gypsy, czyli Bow Front Suspender Belt, który sprawia się nieco lepiej). Zdziwiła mnie nie tylko różnica w cenach (jeden pas jest droższy tu, a drugi tam), ale i w zdjęciach, znacznie słabszych na stronie producenta. (Na kolażu głównym widzicie reklamowany pas po lewej na zdjęciu ze strony Gio, po prawej ze strony fashion4passion.)

Pierwszy pas – ten zapinany na sześć haftek z przodu, trzy z tyłu – nie spełnia żadnej funkcji formującej; materiał na brzuchu jest niezbyt wysoki i dość słaby, to zaledwie jedna warstwa koronki. Koronka na przedzie strzępi się od razu po wyjęciu z opakowania, zapięcie na sześć haftek jest czysto ozdobne i do tego niczym nie podłożone, pas po prostu rozłazi się z przodu. Jest dobrze wyprofilowany, ma sensowne podwiązki i dobre żabki; niestety, podejrzewam, że jest szyty naprawdę słabymi nićmi, skoro zrobił mi numer, jakiego żaden pas nie zrobił mi nigdy.

Tabela rozmiarów padła ofiarą vanity sizing, i trzeba zamawiać rozmiar znacznie mniejszy, niż zwykle nosimy (u mnie były to dwa rozmiary mniej, a pas jest nadal dobry). 

 (Tu pas na stronie Gio, tu fashion4passion.)

***

Po lewej zdjęcie ze strony producenta, po prawej strona Gio.

Drugi pas, czyli Gypsy/ Bow Front Suspender Belt (w Wielkiej Brytanii mówimy suspender belt raczej niż garter belt), ma nieco wyższy front (chyba o niecałe dwa centymetry), i wstawkę na froncie z podobnie wiotkiej koronki, ale przynajmniej wzmocnioną pionowymi przeszyciami. Ma podobny profil i sensowne żabki; mam nadzieję, że dłużej mi posłuży, bo samo patrzenie na niego sprawia mi przyjemność.

(Tu pas na stronie Gio, tu fashion4passion.)

To wszystko na dziś. I Wam, i sobie życzę spokojnego końca tygodnia!

19 października 2020

Jak lepiej działać zdalnie. Poradnik dla uczniów i osób pracujących z domu

W pierwszym dniu ponownego wprowadzenia zdalnego nauczania w wielu polskich szkołach dzielę się z Wami radami, jakie przygotowałam na prośbę moich maturzystów, skarżących się na to, że nie wynoszą z lekcji zdalnych tyle, co z normalnych lekcji w klasie. Myślę, że mogą skorzystać z niego także młodsi uczniowie, studenci, czy osoby pracujące zdalnie. Jeśli chcielibyście coś dodać, zapraszam!
 
***
Na początek kilka podstawowych zasad fizycznej i psychicznej higieny pracy, dla porządku:
  • sen,
  • regularne przyjmowanie płynów,
  • wietrzenie pokoju,
  • rozciąganie się w trakcie przerw,
  • nieuczenie się w łóżku, czyli podział pokoju/ mieszkania na strefę pracy i strefę relaksu,
  • przebieranie się w ubrania kojarzące się z pracą/ szkołą/ nauką, lub takie, w których czujemy się bardziej ogarnięci. Być może makijaż, być może założenie na rękę zegarka.
Do tego WHO zaleca 150 minut umiarkowanie intensywnego, bądź 75 minut intensywnego ruchu w tygodniu, czytałam też o bardzo dobrych skutkach spędzania dwóch godzin tygodniowo na łonie natury. (A że zasadniczo nie będziemy mieli wielu innych opcji, równie dobrze można spróbować.)
 
A teraz do meritum: 

I. Angażujcie się (część dla uczniów, studentów, nauczycieli, rodziców)

W przypadku nauki online pracujecie nie tylko z nauczycielem, ale też z materiałem czasem bardziej z materiałem, niż z nauczycielem. Oprócz tego że trzeba w miarę możliwości zmobilizować nauczyciela, żeby pracował w sposób ułatwiający Wam funkcjonowanie, musicie też wypracować metody pracy z materiałem podawanym na lekcji, najlepiej już podczas zajęć.

Warto spojrzeć na to, jak prowadzone są zajęcia, i ew. poprosić nauczyciela, żeby wypróbowałinne rozwiązania. W naszej szkole obowiązuje zasada, że w przypadku lekcji prowadzonej w formie zdalnej, pierwsza godzina lekcyjna w jednym bloku (pracujemy zwykle w blokach po dwie godziny lekcyjne) nie może trwać dłużej niż 60 minut, a przerwa powinna trwać 1015 minut. Sama prowadzę zdalne zajęcia dość klasycznie (wykład/ ćwiczenia/ pogadanka), na ogół bez pracy samodzielnej, w bloku 401540 minut.

Można też spróbować wychować sobie nauczyciela. Formalnie lekcja powinna zaczynać się od podania informacji o tym, co będzie omawiane, i zakończyć się podsumowaniem. Jeśli nauczyciel prowadzi lekcję chaotycznie, poproście osobę, którą lubi najbardziej (lub kilka osób, które będą się zmieniać), by spytała go pod koniec lekcji o to, jakie są najważniejsze informacje, które powinniście wynieść z zajęć.

Ważnym czynnikiem zwiększającym zaangażowanie jest udział w lekcji. Jak niestrudzenie pisze w recenzjach uczniów mój kolega, aktywność podczas zajęć to podstawa utrwalenia sobie materiału. Mogę to wyłącznie potwierdzić: do tej pory świetnie pamiętam zajęcia sprzed dwudziestu lat, na których umierałam z nudów, i jedynym, co mnie ratowało, była maniacka wprost aktywność.

Drugim sposobem na zaangażowanie się jest robienie notatek w moim przypadku dobrze sprawdza się notowanie „jak leci” z elementami wizualnymi (grafiki, mapki, punkty, nagłówki), ale możecie przetestować też inne metody, np. klasyczny system Cornell (w Polsce często błędnie nazywany systemem Cornella).

Najważniejsza rzecz: do notatek należy wracać, żeby utrwalić materiał. Leżące odłogiem nie działają.

Podobno pisząc na papierze zapamiętujemy więcej, niż pisząc, podobno też łatwiej jest przyswoić informacje napisane własnym charakterem pisma (pewnie macie doświadczenie z pracą z notatkami robionymi przez inne osoby). Jeśli piszecie na klawiaturze, warto używać brzydkiej, przykuwającej uwagę czcionki, np. Comic Sans, żeby wytrącić mózg ze strefy komfortu.

Zaletą tych dwóch strategii jest to, że jeśli nauczyciel będzie widział, że jesteście aktywni i zapisujecie to, co mówi, prawdopodobnie mniej będzie męczył Was pytaniami, żeby się upewnić, że uważacie.

Kolejną rzeczą, którą możecie zrobić, jest założenie forum czy grupy dyskusyjnej, na której możecie zadawać pytania innym uczniom, sami utrwalić materiał, odpowiadając na pytania innych, wymieniać się materiałami czy tutorialami znalezionymi online. Jeśli czujecie, że na jakimś przedmiocie skorzystalibyście z rozmowy na temat materiału po zajęciach, to może być dobre rozwiązanie. 

Możecie też zwracać się z pytaniami bezpośrednio do nauczyciela kiedy ktoś mnie o coś pyta, zawsze sprawdzam, czy mogę przesłać odpowiedź wszystkim, żeby też z niej skorzystali.

II. Ogarnijcie czas

Kiedy oglądałam materiały o pracy w domu, spodobało mi się, to, co mówi dziewczyna w tym filmie (bardzo zresztą sensownym) kiedy funkcjonujemy online, bardzo łatwo jest stracić poczucie czasu.

Dobrze jest nie tylko rozpisywać sobie rzeczy do zrobienia i terminy, żeby nie zaskoczyły nas daty, ale też stosować inne techniki zwiększające naszą świadomość upływu czasu np. planować rzeczy, na które się cieszycie, co da Wam dodatkowe punkty orientacyjne w tygodniu i miesiącu. W obrębie tygodnia przyda się pewna powtarzalność, rytuały; jeśli np. coś trenujecie, dobrze to robić w konkretne dni da Wam to namiastkę funkcjonowania w normalny sposób. Można też umawiać się z rodziną na wspólne oglądanie filmów w piątki itd.

Od początku pandemii oprócz kalendarza stosuję zwykły zeszyt, w którym na górze strony wpisuję kolejne dni tygodnia i rozpisuję rzeczy do zrobienia.

W ramach jednego dnia warto mieć plan, ustawić w telefonie i komputerze przypomnienia o tym, kiedy warto zacząć zbierać się do snu, budzić się o sensownych porach. Przynajmniej raz dziennie wychodzić z domu, najlepiej w jakimś konkretnym celu do paczkomatu, biblioteki, na pocztę, coś sprawdzić.

Jeśli macie problem ze śledzeniem upływu czasu i zaskakuje Was nadejście wieczoru, możecie ustawić sobie cogodzinną przypominajkę w telefonie. Warto też po lekcjach/ pracy na chwilę wstać od komputera, zjeść obiad, napić się herbaty, posłuchać muzyki – zrobić coś, co symbolicznie zaznaczy przejście od czasu pracy do czasu domowego (ja przebieram się wtedy w „domowe” ubranie).

Update: koledzy polecają aplikacje Microsoft To Do (lista zadań, które można przypisywać innym osobom) oraz Toggl (śledzenie realnego czasu pracy). 

III. Zorganizujcie sobie przestrzeń do pracy

Chodzi tu o przestrzeń fizyczna, ale i społeczną najlepsze biurko da nam niewiele, jeśli będzie nam przeszkadzać remont, hałaśliwi sąsiedzi czy rodzeństwo. Co najbardziej Was rozprasza w domu i co możecie z tym zrobić?

Czasem rozwiązaniem może być grafik zadań domowników, lub słuchawki wyciszające odgłosy z zewnątrz (nie zawsze bezpieczne na ulicy, dodam, ale w domu się przydają), lub stoppery do uszu, jeśli się uczycie/ piszecie. 

Jeśli macie problem z koncentracją przed komputerem czy telefonem, jest dużo programów czasowo blokujących dostęp do telefonu lub konkretnych stron.

Jeśli chodzi o przestrzeń fizyczną siądźcie wygodnie, teraz, i zastanówcie się, czy coś Wam w Waszej przestrzeni przeszkadza, czy cokolwiek chcielibyście zmienić. Czy potrzebne byłoby Wam światło, które byłoby jaśniejsze, lub padałoby pod innym kątem? Fotel jest niewygodny? Niewygodnie Wam po coś sięgać? Wszystkie materiały leżą na jednym lub dwóch stosach? Sama niedawno kupiłam fotel, przearanżowałam półki koło biurka, zmieniłam żarówkę z mlecznej na przezroczystą (co robi różnicę), dodałam dwa punkty świetlne.

Na pewno ważny jest dobry fotel do pracy, podpierający odcinek lędźwiowy kręgosłupa, lub specjalna poduszka pełniąca to samo zadanie. Jednak nawet wtedy warto zmieniać pozycję siąść na kanapie, lub, przy braku biurka do pracy na stojąco, znaleźć parapet czy półkę na wysokości umożliwiającej nam pracę na laptopie.

Prócz tego mogą się przydać:

  • Poduszka/ mata do akupresury.

  • Do pracy na komputerze, żeby oszczędzić oczy okulary z antyrefleksem lub zerówki z filtrem blue light, można też poszukać naklejek z filtrem blue light na ekrany.

Sama, na ile się da, pracuję na wydrukach. (Koleżanka namawia mnie na tablet do sprawdzania prac, podobno dobry dla oczu. Na razie nie chcę kolejnej elektroniki w domu, ale gdyby Was coś takiego interesowało, tu macie link. Klawiatury i rysiki ponoć taniej kupić jest gdzie indziej.)

IV. Małe przyjemności.

Na koniec – nauka czy praca z domu nie musi być wyłącznie niemiła. Spróbujcie wykorzystać olejki eteryczne czy świeczki zapachowe, które mogą Wam pomóc radzić sobie ze stresem lub przeciwnie, brakiem koncentracji. Sama, kiedy tylko dotarło do mnie, że online się zbliża, zrobiłam listę świec zapachowych do wypróbowania. 

Jeśli macie taką możliwość, zaproście do pomieszczenia, w którym pracujecie, jakiś żywy element może być to kot, który będzie chodzić Wam po biurku (koty na ekranach ratują zdrowie psychiczne w pandemii), kwiatek doniczkowy, nieduże akwarium. Moja guru wellness, Victoria Moran, twierdzi, że zaangażowanie „siódmego zmysłu”, zmysłu życia, całkowicie zmienia nasze funkcjonowanie w danej przestrzeni. 


Czy coś chciałybyście dodać? Będę wdzięczna za Wasze pomysły! A jeśli myślicie, że ten wpis może się komuś przydać, będzie mi miło, jeśli podzielicie się nim na Facebooku.

Zdjęcie tytułowe: Steinar Engeland, Unsplash.