15 sierpnia 2022

Shopping

Zagadka: jaką historię będę próbowała opowiedzieć ubraniem w nadchodzącym sezonie? (Zero linkow afiliacyjnych, jestem na to za mała;-)

Nago, spódnica z grubej bawełny organicznej grey skies (zwrot - jest całkiem fajna, żebrowana, ale czuję się w niej rozmamłana);

Tatuum, granatowa sukienka z długim rękawem;

Mohito, szary prosty golf (zwrot, zły kolor i jednak nie potrafię nosić golfow, bo czuję, że się w nich duszę - miałam zamiar zwalczyć to siłą woli,  ale nie wyszło);

Gatta, szara bluzka z półgolfem (fason odpowiada mi na tyle, że zamówiłam jeszcze błękit);

Kuferek z szarej skóry (aplauz i akceptacja, nieopatrzony kolor i forma).

Zdjęcie tytułowe: Arno Senoner, Unsplash.

Czy opowiadacie swoim strojem historie? Jakie?

14 sierpnia 2022

Węgiel, róże, filiżanki. Śląsk samochodem

Dziś zamieszczam rozpiskę naszego tegorocznego wyjazdu "w Polskę" (jeśli nie czytałyście poprzedniego wpisu, zacznijcie tutaj). Planowaliśmy dziesięć dni i powrót jedenastego, ale okazało się, że Amerykanie wiedzieli lepiej dziewiątego dnia wieczorem doszliśmy do wniosku, że dość już wrażeń i chcemy wracać (tzn. dziecko pewnie chętnie zostałoby w drodze, ale my już nie). Mentalnie odpoczęliśmy bardzo, jedliśmy dobrze, nawet trochę się opaliliśmy. Moje niepokoje (czy nam się spodoba, czy nie będzie problemów z częstym pakowaniem) okazały się bezpodstawne; wyjazd bardzo podobał się Młodej (i chyba jej posłużył), a mąż już przebąkuje o powtórce w przyszłym roku. Nie spodziewałam się może, że jazda samochodem trochę jednak wejdzie nam w plecy, ale masaż po powrocie załatwił sprawę. 

Jak zaplanowałam wyjazd? Decyzję o takiej formie wjazdu podjęliśmy spontanicznie, więc zamiast długiego planowania zdjęłam z półki odkładane numery National Geographic Traveller poświęcone Polsce, i zdecydowałam się na Polskę południowo-zachodnią, która oferowała najwięcej atrakcji dla nas wszystkich (każde z nas ma nieco inny profil oboje z mężem jesteśmy architektoniczno-społeczni, mąż z córką techniczno-przemysłowi, a ja kulturalno-przyrodnicza). Kilka bardzo ciekawych miejsc pojawiło się na liście już w trakcie wyjazdu; w tekście pojawiają się linki do map Google, żebyście mogły je zobaczyć i ewentualnie zaznaczyć interesujące Was miejsca. 

Dzień 1. Warszawa Częstochowa Zabrze 

Ruszyliśmy rano, żeby  zdążyć na zwiedzanie Muzeum Produkcji Zapałek w Częstochowie 0 11.00, a potem odsłonięcie obrazu Matki Boskiej o 13.30, i późniejsze zwiedzanie Jasnej Góry.

Fabryka Zapałek w Częstochowie uzyskała status zabytku (chyba w 2010 roku) ze względu na zabytkową, unikatową na skalę światową linię produkcyjną, co okazało się nieszczęściem w szczęściu musiała zawiesić działalność i od lat czeka na wpis na Listę Dziedzictwa UNESCO, żeby móc ubiegać się o fundusze unijne i odżyć. Na zwiedzanie umawiamy się telefonicznie, z byłym dyrektorem Zapałczarni, który specjalnie przyjeżdża, żeby otworzyć budynek; spodziewajcie się klimatów urbeksowych, ale akurat dla nas było to przyjemne zaskoczenie. Płatność tylko gotówką.

Zależało mi na tym, żeby Młoda zobaczyła Jasną Górę częściowo dlatego, żeby miała pojęcie, jak może wyglądać miejsce kultu. (Potem, jak się okazało, mieliśmy odwiedzić świątynie o uboższej historii, ale znacznie bardziej efektowne.) Strona klasztoru podaje konkretne rozkłady dnia i informacje o zwiedzaniu; żeby zarezerwować zwiedzanie z przewodnikiem (ze względu na charakter miejsca nie ma możliwości zwiedzania z audioprzewodnikiem), trzeba założyć konto na stronie.

Miałam ochotę zjeść w Claromontanie (należącej do klasztoru sieci sklepów i restauracji), żeby mieć pełne doświadczenie pątnicze, ale przeczytałam chłodne recenzje i zjedliśmy po sporej, niezłej zupie w bistro "A Nóż Widelec" nieopodal klasztoru. (Wtedy po raz pierwszy zderzyliśmy się z faktem, że w poniedziałki restauracje na Śląsku są zamknięte.) 

Znajoma z Częstochowy polecała nam jeszcze plażę w Parku Lisiniec, ale zamiast tego poszliśmy na lody i pojechaliśmy do Zabrza.

Dzień 2. Zabrze

Kiedy poprzedniego dnia wieczorem rozglądaliśmy się po Zabrzu, okazało się, że tuż koło naszej pierwszej atrakcji znajduje się Park Techniki Wojskowej, gdzie grupa zapaleńców doprowadza do stanu jezdnego pojazdy wojskowe Układu Warszawskiego. Mężowi zaśmiały się oczy, i postanowiliśmy od tego zacząć a nawet mnie przyjemnie było zobaczyć pojazdy, po których było widać, że żyją, a nie stoją i niszczeją; niektóre eksponaty były nieoczywiste, np. mobilna stacja radarowa, czy radiostacje. 

W Sztolni Luiza kupiłam bilety na atrakcję, która chyba najbardziej z całego wyjazdu podobała się Młodej Podziemne Królestwo Maszyn, czyli zwiedzanie zbudowanej dla uczniów szkoły górniczej kopalni ćwiczebnej i oglądanie maszyn górniczych w akcji (zresztą wszystkie dzieci szły za przewodnikiem jak za panią matką).

Zjedliśmy kanapki i puściliśmy Młodą na eksplorację parku zabaw 12C zaraz za budynkiem sztolni to duża przestrzeń do zabawy dla dzieci z wieloma technicznymi atrakcjami związanymi z górnictwem, telegrafem świetlnym, i budynkiem, gdzie odbywają się pokazy camera obscura. Na terenie placu zabaw mieści się Bajtel Gruba, czyli kopalnia dla dzieci (chyba dostępna odpłatnie, ale mogę się mylić).

Koło czwartej podjechaliśmy na Podziemny Spływ Sztolnią mogę przysiąc, że informacja "Fragment podziemnych wyrobisk przebywa się tu pieszo, a 1100 metrów to unikatowy, podziemny spływ łodziami" pojawiła się już po naszych odwiedzinach, bo sprawdzałam, czy czegoś nie przeoczyłam trochę mało było tego spływu w spływie (30-40 min, na ok. półtorej godziny podziemnego spaceru). Było ciekawie, ale trochę długo, i Młoda zdążyła zmęczyć się i zmarznąć, choć byliśmy sensownie ubrani.

Duży i dobry obiad (nasze pierwsze zetknięcie ze śląskimi megaporcjami) zjedliśmy w restauracji Twist

Dzień 3. Zabrze Katowice Wrocław.

Rano przed wyjazdem obejrzeliśmy jeszcze założony przed wojną ogród botaniczny w Zabrzu piękny, spokojny, bardziej parkowy niż akademicki, przyjazny rodzinom (kawiarenka, spory plac zabaw), ze staromodną, estetycznie zapuszczoną różanką. (Niestety, podczas naszego pobytu w Zabrzu pogoda nie sprzyjała temu, by wybrać się na zbudowane w 1933 roku Kąpielisko Leśne.)

Potem pojechaliśmy do Katowic, zwiedzić zabytkowe osiedla górnicze Nikiszowiec i Giszowiec. (Tu przydały się karty zadań ze strony Questing.pl Nikiszowiec, Giszowiec do wykonania pierwszego questu konieczne jest wejście do muzeum w Nikiszowcu, gdzie zwiedzamy byłą pralnię/ magiel, i odwzorowane mieszkanie górniczej rodziny.)

Nikiszowiec jakoś szczególnie mną nie wstrząsnął, ale Róże Nikiszowca są piękne, a kościół św. Anny duży i ładny, i naprawdę warto do niego wejść. Z zabudowy Giszowca zachowało się o wiele mniej, ale jako miasto-ogród ma swój urok. 

Uderzająca jest wizja właścicieli kopalni, którzy starali się zaspokoić potrzeby górników i ich żon zapewniając im prąd, wodę bieżącą, szkoły, pralnie i magle (żeby zapobiec zawilgoceniu budynków), piece do pieczenia, przestrzeń do zgromadzeń/ życia kulturalnego oraz tereny zielone... Był to jednak swego rodzaju pakt z diabłem, bo górnicy, nawet jeśli nie ginęli w wypadkach, rzadko dożywali późnego wieku (zabijała ich pylica).

Pyszny i niezbyt drogi obiad  w tym roladę i maczankę zjedliśmy w Giszowcu, w Dworku pod Lipami. Potem pojechaliśmy do Wrocławia, gdzie wieczorem przeszliśmy się po Starówce; pikantna pralinka "Red Baron" i "Desperado" z serem pleśniowym w Czekoladziarni nie były tak dobre, jak zapamiętaliśmy, ale jeśli chcielibyście spróbować czekoladek z niesztampowym nadzieniem, warto tam zajrzeć.

Ponieważ Wrocław zwiedziliśmy dość gruntownie przy poprzednich okazjach, na kolejne dwa dni bez wyrzutów sumienia zaplanowaliśmy spotkania towarzyskie i rodzinne; jeśli chodzi o zwiedzanie, pierwszego dnia pobytu wybraliśmy się na spływ pontonem (widziałam zimorodka, a ponton był bardzo wybaczający), a kolejnego na wystawy Dalego i Miro (dla wytrwałych).

Dzień 6. Świdnica Książ

Późnym rankiem (co niestety potem się na nas zemściło) pojechaliśmy do Świdnicy obejrzeć Kościół Pokoju. Jeśli jeszcze tam nie byłyście, emfatycznie to miejsce polecam! Kościół Pokoju w Świdnicy to triumf inwencji nad nietolerancją: po pokoju westfalskim zezwolono ewangelikom na budowę kościoła poza miastem, z nietrwałych materiałów, o bryle nie kojarzącej się ze świątynią, i w czasie nieprzekraczającym roku... Zbudowany w 1657 roku mieścił 7500 osób, a jego malowane drewniane wnętrze jest po prostu oszałamiające. Wraz z zabudowaniami parafialnymi stoi i zachwyca do dziś.

W Świdnicy planowaliśmy zjeść w Barze Gar niestety, w weekendy nieczynnym. Przeszliśmy się jednak po starówce (mąż zażyczył sobie obejrzeć świdnicką farę), i doszłam do wniosku, że coś zdecydowanie mnie do tej pory omijało (świdnicka starówka jest bardzo reprezentacyjna, fara ogromna, a w ramach lokalnego kolorytu stała pod nią grupa Wojowników Maryi).

Ze Świdnicy pojechaliśmy do Książa, gdzie w ramach wykupionego wcześniej biletu Explore Wałbrzych mieliśmy do obejrzenia zamek, tarasy oraz palmiarnię. Jeśli chodzi o zwiedzanie zamku, trasa była znacznie ciekawsza, niż kilkanaście lat temu: więcej sal i eksponatów, bardzo dobry przewodnik audio z elementami słuchowiska (Młoda słuchała jak zaklęta i sporo zapamiętała), ciekawa wystawa fotografii autorstwa szefa kuchni Hochbergów, Louisa Hardouina.

Pod koniec zwiedzania byliśmy już mocno głodni przeszliśmy tarasy, pojechaliśmy jeszcze do Palmiarni, której pewnie należało się więcej uwagi. Obiad w znanej wałbrzyskiej restauracji był do zapamiętania głównie ze względu na niemoralnie duże porcje i czas oczekiwania.

Z Wałbrzycha pojechaliśmy na nocleg do Szczawna-Zdroju, przedziwnie zapuszczonego kurortu, gdzie największe wrażenie zrobiła na mnie piękna, niedawno odnowiona dziewiętnastowieczna hala spacerowa (popatrzcie!) z ukrytą w rogu tablicą upamiętniającą pobyt w uzdrowisku Narcyzy Żmichowskiej.

Dzień 7. Wałbrzych

Szczęśliwie poprzedniego dnia zorientowałam się, że wizytę w Starej Kopalni (w ramach biletu Explore Wałbrzych) trzeba (jako jedyną) umawiać na konkretną godzinę. Wizyta tam unaoczniła nam, jak niebezpieczna jest praca w kopalni metanowej, i pokazała inny wymiar górnictwa, niż w Zabrzu ułożenie pokładów węgla w Wałbrzychu uniemożliwiało wydobycie w sposób mocno zmechanizowany, co unaoczniają przedwojenne zdjęcia   jak mówił nasz przewodnik, były górnik i ratownik, do lat 90. metody wydobycia praktycznie się nie zmieniły. Imponujące były za to ogromne maszyny znajdujące się na powierzchni, umożliwiające górnikom pracę "na dole".

Ostatnią atrakcją w Wałbrzychu było Muzeum Porcelany (tu wejścia są co 30 minut), które okazało się interesujące dla nas wszystkich; przeszliśmy je trasą rodzinną (o ile dobrze rozumiem, audioprzewodniki mają załadowane różne programy dla różnych odbiorców). Prócz pięknej kolekcji klasycznej porcelany jest tam też bardzo apetyczna ekspozycja porcelany z lat 50. i 60.; aż chce się poszukać okazji na OLX czy Allegro, choć rozsądek podpowiada, że skarby za bezcen już trafiły się innym.

Bardzo dobry obiad zjedliśmy w parku Sobieskiego, w Harcówce (ich porcja dziecięca wzbudziła we mnie grozę to chyba największa porcja nuggetsów i frytek, jaką widziałam w życiu).

Dzień 8. Krzeszów Rudawy Janowickie Jelenia Góra Zielona Góra

W przepięknym opactwie pocysterskim w Krzeszowie udało nam się wysłuchać koncertu organowego z bliska, a nawet wejść do środka instrumentu z 1730 roku złożoność barokowej myśli technicznej uczy pokory. (Dosłownie dzień wcześniej, z prospektu znalezionego w hotelu, dowiedziałam się o programie "Dotknij Englera", który był fantastyczną atrakcją zwiedzania i tak bardzo efektownego opactwa.)

Potem mało nie zaginęliśmy w górach, szukając Rudaw Janowickich – to miała być budżetowa wersja kolorowych jeziorek mużakowskich, które pominęliśmy ze względu na odległość. Niestety, po ostatnich upałach jeziorka zżółkły i straciły wyraziste kolory.

Po obiedzie (i praniu) w Jeleniej Górze próbowaliśmy zajrzeć do Cieplic, co podpowiedziała mi jedna z czytelniczek to najstarsze uzdrowisko w Polsce, od 1976 stanowiące część  Jeleniej Góry. Jednak Cieplice jakoś magicznie się przed nami obroniły najwyraźniej okrążyliśmy je, nie dostając się do reprezentacyjnej części uzdrowiskowej; byliśmy zmęczeni i rzuciliśmy rękawicę. Za to po drodze do Bolesławca minęliśmy Pławną Dolną, wieś odmienioną wyobraźnią artysty Dariusza Milińskiego, który urodził się w Cieplicach właśnie (popatrzcie tu).

Bolesławiec zaoferował nam chyba najprzyjemniejszy nocleg całej trasy, w cichym i wesolutko kropkowanym Ibis Styles.

Dzień 9. Bolesławiec Zielona Góra

Wizyta w Bolesławcu upewniła nas w przekonaniu, że jesteśmy ludźmi porcelany. Najpierw odwiedziliśmy manufakturę po wcześniejszych zwiedzaniach w trakcie tego wyjazdu to wydawało nam się dość pobieżne, ale Młodej się podobało i zdecydowała się zostać na warsztatach malowania ceramiki.

Zwykle zwijam się wewnętrznie na myśl o bolesławieckiej estetyce, ale ich ceramika to nie tylko kwiaty i kropki; mąż zwrócił uwagę na liniię collection 60' Magdaleny Gazur (wzór 602A), a ja na odświeżony, graficzny serwis różany jej autorstwa i japonizujące wzory Mateusza Grobelnego. 

Potem odwiedziliśmy Muzeum Ceramiki, gdzie przeżyłam rozczarowanie, bo replika osiągnięcia techniki, jakim był dwumetrowy Wielki Garniec Mistrza Joppego z 1753 roku jest wykonana z tworzywa sztucznego. (Mąż pocieszył mnie pokazując bolesławiecki wiadukt kolejowy.)

Potem pojechaliśmy do Zielonej Góry, gdzie nastawiałam się na chillout przy lokalnym winie, ale po Śląsku to miasto trochę zawiodło nas organizacyjnie. Zaraz po obiedzie poszliśmy do informacji turystycznej, znajdującej się w środku ładnego Starego Miasta z secesyjnymi kamieniczkami, bo chciałam dowiedzieć się więcej o Miejskim Szlaku Winiarskim, który jednak "dopiero się robi" na tegoroczne Winobranie. Poszliśmy więc poszukać bachusików, na Winne Wzgórze i do Palmiarni (przyjazna), po drodze obserwując, że miasto ma problem nie tyle z alkoholem, co z dopalaczami. 

Pod wieczór zaczęłam namawiać męża na odwiedzenie ruin pałacu w Zatoniu (podświetlenie!), ale byliśmy tak zmęczeni, że spędziliśmy wieczór w ogródku hotelowej restauracji, patrząc na ludzi, podsumowując wyjazd, i czytając cokolwiek dwuznaczną tabliczkę na murze.

Dzień 10. Powrót

Młoda próbowała nas namówić na przedłużenie pobytu, ale zaproponowaliśmy jej kolejne polowanie na bachusiki (na co przystała) i powrót. Po drodze odwiedziliśmy posąg Chrystusa Króla w Świebodzinie, konstatując, że miejsca kultu nie da się zrobić ot tak. 

***

Podsumowując: zamknęliśmy się poniżej zakładanego budżetu, czyli kosztu dziesięciodniowego wyjazdu za granicę. Dziecko jest zachwycone, mąż mówi wszystkim, że miał wakacje życia, a ja znów zdjęłam z półki National Geographic.

Jeśli rozważacie wakacje w takiej formie, polecałabym zacząć od Śląska, ze względu na zróżnicowanie zabytków kultury i techniki - jeśli możecie polecić inne atrakcyjne kierunki lub miejsca, dajcie znać w komentarzach. Serdeczności! 

 

Zdjęcie tytułowe: Nikiszowiec. Michał S, Unsplash.

07 sierpnia 2022

Samochodem po Polsce. Jak zaplanować wyjazd


Długo zastanawialiśmy się w tym roku nad wyborem miejsca na wakacje; przeważyło znudzenie dodatkową formułą wypoczynku, którą chętnie wybierał mój mąż (stacjonarne wakacje "w ciepłym"). (Nie chciałam ryzykować objazdówki, bo nie sprzyjają im temperatury wtedy, kiedy mam urlop, czyli od połowy lipca do połowy sierpnia).

Zdecydowaliśmy więc, że przepalimy nasz wakacyjny budżet na miejscu – w Polsce, ale objazdowo. Taki wyjazd ma kilka sporych zalet: przywraca nam poczucie sprawczości, pozwala nam na pokazanie Młodej kraju i zaspokojenie ciekawości nowych miejsc, a także sprzyja naszej ulubionej wakacyjnej rozrywce, tzn. obserwowaniu ludzi i snuciu refleksji (nie zawsze smutnych) nad stanem świata. 

Wybraliśmy kierunek, po czym sięgnęłam po numery National Geographic Traveller poświęcone Polsce, które od lat zbierałam, czekając na odpowiedni moment. Wybrałam miejsca, które chcielibyśmy zwiedzić/ pokazać Młodej, starając się o równowagę miejsc ciekawych dla niej i dla nas, i wmontowanie w plan czasu na regenerację. Wyszukałam hotele (o tym dalej), i umówiłam się ze znajomymi mieszkającymi na trasie. Wyszukałam uczciwe lokalne restauracje, w których można zjeść dobry posiłek bez rozbijania banku.

Po tygodniu w drodze mogę powiedzieć, że jedynym problemem jest to, że czasem ciężko nam usnąć z nadmiaru wrażeń, ale chętnie się podzielę tym, co się u nas sprawdziło.

Zacznij od pętli.

Szukałam trasy, która umożliwiłaby nam obejrzenie dwóch-trzech atrakcji każdego dnia bez konieczności długich przejazdów między nimi; te starałam się zaplanować na rano i wieczór. Wyeliminowałam cele-wyspy, odizolowane od pozostałych (te zaznaczyłam w Google Maps jako miejsca do odwiedzenia w przyszłości), i starałam się dbać o równowagę, planując coś dla każdego. Chciałam, by każdy dzień miał w sobie coś atrakcyjnego dla przynajmniej dwojga z naszej trójki, a kolejnego dnia - innych dwóch z trzech osob; ponieważ atrakcji zwykle było dwie-trzy dziennie, nie zdarzyło się, żeby jakiś dzień był dla kogoś całościowo zły. (Plan wycieczki podam Wam za tydzień.)

Rozważ kupno biletów wiązanych.

Nie tylko ze względu na oszczędność (często symboliczną), ale jako sposób na zróżnicowanie zwiedzanych obiektów  (patrz punkt poprzedni). 

Przykładowo, bilet Explore Wałbrzych obejmuje zwiedzanie Zamku Książ wraz z tarasami i palmiarnią, wałbrzyskiego Muzeum Porcelany, oraz nowoczesnego skansenu górniczego Stara Kopalnia.

Nie jedźcie na dłużej, niż dziesięć dni.

Eksperci w kwestii rodzinnych road trips, czyli Amerykanie, radzą, by rodzinna wyprawa trwała nie dłużej, niż dziesięć dni - najwyraźniej tyle przeciętna rodzina "w drodze" jest w stanie wytrzymać we względnej harmonii, i tyle czasu trwa, nim niedogodności nie zaczną nam doskwierać.

Unikaj niepotrzebnego ryzyka w istotnych obszarach.

Moją piętą achillesową jest sen - muszę mieć cicho, chłodno i ciemno, więc wolę średni sieciowy hotel od bardzo estetycznego butikowego, w którym nie ma zaciemnionych, dźwiękoszczelnych okien ani klimatyzacji. 

Nie bierz odpowiedzialności za wszystko.

Daj innym popełnić błędy, zamiast brać na siebie odpowiedzialność za całokształt wyprawy. Przykład:  tam, gdzie nie było miejsc w hotelach sieciowych, rezerwacje robił mój mąż. Jeśli było dobrze, było dobrze. Jeśli mogłoby być lepiej - czułam spokój ducha wiedząc, że wszelkie niedogodności nie są moją winą, a on widział, że lekko nie jest (a przede wszystkim zdejmował mi z głowy ciężar decyzji w kwestii noclegu). Do tego wprowadzało to potrzebne (zwłaszcza dziecku) zróżnicowanie.

Noclegi poza głównymi punktami trasy miały też tę zaletę, że pozwalały nam odkryć zupełnie niespodziewane miejsca (na przykład przepiękną Halę Spacerową w Szczawnie-Zdroju).

Idealnie byłoby, gdyby dzieci nie miały mniej, niż dziesięć lat.

Kiedyś uczyłam dziewczynę, której rodzice zawodowo recenzowali hotele. Spytałam ją, od jakiego wieku ma sens zabierać dziecko na "kulturalne" wakacje z dużą ilością zwiedzania; na podstawie doświadczeń swoich i rodzeństwa powiedziała mi, że granicznym wiekiem jest dziesięć lat (inni uczniowie to potem potwierdzali).

Młoda dopiero co skończyła dziesięć lat, i faktycznie z jednej strony wykazuje się już dużą cierpliwością - pojedyncze rozczarowanie nie psuje jej całego dnia, nie marudzi w samochodzie - a z drugiej widzę, że chłonie jak gąbka i sporo zapamiętuje (np. cytując dosłownie audioprzewodnik).

Znajdź miejsce na obiad z wyprzedzeniem.

Bardzo łatwo to zrobić, korzystając z internetu, a oszczędza to tony stresu (jedyna jak dotąd wpadka przydarzyła nam się w Świdnicy, kiedy okazało się, że bar, który planowaliśmy odwiedzić, jest czynny tylko od poniedziałku do piątku). 

Skądinąd warto pamiętać o lokalnych "różnicach kulturowych" - warszawiakom ciężko pojąć, że restauracja może być zamknięta w niedzielę, a jeszcze ciężej - że w poniedziałek (patrz Śląsk). Do tego śląskie porcje to Porcje przez wielkie "p" - w jednej z wałbrzyskich restauracji podaje się największe porcje dziecięce, jakie widziałam w życiu.

Poszukaj pralni.

Weźcie mniej rzeczy, żeby w każdym miejscu pakować się bez paniki, a zaplanujcie odwiedziny w pralni samoobsługowej,  najlepiej w dzień powszedni. (Zakładam, że przynajmniej raz zahaczycie o jakieś większe miasto.)

***

Kiedy pojawi się ten wpis, powinniśmy być po pierwszym tygodniu naszej dziesięciodniowej wyprawy, gdzieś między Palmiarnią w Książu a repliką Wielkiego Garnca w Bolesławcu. Jeśli macie jakieś rady lub uwagi, piszcie:-)

Życzcie nam udanego wyjazdu, i Wam też - dobrego pomysłu na lato!

Zdjęcie tytułowe: Anja, Unsplash.

31 lipca 2022

Dobre imię w dobie internetu

 

Mam szybkie przemyślenie na marginesie rozgrywających się w ostatnich miesiącach spektakli medialnych kontrowersji wokół słów Olgi Tokarczuk, procesu Johnny'ego Deppa i Amber Heard, wyborów życiowych Meghan Markle. (Fakt, że dotyczą one głównie kobiet, pozostawiam Waszemu osądowi.)

***

W antropologii i socjologii istnieją pojęcia kultur lęku, wstydu i winy. Cytując za Wikipedią, w moim swobodnym tłumaczeniu:

W kulturze winy kontrolę sprawuje się przez wywoływanie i nieustanne wzbudzanie poczucia winy (oraz oczekiwania kary, teraz lub w życiu pozagrobowym) za konkretne potępiane zachowania. Charakterystyczny dlań światopogląd koncentruje się na prawie i karze. Osoba w takim społeczeństwie może spytać: "Czy moje zachowanie jest sprawiedliwe czy niesprawiedliwe?" W kulturze tego typu ważne jest sumienie jednostki.

W kulturze wstydu kontrolę sprawuje się przez zaszczepienie wstydu i dopełniającą go groźbę ostracyzmu. (...) Osoba w takim społeczeństwie może spytać: "Czy sprawiać wrażenie zawstydzonego, jeśli zrobię X?" lub "Jak ludzie będą odbierać, jeśli zrobię Y?". Kultury wstydu zazwyczaj opierają się na pojęciach dumy i honoru, a liczą się w nich pozory.

W kulturze lęku kontrolę sprawuje się przez lęk przed karą. Światopogląd kultury lęku koncentruje się na fizycznej dominacji. Osoba w takim społeczeństwie może spytać: "Czy coś mi grozi, jeśli to zrobię?" [klik]

Oczywiście, te kultury/ światopoglądy mogą się mieszać między sobą - w grę wchodzą tu takie czynniki, jak wielkość miast, różnice regionalne czy środowiskowe. Zasadniczo kraje reprezentujące kulturę zachodnią (Europa, Ameryka Północna, Australia i Nowa Zelandia) należą do kultury winy, ale nie było tak zawsze, i być może nie będzie. 

We wczesnym siedemnastym wieku Kasjo, bohater "Otella", postawiony w bardzo złym świetle ze względu na machinacje Jagona, krzyczy w drugim akcie: „Dobre imię! Dobre imię! Moje dobre imię! Utraciłem dobre imię, utraciłem nieśmiertelną część mojego jestestwa, a pozostała jest bydlęca.” Dla bohaterów Szekspira reputacja jest ziemskim, społecznym odpowiednikiem nieśmiertelnej duszy ułatwia poruszanie się w świecie, jest niezbędna do nawiązywania relacji. Zła reputacja uniemożliwia funkcjonowanie w społeczeństwie, co z przerażeniem konstatują bohaterowie "Romea i Julii", nie wyobrażający sobie życia w oderwaniu od swoich rodzin.

Richard Allestree, siedemnastowieczny angielski duchowny i rektor Eton, w  rozprawie "The Government of the Tongue", napisał, co następuje:

Podobnie dobrzy ludzie uważali swoje imię za najcenniejsze, co mieli, zaraz po duszy, przedkładając je nad dobra materialne i życie. W rzeczy samej, to właśnie ono daje nam pomniejszy rodzaj Nieśmiertelności, i sprawia, że nawet na tym świecie możemy przetrwać własną śmierć. Ta część nas jako jedyna trwa żywa, kiedy leżymy w grobie, i pachnie perfumami, gdy my jesteśmy smrodem i zgnilizną: świadomość tego tak wpływała na co dzielniejszych Pogan, że z radością odrzucali życie z tego powodu. [Klik, tłumaczenie moje.]

Chyba najdobitniejszy przykład literacki starcia kultury wstydu z kulturą winy znalazłam w "Czarownicach z Salem" Arthura Millera dwudziestowieczny autor oczywiście pozwala sobie na liberalne podejście do historycznego materiału, ale jego John Proctor jest współczesnym człowiekiem, z jednej strony gnębionym przez poczucie winy, z drugiej odpornym na osąd społeczności, w której żyje.

***

Wracając do punktu wyjścia dzisiejszego wpisu: burza wokół Meghan Markle znudziła mnie jeszcze przed rozmową z Oprah; podczas przesłuchań w sprawie Johnny'ego Deppa i Amber Heard przez chwilę kibicowałam jemu, dopóki nie zorientowałam się, że obu stronom chodzi o medialne wdeptanie przeciwnika w ziemię. Słowa Olgi Tokarczuk, poza tym, że były nietaktowne, niezbyt mnie obeszły; jestem świadoma tego, że pisarze z wiekiem zapadają na tę samą przerażającą chorobę zawodową, co nauczyciele, to znaczy zaczynają ferować osądy i mówić innym, jak żyć. (To jeden z głównych powodów, dla których boję się zestarzeć w zawodzie.)

Tym, co mnie interesowało w każdym z tych przypadków, była rola internautów. Armii ludzi, świadomie lub nieświadomie wzmacniających przekazy, które najczęściej ich nie dotyczą; których zmasowana krytyka sprawia, że ktoś może stać się persona non grata, czy odebrać osobie publicznej kontrolę nad własnym wizerunkiem, wypartym przez reprodukowane ad perpetuum niekorzystne memy.

Rozumiem, że niektórym takie zachowania dają poczucie sprawczości, poczucie dystansowania się (małym kosztem, dodam) od postrzeganego zła przez wyrażenie potępienia, ale też pachną mi brakiem samodyscypliny, oddawaniem swojej uwagi na użytek mediów, czerpiących zyski z naszego zaangażowania i często kompulsywnego śledzenia treści, często tworzonych kosztem czyjegoś życia.  

W moim odbiorze takie publiczne spektakle potępienia wprowadzają do naszej kultury coraz większy komponent kultury wstydu, cofając nas co za paradoks, w końcu chodzi o współczesną Wielką Encyklopedię do ery przedoświeceniowej. Nie po drodze mi z Ayn Rand, ale wierzę w swoje sumienie, i nie chcę żyć w społeczeństwie, w którym następuje odwrócenie orientacji moralnej od wewnątrz do zewnątrz, a kompas moralny coraz częściej stanowi opinia anonimowego tłumu, zdolnego jak w przypadkach "cancelowania" do odebrania komuś reputacji, czyli ziemskiej duszy


Bibliografia:

Allestree, Richard. The Government of the Tongue. Grand Rapids: Christian Classics Ethereal Library.

Wikipedia contributors. "Guilt–shame–fear spectrum of cultures." Wikipedia, The Free Encyclopedia. Wikipedia, The Free Encyclopedia, 16 Apr. 2022. Web. 28 Jul. 2022.

Zdjęcie tytułowe: Steve Johnson, Unsplash.

24 lipca 2022

Janina Dłuska. Kobieta ery art déco

Tytuł wystawy poświęconej twórczości Tamary Łempickiej, gdzie po raz pierwszy świadomie zetknęłam się z pracami Janiny Dłuskiej "Kobieta w podróży" równie trafnie podsumowuje życie drugiej z artystek. Kursk, Kraków, Moskwa, Kraków lub Lwów, Lublin, Paryż, Monachium, Wilno patrząc na tę listę można zwątpić w to, że łączenie podróży z pracą miałoby być czymś nowym, tym bardziej, że Dłuska zginęła tragicznie w wieku zaledwie 32 lat.

***

Janina Dłuska urodziła się w 1899 roku w Kursku, w rodzinie o silnych polskich tradycjach. Już w gimnazjum w Krakowie wyróżniała się nieprzeciętnym talentem malarskim; później kształciła się na kursach dla kobiet im. A. Baranieckiego, już wtedy odnosząc sukces komercyjny. Wstąpiła do prestiżowej akademii malarskiej w Moskwie prawdopodobnie koedukacyjnej Moskiewskiej Szkoły Malarstwa, Rzeźby i Architektury gdzie jej uzdolnienia traktowano równie poważnie, jak uzdolnienia jej kolegów. (Według Katarzyny Nowakowskiej-Sito, dążenie do zdobycia edukacji i współzawodnictwo z mężczyznami były charakterystyczne dla ideału kobiecego tego okresu.) 

W 1919 roku, po wybuchu wojny polsko-bolszewickiej, zaledwie 20-letnia Dłuska podjęła decyzję świadczącą o patriotycznym zaangażowaniu i poczuciu sprawczości: wróciła do Polski i wstąpiła do Ochotniczej Legii Kobiet, organizacji "liczącej ogółem ok. 2500 członkiń, [do której] wstępowały głównie kobiety z rodzin inteligenckich, często o wcześniejszych związkach z organizacjami niepodległościowymi" (Nowakowska-Sito, 182). Nie wiemy, czy Dłuska służyła w Krakowie, czy Lwowie, ale można przypuszczać, że pełniła, jak często członkinie OLP, służbę wartowniczą lub porządkową zamiast bojowej. Z tego okresu pochodzi portret akwarelowy "Straż kresowa" (1921), przedstawiającą Halszkę Wasilewską, która najpierw przebrana za mężczyznę walczyła w artylerii legionowej (stąd odniesienie do Joanny D'Arc), a po wojnie zajmowała się m.in. organizacją przysposobienia obronnego kobiet.

Po wojnie Dłuska uczyła rysunku w żeńskim seminarium w Lublinie, by po kilku latach udać się do Paryża, a następnie Monachium, gdzie spędziła około trzech lat jako nagradzana artystka. Można założyć, że podczas podróży po Europie Dłuska przynajmniej częściowo utrzymywała się z malowania portretów, najchętniej wykonywanych w stosunkowo rzadko stosowanej technice akwareli; portrety Dłuskiej były podobno bardzo popularne w tzw. towarzystwie.

Janina Dłuska: "Studium portretowe młodej kobiety w biało-granatowej sukni", b.d.; "Studium portretowe dziewczyny w czerwonym berecie", b.d.

J. Dłuska, "Portret lotnika", 1931

Prócz malarstwa portretowego w którym wyrażała się jej ogromna sprawność techniczna, umiejętność psychologicznej obserwacji, uchwycenia podobieństwa, a nawet temperamentu Dłuska malowała też pejzaże i sceny rodzajowe ze współczesnego życia towarzyskiego.

J. Dłuska, "Garden party" projekt ilustracji do pisma kobiecego, b.d.

Cechami stylu Dłuskiej były "zdecydowany, oszczędny rysunek opisujący kształt i wyraźny dekoracyjny światłocień, który określał gładkie, niemal metaliczne powierzchnie" (Zientara 165) oraz "[czyste], śmiałe opanowanie techniki akwarelowej, zdolność i dar estetycznego łączenia tonów najbardziej kontrastowych" (współczesny jej krytyk gazety "Światowid", za tekstem Karoliny Zarzyckiej). Dzięki temu jej prace doskonale wpisywały się w estetykę stosowaną przez pisma okresu art déco, narzuconą przez wiodące publikacje i kopiowaną przez tytuły pomniejsze szukające sukcesu wydawniczego. (Mocno kojarzy mi się to z rozprzestrzenianiem się estetyki Instagrama.) 

Ilustracje rodzajowe stanowiły jednak zaledwie część materiału kupowanego od Dłuskiej przez pisma kobiece. Nie wiem, czy współpracę z nimi Dłuska podjęła jeszcze w Polsce projektowała okładki dla "Bluszczu" czy już na Zachodzie jak pisze Maria Zientara, Dłuska "[zajmowała] się projektowaniem strojów i wykonywaniem rysunków modnych kreacji dla polskich i zagranicznych pism kobiecych i magazynów mody, m.in. dla „Vogue’a”, „Die Dame”, „Elegante Welt” (165). W przypadku ilustracji modowych atutami Dłuskiej były umiejętność ujmowania ruchu i sylwetki modela; poza tym od młodości lubiła malować sceny kostiumowe, i rozwinęła umiejętność oddawania konstrukcji ubioru.

Prócz czasopism współpracowała z innymi odbiorcami ilustracji modowych niemieckimi sklepami, domami mody, a nawet organizatorami imprez sportowych, w których coraz częściej brały udział nowoczesne, niezależne "chłopczyce"; prócz ilustracji prasowych projektowała plakaty i foldery reklamowe.

Projekt okładki do czasopisma "Die Dame" autorstwa Janiny Dłuskiej, lata 20. XX w.
 

Dwie wersje projektu karty tytułowej czasopisma "Vogue", 1925-1932, farba wodna, papier, zbiory MNK.

"Nowa kobieta" podczas polowania - reklama Cadillaca z 1931 r., autor nieznany.

Janina Dłuska, Strój do gry w golfa ― projekt do żurnala mody, koniec lat 20. XX w., Muzeum Narodowe w Krakowie, licencja CC-BY, źródło: Cyfrowe Dziedzictwo Kulturowe

Wygląda na to, że
przedstawianie przez Dłuską postaci sportsmenek (o ile dobrze pamiętam, zaprojektowała m.in. folder reklamujący regaty, z sylwetką modnie ubranej kobiety na pierwszym planie) było przedłużeniem jej osobistych zainteresowań. Malarka lubiła sport, w którym, podobnie jak w życiu, nie stroniła od ryzyka po trzydziestce zaangażowała się w lotnictwo, sport elitarny, oraz podobnie jak prowadzenie samochodu zrównujący szanse kobiet i mężczyzn. Jak pisze Katarzyna Nowakowska-Sito, 

"lotnictwo było jedną z głównych fascynacji międzywojnia, epoki wielbiącej szybkość i łatwość podróży. Także i w tym przypadku kobiety nadążały za nowinkami, już w pierwszych numerach paryskiego "Vogue'a" znaleźć można obrazy pionierek awiacji (w większości Angielek i Amerykanek), którym zależało nie tyle na sukcesach sportowych, co na szybkości przemieszczania się między Londynem a Paryżem." (197)

Także w Polsce liczba amatorek awiacji rosła na tyle szybko, że w 1931 roku można już było zorganizować rajd lotniczy kobiet wokół Polski. Dodam, że dla rozwoju lotnictwa w Polsce istotna była jego przydatność w razie ewentualnego konfliktu zbrojnego (Nowakowska-Sito).

 Maria Younga - pilot szybowcowy Aeroklubu Lwowskiego za sterami szybowca "Komar" przed startem. Źródło - zbiory NAC on-line.

W 1931 roku Dłuska wróciła do rodziny do Wilna, gdzie zamierzała przynajmniej chwilowo osiąść i popracować. Przy okazji wstąpiła do Aeroklubu Wileńskiego, gdzie skończyła teoretyczny kurs pilotażu i miała rozpocząć naukę latania na szybowcach; brzmi to skromnie, ale jej zaangażowanie w życie aeroklubu było znaczne weszła do jego zarządu, i organizowała wydarzenia towarzyskie dla członków.

8 czerwca 1932 r. zginęła w wypadku lotniczym na lotnisku Wilno-Porubanek, uczestnicząc w locie z instruktorem. Jej biografowie zadowalają się zwykle podaniem tej informacji, ale ja chciałam wiedzieć, co tak naprawdę zdarzyło się tego dnia, zwłaszcza że instruktor doświadczył tylko nieznacznych urazów.

Odpowiedź znalazłam w portalu Historia: Poszukaj (wygląda ciekawie, zerknijcie!), w tekście Karoliny Zarzyckiej, która dokopała się do artykułu warszawskiej gazety „Dzień Dobry”:

W dniu dzisiejszym na lotnisku Aeroklubu Wileńskiego w Porubanku podczas odbywania lotu ćwiczebnego wydarzył się tragiczny wypadek. Dwupłatowiec szkolny »Henriot 28«, wyposażony w silnik Le Rhône o sile 80 koni, pilotowany przez Henryka Kwiatkowskiego […], po wystartowaniu i zrobieniu około 2 okrążeń nad lotniskiem, podczas wykonywania ostrego wirażu został podwiany i, utraciwszy szybkość, spadł z wysokości 100 metrów. (link)

Jak pisze dalej Zarzycka, 

Dochodzenie wykazało defekt silnika. Pilot złamał szczękę, Dłuska ― lecąca jako pasażerka ― została ranna w głowę i nogi. Natychmiast przewieziono ich do szpitala uniwersyteckiego i operowano, ale stan artystki był bardzo ciężki. Po dwóch godzinach zmarła, nie odzyskawszy przytomności. (link)

Artystkę pochowano na Cmentarzu Bernardyńskim w Wilnie; niedawno grób odnowiono staraniami miejscowej Polonii.

Prócz tego rodzina oddała Janinie prywatny hołd... samowolą budowlaną jej matka, Melania Dłuska, wybudowała na wzgórzu niedaleko cmentarza altanę upamiętniającą córkę; tam pielęgnowała rośliny i wraz z mężem wspominała Janinę. [klik].

***

Pamięć o pracach Janiny Dłuskiej, bardziej cenionych za granicą, niż w Polsce, przetrwała dzięki staraniom jej rodziny. W 1935 roku w Wilnie zorganizowano wystawę składającą się z 65 prac o różnej tematyce i w różnych technikach m.in. portretów pastelowych i akwarelowych, przedstawień postaci z baśni, oraz ilustracji modowych takich jak projekt okładki dla "Vogue'a", który można zobaczyć na wystawie Łempickiej.

 





Pastela Janiny Dłuskiej "Chłop bawarski", reprodukowana w tekście prasowym z 1935 roku. Źródło zbiory NAC on-line.

Akwarela Janiny Dłuskiej "Dziewczynka syjamska", reprodukowana w tekście prasowym z 1935 roku. Źródło zbiory NAC on-line.

Różnorodność tematyki i opanowanie techniki pastelowej i akwarelowej w tak młodym wieku musiało wywrzeć wrażenie na krytykach: jak pisze Michał Laszczkowski, krytyk „Kuriera Nowogródzkiego” pod inicjałami W. Ch. napisał: 

Szeroka skala zainteresowań i pewien niepokój, zaznaczający się w ciągłem próbowaniu swych sił w różnych dziedzinach malarstwa, wymownie świadczą o wielkich twórczych ambicjach artystki, a niewątpliwy talent, opromieniający pracę, pozwala stwierdzić, że artystka miała już dobre podstawy – już założyła trwałe fundamenty, na których można zbudować piękny gmach. Niestety – ten gmach nie został zbudowany. 

Wystawę zaprezentowano także w lutym 1939 r. w Towarzystwie Przyjaciół Nauk w Poznaniu.

W 1954 r. siostra Janiny, Maria Dłuska, wybitna językoznawczyni pracująca na Uniwersytecie Jagiellońskim, przekazała część jej prac Muzeum Narodowemu w Krakowie.

Zdjęcie Janiny Dłuskiej z księgi pamiątkowej poświęconej pamięci zmarłych tragicznie lotników; za tekstem Katarzyny Nowakowskiej-Sito.


Bibliografia

Katarzyna Nowakowska-Sito. “Sztuka i moda: zapomniana twórczość Janiny Dłuskiej.” Polskie art déco: materiały siódmej sesji naukowej "Polskie art déco - malarstwo i grafika" pod przewodnictwem prof. Anny Sieradzkiej, prof. Andrzeja K. Olszewskiego i dr Anny Kostrzyńskiej-Miłosz w Muzeum Mazowieckim w Płocku 23-24 października 2017 roku, Muzeum Mazowieckie w Płocku, Płock, 2019, pp. 177–199.

Dzimira-Zarzycka, Karolina. “Moda, sztuka i samoloty. Zbyt krótka kariera Janiny Dłuskiej.” Historia: Poszukaj, https://www.historiaposzukaj.pl/wiedza,osoby,553,osoba_janina_dluska.html.

Giedrojć, Justyna. “Entuzjastka lotnictwa pochowana na Cmentarzu Bernardyńskim.” Kurier Wileński, 15 Nov. 2021, https://kurierwilenski.lt/2021/11/15/entuzjastka-lotnictwa-pochowana-na-cmentarzu-bernardynskim/.

Laszczkowski, Michał. “Janina Dłuska.” Kobiety Niepodległej, Biuro Programu "Niepodległa", Warszawa, 2021, pp. 42–43.

Zientara, Maria. “Artystki polskie i ich sztuka w latach 1900–1939. Cz. I. Nurt Narodowej Sztuki Dekoracyjnej.” Krzysztofory. Zeszyty Naukowe Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, no. 25, 2007, pp. 149–169.

 

Ilustracja tytułowa: J. Dłuska, Para wysiadająca z samochodu, ilustracja do pisma, b.d.