czwartek, 4 czerwca 2020

Co na twarz


Pod koniec zeszłego tygodnia, gdy zniesiono nakaz noszenia maseczek w przestrzeni publicznej (dość nieoczekiwanie, bo liczba zakażeń wciąż rośnie), stanęłam przed drobnym dylematem. Z jednej strony naprawdę już mam dość noszenia maseczki na wolnej przestrzeni, w bezpiecznej odległości od ludzi  (jak najbardziej czuję potrzebę nakładania czegoś na twarz w autobusie, przestrzeni zamkniętej, lub np. u fryzjera). Z drugiej ciągłe zakładanie i zdejmowanie maseczki wydaje mi się mało higieniczne i mało praktyczne. 

Zaczęłam zastanawiać się nad alternatywą na te dni, kiedy wiem, że będę wchodzić gdzieś na chwilę (na razie prawie nie korzystam z transportu publicznego, prawie cały czas funkcjonując w domu i blisko domu). Stanęło na maseczce z chustki o wymiarach 52x52 cm, składanej, nie szytej, wg poniższych instrukcji:
Noszę ją na szyi, zawiązaną na karku, i zakrywam nią twarz wedle potrzeby. Ma, jak dla mnie, szereg zalet: do jej wykonania potrzebne są tylko chustka i dwie gumki, nie wygląda jak maska, w każdej chwili mogę ją „rozmontować”, wyprasować lub uprać, jest nieźle dopasowana, da się w niej oddychać, i może być naprawdę stylowa. („Możemy się pocieszać tym,” powiedziała zwykle dość poważna pani aptekarka, patrząc na swoje rękawice moro, i chustki na twarzy mojej i córki, „że mamy fajne akcesoria.”)

Zależało mi na bawełnie – materiały naturalne mają dobrą prasę, jeśli chodzi o właściwości filtrujące, a bawełna jest do tego bardzo łatwa do dezynfekcji na drodze prasowania czy prania. Kupiłam więc dla siebie i córki dwie bandany na Szaleo.pl, i muszę powiedzieć, że nie jestem nimi zachwycona (piszę o tym nie dla satysfakcji pisania o kimś źle, ale ku informacji sklep ma dobre pozycjonowanie, i pierwszym, co wychodzi w Google przy wyszukiwaniu „bandana bawełna” jest ich model Rebel).

Bandany są co prawda tanie i przekonały mnie ciekawymi wzorami, ale są szyte w Chinach (co prawda teraz szyje tam nawet Levis) z szorstkiego materiału o nieprzesadnej gęstości (co może być widać na powyższym zdjęciu), i ich wykonanie pozostawia wiele do życzenia bandana córki przyszła do paczkomatu już postrzępiona, a żadna z dwóch nie składa się na dwie równe połowy. Polecałabym inne źródło.

***
Oprócz tego kupiłam sobie apaszkę z jedwabiu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie zasłonić twarz przy formalnej okazji. Niezłe ceny ma w tej chwili Wittchen (mają promocję), a ich apaszki nie są aż tak ekskluzywne, by żal mi je było częściej prać (o prasowaniu w temperaturze 90 stopni, rzecz jasna, nie ma mowy).

Kupiłam apaszkę o tym wzorze, kojarzącym mi się ze stylistyką okładek powieści Jane Austen:
(Jest już niestety niedostępny – apaszkę o takim samym wzorze, w kolorze różowym, można kupić w cenie regularnej.)

A Wy, jak i czym sobie radzicie?



Zdjęcie tytułowe: Steve Johnson, Unsplash.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Ćwiczenia z normalności. Czerwiec

Przez jedenaście tygodni od czasu zamknięcia szkół byłam w centrum Warszawy (przy założeniu, że takowe ma), tylko raz, kiedy pojechaliśmy z mężem i córką na Bulwary Wiślane. Lubię moją dzielnicę, która ratuje mnie zielenią, ale w ostatnim czasie przed oczami stawały mi co jakiś czas męczące przebitki z miasta, i nie były to żadne pocztówkowe miejsca, ale na przykład Rondo Jazdy Polskiej. Plac Konstytucji. Park Syreny.

I tak, w ostatni piątek, upewniłam się, że w pracy zrobiłam wszystko, co było sensownie do zrobienia, i pojechałam na wycieczkę do miasta. Przeszłam się przez kojącą Dolinkę Szwajcarską i elegancki Park Ujazdowski do Ogrodu Botanicznego. Róże już oczywiście przekwitły, ale załapałam się na ostatnią magnolię i ukwiecone rododendrony, znalazłam część z tradycyjnymi wiejskimi roślinami ozdobnymi, co ostatnio mi się nie udawało, i poczułam, że jest mi dobrze. Takie wyjście z pardy, troszeczkę.

Co mam w planach na czerwiec?
  • Walka z monotonią. Prawda jest taka, że czuję się jak ten ciągle brudzony, prany i suszony miś w reklamie TUI, i to bez widoków na egzotyczne wakacje; co tydzień zaskakuje mnie piątek i to, że znów próbuję coś dokończyć przed weekendem. Na razie nie mam energii na nic ambitnego, ale na razie zaczynam od kalendarza świąt nietypowych i On This Day Brittaniki, i niech nam będzie choć trochę weselej. 
  • Ku rozweseleniu męża: zrobić ciasto z rabarbarem. Mojemu i córki: ciasto z jagodami.
Leonora Carrington, "Przodek", 1968
  • W maju nie znalazłam czasu na to, by napisać o Leonorze Carrington, ale udało mi się zdobyć egzemplarz „Trąbki do słuchania”, jej przedziwnej surrealistycznej powieści, którą czytam z radością i fascynacją. Jej biografia pióra Eleny Poniatowskiej jest utrzymana w bardzo męczącej manierze, a autorowi cytowanego na okładce blurba o tym, że Poniatowska wynalazła nowy gatunek literacki (!) chętnie palnęłabym pouczającą mówkę i wysłała do biblioteki.
  • Zaległa diagnostyka. Moja bardzo przytomna koleżanka, która wytrzymała ze mną cztery lata w jednej ławce, a potem została lekarką, i pojechała do Pakistanu z Lekarzami bez Granic, mówi, że teraz jest dobry moment na zrobienie planowych badań i regularnej diagnostyki zanim do gabinetów wróci ta sama liczba pacjentów, co zwykle, i nim lekarze rozjadą się na wakacje. Zapisałam się w związku z tym na USG newralgicznych kawałków, babskie USG i cytologię.
  • Zdobywanie wiedzy o polskim szkle. Lubię stare szkło, a nie byłabym w stanie rozpoznać wieku i techniki wykonania ciekawych egzemplarzy nawet, gdyby same wpadły mi w ręce. Chwilowo wygląda mi na to, że dostępnym i sensownym źródłem wiedzy może być... Pinterest.
  • Poezja Miłosza. Znam ją słabo (moja polonistka była Team Herbert z całego serca, potem jakoś nie miałam okazji uzupełnić), ale lubiłam czytać wywiady z nim i podobała mi się postać, która się z tych wywiadów wyłaniała. Znalazłam w bibliotece w miarę świeży wybór jego poezji, z 2010 roku, i zaczęłam go czytać, z zamiarem, że stopniowo i po trochu, a starczyła chwila niedzielnego przedpołudnia, i znalazłam się na stronie osiemdziesiątej ósmej.
  • Wydanie przyjęcia typu herbata, choćby dla najbliższych; odkąd dowiedziałam się, że można pójść na typową angielską herbatę do Hotelu Bristol, zastanawiałam się z kim to zrobić i przy jakiej okazji; dopiero niedawny vlog Jennifer L. Scott uświadomił mi, że kanapki w stylu angielskim, scones i ciasteczka mogę przecież przygotować w domu.
Spisałam to wszystko i już przy drugim punkcie od końca zaczęłam mieć wrażenie, że to trochę dużo, ale postaram się to sobie rozplanować – już dawno temu zdałam sobie sprawę z tego, że dobre życie, o ile nie jest się ogromnym szczęściarzem, wymaga dyscypliny.

Zdjęcie tytułowe: Jeryd Gillum, Unsplash.

czwartek, 28 maja 2020

Szlachetne wnętrze: Thomas O'Brien, Library House


Osobą odpowiedzialną za ogólną estetykę naszego domu – klasyczny, „męski” (nie kolonialny) styl, z nienarzucającymi się, orientalnymi akcentami; dużo ciemnego drewna, światła i pustej przestrzeni – jest, chyba dość nietypowo, mój mąż. Mnie przypadła rola osoby ingerującej w miejscach, do których on nie przywiązuje wagi, i proponowanie niedrogich, estetycznych alternatyw.

Działam powoli (bo opór materii jest tu silny), w myśl zasad:  
  • less is more
  • zastąpić banalne klasycznym, brzydkie estetycznym, plastikowe naturalnym (ceramiką, drewnem, wikliną, papierem);
  • wprowadzić proste, funkcjonalne dodatki: misy na przedmioty, więcej luster, więcej szkła i świec (te toleruje).
Ostatnio wpadła mi w ręce książka „Thomas O'Brien: Library House”; O'Brien jest amerykańskim dekoratorem wnętrz w stylu vintage, założycielem znanej firmy Aero Design, i pisze o jednym ze swoich domów, który zbudował praktycznie od podstaw, a który jest ekscentryczny, uroczy i pełen tajemniczych zakamarków, i wygląda, jakby miał ponad dwieście lat i był zamieszkiwany przez pokolenia zamożnych, wykształconych ludzi. Ta książka to inspiracja, jak zbudować dom „pachnący historią”, i przypomnienie, że potrzebna jest do tego znajomość historii sztuki, architektury, użycia koloru we wnętrzu.

Sam Thomas O'Brien pisze tak:
„Zawsze szukam starych książek, na przykład opracowań architektonicznych z epoki, które zawierają wzorce gzymsów, listew przypodłogowych, paneli drzwiowych, lamperii itd. Tak właśnie pokolenia projektantów studiowały i adaptowały tradycyjne wzory, i te książki nadal są cennym zasobem w mojej pracy.”

Sposób ekspozycji przedmiotów

 O budowaniu kolekcji:
„Budowanie kolekcji nie jest czymś, co dzieje się z dnia na dzień. To osobista historia. Zaczynasz dostrzegać motywy i wariacje, i dodajesz do kolekcji kolejne obiekty, dzięki czemu powstają grupy i historie.”
„Szczególnie ważne jest, aby ten pokój i eksperyment, jakim jest cały dom, w którym pokój ten się mieści, nie odtwarzały dawnego stylu życia dosłownie. Chodzi raczej o  to, by umożliwiały życie tu i teraz, wśród ulubionych, starych rzeczy.”
„W każdym z pokojów pełno jest książek. Wiklinowa taca mieszcząca szczególnie ważne pamiątki i książki stoi na japońskim stoliku w stylu art deco w biurze Dana [Dana Finka, męża O'Briana, także projektanta – Ewa]. Stary składany taboret, obity moją tkaniną Paolo w kolorze cytrynowym, mieści więcej książek.”
„Jedną z rzeczy, które zawsze tak lubiłem w Starym Świecie, a zwłaszcza w angielskich domach, jest ogromna lekkość, z jaką ludzie żyją wśród mieszanki antyków, mebli i dzieł sztuki. Widać to też w czerpaniu pełnymi garściami z innych kultur, japońskiej, chińskiej i indyjskiej. Dla mnie liczy się nie tyle status związany z pochodzeniem przedmiotów, co fakt, że każda rzecz – każda rzeźba, rama, łyżka, przedmiot ze szkła, tkanina, dywan – wykonana jest z zachwycającą wiedzą i starannością. Wierzę, że piękno jest składnikiem, który może przyczynić się do szczęśliwszego życia.”
„W dzisiejszych czasach, czasach nowoczesnych mebli, wciąż ujmują mnie misterne, pełne detali antyki; lubię znajdować w nich nowość, umieszczając całą tę zdobność w prostym otoczeniu.”

Wzory - tekstylia, tapety

„Wzory i kolory ogrodu. Ten pokój jest [w naszym domu] jednym z głównych miejsc, gdzie widać tradycyjne, wielopoziomowe zastosowanie wzorów, obecnych w tekstyliach, kwiatach, pościeli, dziełach sztuki.”

Pięknym pomysłem, który podpatrzyłam w tej książce, jest wyklejenie wnętrza przeszklonej szafki kosztowną, wzorzystą tapetą.

Ładowanie baterii

O bibliotece:
„(...) skupia w sobie energię wszystkich rzeczy, które w niej zebraliśmy, pochodzących z różnych poziomów naszego życia zawodowego. To miejsce, w którym możemy testować nowe pomysły i się uczyć, w otoczeniu książek, antyków, dzieł sztuki, mebli. I naprawdę czerpię z tego wszystkiego, w każdym aspekcie mojej pracy, niezależnie od tego, co akurat projektuję – oświetlenie, naczynia, meble, akcesoria łazienkowe, sklepy czy domy.”
O pokoju Dana:
„Wypełnił swoją przestrzeń sztuką, literaturą i designem; dziełami odzwierciedlającymi jego miłość do muzyki i kina, oraz przedmiotami z Francji i Europy, z lat 50. i wcześniejszych dekad, które mówią o jego korzeniach i zainteresowaniach. (...) Ten pokój sam w sobie jest oknem na wiele rzeczy, które go intrygują.”

Bardzo podoba mi się pomysł domu jako świadomie budowanego miejsca „ładowania akumulatorów”, w którym otaczamy się tym, co dla nas ważne. Wiedzą to nastolatki, dlaczego dorośli o tym zapominają?

Przedmioty użytkowe

„Używamy szwedzkiego półmiska i angielskiej łopatki, ale także moich ulubionych, ręcznie malowanych, włoskich talerzy, batikowych serwetek z Indii, bambusowych naczyń z Francji. Niektóre są stare; niektóre nowe. To zbiór przedmiotów, które uważamy za wyjątkowe, które jakoś do nas dotarły, z wielu stron i tradycji, które nas interesują.”

Kałamarz Wedgewooda, i to pióro!
„Pomimo całej ich elegancji, używamy naszych mebli w całkowicie luźny, swobodny sposób. Zawsze myślę o tym, jak używać tradycyjnych i luksusowych elementów, czyniąc je przydatnymi współcześnie, nowoczesnymi, a nie tylko pamiątkami przeszłości.”

Kominki




Łazienki

„Wykraczając poza tradycję i nowoczesność, moim celem we wszystkim, co tworzę (...) jest uchwycenie ducha czasu i nagięcie go do teraźniejszości.”
 

 

Z biegiem lat coraz większe wrażenie robi na mnie kontrast bieli ścian, niekoniecznie idealnie gładkich, i ciemnego, wysezonowanego drewna. 

 

Przestrzenie użytkowe

Schowki w przedsionku od frontu, ukryte za zasłonami z brązowego aksamitu.

Ten kredens przypomina mi mebel, nad którego kupnem, mimo braku przestrzeni, zastanawialiśmy się kiedyś w sklepie ze starociami w Krośnie. W takich razach przypomina mi się zdanie, że czasami zakup jest nie tyle wyborem, co zobowiązaniem.


Jeden z rogów kuchni i fragment blatu kuchennego:

Wnętrze kuchni. Odcień wykorzystanego marmuru bardzo kojarzy mi się z blatami w kuchni w moim rodzinnym domu.

Pralnia/ pokój gospodarczy. Piękny odcień mebli, który pamiętam z dzieciństwa, z domu babci, i kosze z wikliny.


Domek w ogrodzie

 

Oranżeria

Szlachetny odcień zieleni na stałych elementach oranżerii:

Pięknie starzejąca się ceramika w jej wnętrzu.

***
I na koniec:
„(...) pokoje zaprojektowane i wyposażone z uwzględnieniem cenionych mebli i ulubionych zwyczajów, starszych i bardziej praktycznych rytmów dbania o dom, które zawsze uwielbiałem. Składziki i szafki zawierające wszelkiego rodzaju artykuły gospodarstwa domowego, pościel, srebro, naczynia, szkło i kryształy; fakt posiadania osobnej biblioteki. Kolekcje sztuki, przedmiotów i skarbów, ważne dla nas znaleziska i meble, które Dan i ja odkryliśmy podczas wspólnych podróży. Zawsze obecne kwiaty, wzory i kolory, sygnalizujące życie i radość. Miejsce pracy i magazyn dla wielu projektowanych przeze mnie produktów, oraz wszelkiego rodzaju zabytkowych składników będących inspiracją dla tego, co nowe.”

***
Wszystkie zdjęcia w tym wpisie są autorstwa Francesco Lagnese, tłumaczenie moje.

poniedziałek, 25 maja 2020

Jak pomóc sobie (i domownikom) polubić sprzątanie



O tym, jak działa nasz dom od strony organizacyjnej, pisałam w tym grudniowym wpisie. Od tamtej pory niewiele się zmieniło, prócz tego, że mąż w weekendy przejmuje gotowanie na większą część tygodnia, a ja gotuję w te dni tygodnia pracy, kiedy mam luźniejszy grafik. 

Nie zmieniło się też, niestety, to, że dni, kiedy moja córka sprząta bez protestów, są bardzo rzadkie, co nie poprawia mi humoru. Czuję, że to, co robię w domu, jest dla mojego dziecka a) niezbyt atrakcyjne, b) bardzo powtarzalne i mało tajemnicze (w odróżnieniu od domowych aktywności mojego męża – sprzątaniu w piwnicy czy naprawom mała przygląda się z zapartym tchem), c) jak pisze amerykański autor Wendell Berry, pozbawionegodności wartości ekonomicznej”. Innymi słowy, opór mojego dziecka przed uczestnictwem w tym, co robię dla domu, sprawia, że czuję się w nim sprowadzona do służebnej roli.

Przewińmy do czasu niespełna dwa miesiące temu, kiedy zaczęłam szukać na YouTube mocno uspokajających treści, i wróciłam do jednego z kanałów dawno już polecanego przez innych twórców, do którego w normalnych warunkach przyrody nie mogłam się przekonać. Twórczyni Inspired by Nikki, Nikki Moreno, jest bowiem amerykańską gospodynią domową o mocno konserwatywnych poglądach i zupełnie odmiennym od mojego poczuciu estetyki. Ale jak ona estetyzuje sprzątanie! Poniżej film z listy Elegant Homemaking:
Po paru tygodniach oglądania filmów, na których Nikki tańczy z mopem, zaczęło mi świtać w głowie, że:
  • sprzątanie może być czynnością wizualnie atrakcyjną (czytaj: sprzątając, nie muszę wyglądać na udręczoną);
  • każda praca ma przynależne sobie narzędzia;
  • regularne korzystanie z rzeczy brzydkich lub przypadkowych może świadczyć o braku szacunku dla własnej pracy, i utrudniać odczuwanie szacunku do niej innym.  
(To ostatnie, wydaje mi się, nawiązuje do dyskusji o szacunku wywoływanym, lub nie, sposobem ubierania się w miejscu pracy).

W końcu zaczęłam kompletować listę zakupów, które pozwoliłyby i mnie, i domownikom doszacować sprzątanie i wykonywać je z większą przyjemnością. Znalazły się na niej (wszystkie linki nieafiliacyjne):
  • dwa wiązane z przodu bawełniane fartuszki kuchenne, ciemny i jasny;
  • dwa ośmiolitrowe koszyki plastikowe na szmatki i akcesoria do sprzątania z serii Curver Knit;
  • okrągłą miotełkę do kurzu z mikrofibry w moim ulubionym kolorze (dziecko obrzuciło ją fachowym okiem i stwierdziło, że to najładniejsza miotełka do kurzu, jaką widziało do tej pory);
  • dwie ładne szmaty do podłogi w kuchni (to jest do zrobienia!);
  • długą ssawkę szczelinową do odkurzacza, pozwalającą mi bez gimnastykowania się odkurzyć listwy przypodłogowe i trudno dostępne szczeliny między meblami a ścianą; 
  • cały przegląd ściereczek z linii "Modern Home" Ravi. Zwykle używam tylko najczęściej dostępnych mikrofibrowych, i bawełnianych; tym razem kupiłam ściereczkę pluszową (Fluff wipe – na jej widok dziecku zapaliły się oczy i spytało, czy może posprzątać pokój już w czwartek), ściereczkę konkretnie do kurzu, ściereczkę do powierzchni z połyskiem, i biodegradowalne ściereczki bambusowe.
W kuchni ustawiłam pucharek do lodów z grubego szkła, w którym między użyciami oczekują gąbka do naczyń oraz szczoteczka; gąbki zamierzam wymienić docelowo na celulozowe, a do wycierania wody z powierzchni zaczęłam używać ścierkogąbki celulozowej, która schnie ustawiona na sztorc, odstawiona do ładnego, ażurowego stojaka na serwetki.

Zastanawiam się jeszcze nad kupnem:
  • drewnianej skrzyneczki, w której ewentualnie stałyby w łazience przybory do sprzątania (niestety, nie mam w łazience szafki), 
  • ładnej przejrzystej butelki na podręczny detergent;
  • nowej, ładnej miotły (tu zgooglowałam "ładna miotła" i ocknęłam się dwie noce później, na rogu ulicy w Krakowie, z Kenem u boku)  i rękawic.
Jeśli chodzi o zapachy sprzątania, sama najbardziej lubię zapachy mydła marsylskiego, wosku i świeżego prania, więc nie kupuję dalszych nowych pachnących środków czyszczących, ale gdybyście chciały i lubiły, możecie przyjrzeć się ofercie polskiej Barwy i jej serii Perfect House.

***
Zaskakuje mnie to, do jakiego stopnia mnie to wciągnęło – ale prawda jest taka, że znów zalał mnie stres, i szukanie produktów do sprzątania realnie mnie uspokaja. No i sporo mi jeszcze brakuje do przelewania i przesypywania detergentów do prania do ładnych szklanych pojemników, jak robi to Nikki...
Jak to wygląda u Was? Czy macie jakiś produkt czyszczący lub akcesorium do sprzątania, który umila lub ułatwia Wam tę czynność?

Zdjęcie tytułowe: Scott Umstattd, Unsplash.

czwartek, 21 maja 2020

O prezentach dla dzieci

<![endif]-->Chcąc przetestować tezę tego tekstu na żywym organizmie, spytałam własne dziecko, lat prawie osiem, co chciałoby dostać na nadchodzące urodziny. Odpowiedziało bez chwili wahania:

–Tort. I przygody. Inne dzieci pewnie chciałyby zabawki, jakby już nie miały własnych. I może jakąś L.O.L. do kolekcji.

(W takich momentach zastanawiam się, czy przypadkiem nie jestem żoliborską matką.)

Tak więc – zakładam, że do jakiegoś stopnia moje dziecko po prostu wie, jakiej odpowiedzi oczekujemy (paskudne, ale zrozumiałe), ale skupmy się na tym, co w tej odpowiedzi najważniejsze.

Tort.
Celebracja dorastania. 


Przygody.
Uznanie nowych umiejętności, nowych praw. 


L.O.L. do kolekcji.
Prawo dziecka do odrobiny kiczu i płaszczyzny porozumienia z grupą rówieśniczą.

I myślę, że tym warto się kierować, wybierając  prezent dla dziecka.

Nie zrozumcie mnie źle: jedyne prezenty, które odbieram jako niewłaściwe, to piekielnie kosztowne prezenty z kategorii „wbijam Cię w ziemię moją wspaniałomyślnością i odbieram jakąkolwiek radość oczekiwania”. Swój czas i miejsce ma każdy rodzaj prezentu, poza budzikami wydającym koszmarne dźwięki (a na serio, za każdy prezent, którego celem jest pouczyć czy zawstydzić obdarowywanego skazywałabym na roboty społeczne, ale chyba większość z nas wie, że tego nie robi się dzieciom). Prezenty związane z hobby, edukacyjne, przybory plastyczne, a także te kompletnie banalne i użytkowe mogą sprawić dziecku przyjemność, o ile nie będą kompletnie niespójne z jego zainteresowaniami, gustem czy gabarytami (co odbierze jako zdradę), lub kompletnie przewidywalne (przez parę lat zachodziłam w głowę, dlaczego na Mikołaja zawsze dostaję zestaw złożony z podkoszulka, książki przygodowej i ubranka dla Barbie).
 

Kilka pomysłów, jak uczcić rosnącą autonomię dziecka:
  • Spotkanie, warsztat, lekcja ze specjalistą – aktorem, malarzem, muzykiem, grafikiem komputerowym. (Moja córka chce się nauczyć grać na harmonijce. Życzcie mi szczęścia i cierpliwości.)
  • Przybory do gotowania, np. dziecięcy fartuch kuchenny czy nóż z osłoną na palce.
  • Coś, czym bardzo chcą ozdobić swój pokój.
  • Bilety na występ, rewię, koncert, film.
  • Zestaw do nocowania – ładna piżama, śpiwór, jasiek, kosmetyczka z wyposażeniem.
  • Pierwsza woda toaletowa. W przypadku zapachu dla młodszego dziecka radzę wyjście poza cukierkowy dziecinny standard reklamowany postaciami z bajek, i kupno wody w większej drogerii lub perfumerii. Bezalkoholowych wód dla młodszych można szukać w ofercie firm produkujących kosmetyki dla dzieci, bądź  (to już droższa impreza) w ofercie firm perfumeryjnych, w specjalnych liniach dla matki i dziecka. Ja zaczęłam później; moją pierwszą wodą toaletową był ziołowy Adidas, później piękna lawenda Yardleya.
  • Zmywalne tatuaże (polecam wzory dla dorosłych). 
  • Zestaw kosmetyków (pielęgnacyjnych, kąpielowych) o dobrym składzie.
  • Zegarek (dostosowany do wieku dziecka, może być lekko na wyrost – szkło to rzecz wymienialna).
  • Pióro lub inne przybory do pisania, jeśli trzeba –  odpowiednio wyprofilowane (np. z serii Griffix Pelikana lub Easy Start Stabilo).
  • Papeteria, np. z brytyjskiej serii Museums & Galleries, dostępnej w wielu ksiegarniach.
  • Plecak jak dla dorosłych (np. Kanken Mini). 
  • Kalendarz rodzinnych aktywności, w którym z uzgodnieniu z dzieckiem będziemy zaznaczać ważne okazje oraz planować wyjścia, miniprzyjęcia i wyjazdy.
  • Obiad w restauracji, jeśli tak obchodzicie „dorosłe” urodziny, osiągnięcia i okazje.
  • Prenumerata – dla młodszych uczniów np. Świerszczyka, National Geographic Kids, Kosmosu dla dziewczynek.
  • Przesyłka zaadresowana bezpośrednio do niego.
  • Prezenty z personalizacją.
  • W zależności od wieku: książki o edukacji finansowej i/lub własne konto bankowe.
Prócz tego: niezmiennie rzeczy piękne i dobrej jakości, rozwijające w dziecku poczucie estetyki. I tak, także coś różowego bądź związanego z ulubionym serialem, jeśli to je szczęśliwi.


Co dodałybyście do listy powyżej?

Zdjęcie tytułowe: Med Mhamdi, Unsplash.

poniedziałek, 18 maja 2020

Jak poprawić wygląd ubrań + całopozytywny bonus z Betty Q

Dziś kontynuacja poprzedniego wpisu o krawiectwie haute couture; tym razem pani Dariaux, dyrektorka domu mody Nina Ricci, doradza, jak sprawić, by nasze ubrania leżały lepiej i sprawiały bardziej luksusowe wrażenie. Cytaty za Elegance (1964), str. 84-88, tłumaczenie moje.


***

Dekolty

 „Samo wiszenie w szafie może popsuć linię dekoltu dekoltowanych sukienek i sukni bez ramion, zwłaszcza uszytych z ciężkiego materiału. Aby tego uniknąć, możesz przyszyć wewnątrz dekoltowanych sukienek, po bokach talii lub u dołu wycięć na ramię, dwie wąskie pętle dość długie, aby zaczepić je o wieszak. Ciężar ubrania zostanie przeniesiony na te pętle, a delikatny kontur dekoltu – odciążony.”

***
Dwa z wykończeń pomagających utrzymać sukienkę w ryzach to wewnętrzny pas z tkaniny o splocie rypsowym, wszywany nawet w luźnych sukienkach (chociaż w tym przypadku tylko z przodu sukienki), a także małe, zapinane na zatrzaski uchwyty na ramiączka, wąskie i wykonane z tego samego jedwabiu, co podszewka. Głęboki dekolt w kształcie litery V będzie przylegał do ciała, jeśli w najgłębszym jego miejscu wszyje się mały obciążnik obszyty wstążka. Szerokie i głębokie dekolty w kształcie trapezu będą leżeć jak przymurowane, nawet jeśli pochylisz się nad stołem, jeśli w rogach dekoltu wszyć kawałki gumki, połączone z tyłu haftkami. Wreszcie, jedynym niezawodnym sposobem na utrzymanie w miejscu dekoltu odkrywającego ramiona jest wszycie krótkich kawałków gumki w górnej części rękawów niewygodne dla noszącej, ale bardzo skuteczne.

Prasowanie

„Ostatnim i najważniejszych elementem krawiectwa jest prasowanie – nie tylko jako sposób ulepszenia wyglądu odzieży, ale jeden ze sposobów jej tworzenia. Niektóre garnitury zawdzięczają swój kształt żelazku. W pracowniach znanych projektantów wykwalifikowani prasownicy nadają dekoltowi odpowiednią linię, zaokrąglają ramiona i kształtują miejsce na biust formując materiał za pomocą żelazka parowego i okrągłej podkładki do prasowania. Ostre jak brzytwa krawędzie ubrań są mniej eleganckie od delikatnie zaokrąglonych, a więc dolne krawędzie wielu modnych ubrań są chronione przed zgnieceniem przez umieszczenie wewnątrz zagięcia niewielkiej rolki flaneli. Wiele zwykłych garniturów lub sukienek może wyglądać modnie, jeśli pozostawić dekolt i kołnierzyk, dół rękawów oraz rąbek spódnicy i marynarki zaokrąglone, zamiast je zaprasowywać. Zupełnie niedawno widziałam flanelowy kostium, pierwotnie bardzo elegancki, który wrócił z pralni płaski jak ubranko papierowej lalki; cały jego kosztowny szyk zniknął w parujących szczękach automatycznej maszyny do prasowania.”

***
Na dobry początek tygodnia chciałabym się podzielić z Wami wystąpieniem Betty Q, w którym mówi o ciałopozytywności jako sposobie na odnalezienie się w świecie i poprawienie relacji ze swoim ciałem.
Po obejrzeniu tego TEDa zawstydziłam się, że o wiele łatwiej mi wygospodarować czas na to, by zrobić dla ciała rzeczy pożyteczne (takie jak gimnastyka) niż przyjemne (odkładana o ponad tydzień wieczorna kąpiel z peelingiem), i nadrobiłam to natychmiast. Przemyślenia, do których zachęca Betty, też. (A jeśli macie ochotę na burleskę, przestawienia w Madame Q można w tej chwili oglądać online).

Pozdrawiam, miłego tygodnia!

Zdjęcie w tekście: Modelka Margo McKendry w krótkiej sukni wieczorowej z trenem, Fontana of Italy, 1961 rok.