czwartek, 17 października 2019

Co ludzie powiedzą, czyli dlaczego nie warto rezygnować z elegancji

Niedawno zastanawiałam się nad tym, dlaczego ludzie tak często uznają, że elegancki strój nie jest dla nich. Dzisiejszy wpis przeznaczony jest dla tych, którymi kieruje lęk przed opinią i komentarzami otoczenia.

Otóż: nie warto się bać elegancji. Jedyny raz, gdy patrzono na mnie z niechęcią, kiedy byłam ubrana zgodnie z klasycznymi regułami, miał miejsce na dużym, bardzo źle zorganizowanym szkoleniu. („Wyglądasz jak ktoś z dyrekcji”, szepnęła mi koleżanka. „Jak zwykle zresztą.”)

(Żeby nie było, że obracam się wśród aniołów: zdarzyło mi się, że mój strój – czerwona sztruksowa marynarka, różowe okulary – wywołał agresywną reakcję współpasażera komunikacji miejskiej, który uznał mnie za lesbijkę, i zwyzywał.)

Dziś, o ile nie mieszkamy w otoczeniu, w którym wszystko może stanowić powód do zaczepki, gorzej już było. Na przykład w latach sześćdziesiątych.

***
Ewa Maria Morelle (Frykowska) w stroju domu mody Telimena. Fot. Jerzy Neugebauer, 1960 r.
Ewa Maria Morelle, (właśc. Frykowska, żona zamordowanego przez bandę Mansona Wojciecha Frykowskiego) modelka Telimeny z lat 60., w wywiadzie dla Agnieszki Janas mówiła (z dużą dozą kokieterii) tak:
„W tamtym czasie zrozumiałam, że wyróżniam się na ulicy – zadbana, elegancka. Szyk charakteryzował wszystkie modelki [Telimeny]. Dlatego nie zawsze było nam łatwo. W Łodzi ładne dziewczyny, dobrze ubrane, nie spotykały się z aprobatą otoczenia, nie budziłyśmy dobrych skojarzeń, z reguły nie uśmiechano się na nasz widok. Przeciwnie. Ludzi prostych drażniło, że jesteśmy inne. Zdarzało się, że robotnica, przechodząc koło mnie, pluła na mój widok! Dlatego ładne dziewczyny trzymały się razem.” (Janas, str. 162)
W przypadku Frykowskiej mogło chodzić też o to, że mniej lub bardziej świadomie manifestowała swój status (jak później o niej pisano) skandalistki i pierwszej celebrytki PRL, ale podobnie traktowano też inne ładne i elegancko ubrane kobiety. Dlaczego? Jak pisze Agnieszka Janas, autorka książki „Elegantki. Moda ulicy lat 50 i 60. XX wieku” (którą polecam tylko entuzjastom tematu – to kolejne wyliczenie, co, za co, i gdzie się kupowało, co, u kogo, i z czego szyło), Łódź, gdzie mieszkała Frykowska i jej koleżanki, była w latach 60. „dość specyficznym miejscem”:
„Warszawa była w gruzach, Kraków zbiedniał. W Łodzi zaś mieszkała elita przemysłowa, ściągali do niej różnego rodzaju naukowcy i artyści, ale w poszukiwaniu lepszego życia przyjeżdżali także bardzo ubodzy i prości, często niewykształceni ludzie. Niestety, kiedy takie kobiety spotykały na ulicy dziewczyny ubrane jak aktorka Maria Wachowiak [znana jako Maja, słynąca z zamiłowania do ekscentrycznych kapeluszy druga żona Gustawa Holoubka], Monika Dzienisiewicz [pierwsza żona Daniela Olbrychskiego] czy Ewa Morelle, wtedy jeszcze Frykowska, często dosłownie pluły im pod nogi (...). Te drugie reprezentowały jaśniepaństwo, coś niezrozumiałego, były symbolem „kobiet upadłych”, które widywało się w kinach. W Warszawie zadbany ubiór kojarzył się z przedwojenną elitą, a w latach 50., w przypadku mężczyzn, także z bikiniarzami, tępionymi m.in. przez milicję. Z mężczyznami walczył system, z kobietami – społeczeństwo.” (Maziuk, przypisy moje).
Maria Wachowiak [portret], fot. Zofia Nasierowska, lata 60.
Jak opowiada Monika Dzienisiewicz-Olbrychska, 
„W robotniczej Łodzi, dokąd przyjechało w poszukiwaniu pracy wielu prostych ludzi (...) [każdy], kto chciał wyglądać inaczej, spotykał się z jawnie wyrażaną niechęcią, niewybrednymi komentarzami przechodniów. Wiele takich nieprzyjemności spotykało Maję [Marię] Wachowiak, aktorkę łódzkiego Teatru Powszechnego. Ubierała się dość ekscentrycznie, ale bardzo pięknie. Nosiła duże czarne kapelusze, czerwone peleryny. Tak ubrana właściwie nie mogła pokazać się na ulicy w Łodzi.” (Janas, str. 111)
Wrogość do nieszablonowo ubranych kobiet nie była jednak wyłącznie specyfiką Łodzi – wrogie komentarze czy spluwanie im pod nogi zdarzało się także w Warszawie:
„kiedy modelka Barbara Minkiewicz mniej więcej w tym czasie [koniec lat 60.] idzie Nowym Światem w zdobytym w sklepie łódzkiej Telimeny kostiumie – granatowym żakiecie i spodniach – oglądają się za nią ludzie. Ktoś spluwa, ktoś rzuca grube słowo.” (Boćkowska, 153, przypis mój.)
Za każdym razem, kiedy opowiadam uczennicom, że w Warszawie, w latach 60., noszone przez kobiety spodnie wzbudzały takie kontrowersje, w klasie zapada cisza. Nie mieści im się w głowie, że ich ukochany, najbardziej neutralny strój mógł być kiedykolwiek uważany za nacechowany seksualnie, i że noszenie go przez kobiety w miejscu innym niż praca czy plaża uważane było za niemoralne, wbrew naturze.

***
Dzisiejsze zdjęcie tytułowe zrobiono w Moskwie, gdzie w czerwcu 1959 roku dom mody Dior pod dyrekcją Yves'a Saint Laurenta zorganizował dla radzieckich notabli i ich żon pięciodniowy, biletowany pokaz mody. Zdjęcia przedstawiają część pokazu – przemarsz trzech z dwunastu modelek ulicami Moskwy, budzący zdziwienie, mniej i bardziej przyjazne, przeciętnych moskwian. Jak pisze autor tekstu,
„Wybór momentu był kluczowy. W 1959 roku władze radzieckie ostatecznie zniosły zakaz organizowania pokazów mody, a także zakończyły prześladowania obywateli, którzy, ich zdaniem, ubierali się niezgodnie z duchem komunizmu.” (źródło).
Podsumowując
  • razi mnie ton wyższości w komentarzach PRL-owskich „elegantek”, choć rozumiem, skąd się bierze;
  • elegancja czy dandyzm są dużo mniej upolitycznione, niż kiedyś;
  • emocje społeczeństwa, mimo jego polaryzacji, są dziś dużo bardziej „letnie”, niż pół wieku temu.
I najważniejsze: ewentualne bąknięcie czegoś na nasz temat to nie to samo, co obrzucenie nas inwektywami na ulicy, a wszelkie negatywne komentarze świadczą o braku klasy tych, którzy je wygłaszają.

Pozdrawiam!

Źródła: 
  • Boćkowska, Aleksandra. To nie są moje wielblądy. O modzie w PRL. Wydawnictwo Czarne, 2015.
  • Janas, Agnieszka L. Elegantki: Moda ulicy lat 50. i 60. XX wieku. Bosz, 2014.
  • Maziuk, Anna. “Polskie dziewczyny w PRL-u mówiły: Nie będzie tu szarzyzny!” Lamode.info, 9 Jan. 2015. (klik).
  • Wild, Wolfgang. “See Dior Models in the Streets of Moscow in the Fifties.” Considerable, November 9, 2018. (klik).
Zdjęcie tytułowe: modelka Diora w domu towarowym GUM, Moskwa 1959 rok. Howard Sochurek/ The LIFE Picture Collection/Getty Images.

poniedziałek, 14 października 2019

Czy mówisz swoim językiem? Jak mówić z klasą

Raz na jakiś czas ja, pani od literatury, opowiadam moim licealnym dzieciom o tym, że zdarzało mi się odczuć, że mój język jest nie dość. Angielski wykształconych Hindusów i Pakistańczyków, z którymi przez internet wymieniam czasem uwagi o książkach, jest o wiele bardziej elegancki, niż język jakiegokolwiek znanego mi Brytyjczyka; polski moich urodzonych przed wojną znajomych, naukowców i artystów, sprawiał, że stawałam się bardzo świadoma każdego swojego powtórzenia, kolokwializmu, niefortunnego związku frazeologicznego.

Kiwają głowami i widzę w ich oczach lęk i ulgę; ulgę, że znam poczucie męczącego ich braku językowej pewności siebie, i lęk, że może im ono towarzyszyć całe życie, w miarę tego, jak będą podnosić sobie poprzeczkę.

***
Choć w naszych czasach i kraju raczej nie można po jednym wypowiedzianym zdaniu ocenić czyjegoś pochodzenia (co było absolutnie możliwe np. w Anglii do lat 40.-50.), mową nadal przekazujemy światu bardzo dużo informacji o sobie. Zacznijmy od podstaw: 

Czy chcemy, czy nie, czy wiemy o tym, czy nie, wszyscy mówimy dialektem. Wbrew potocznemu rozumieniu, dialekt nie przekazuje informacji wyłącznie o regionie naszego pochodzenia, ale też, co istotne, o naszym tle społecznym. To drugie jest wypadkową (między innymi) takich czynników, jak status społeczny, wiek, płeć, zawód, formalne i nieformalne wykształcenie, miejsce zamieszkania, poglądy, preferowane media (zapamiętajcie to ostatnie).

Oprócz tego, że poprzez język przekazujemy światu (często w nieświadomy sposób) informacje na swój temat, możemy też świadomie sterować tym, jak odbierają nas inni. W socjolingwistyce funkcjonują terminy dywergencja i konwergencja; konwergencja to proces dostosowywania się językiem do grupy, w której się akurat znajdujemy, dywergencja  to odróżnianie się od konkretnej grupy ludzi poprzez język.

Ludzki instynkt dostosowywania się, zwłaszcza w młodości, często powoduje, że przejmujemy język otaczających nas ludzi, nawet jeśli niezupełnie podzielamy ich poglądy. Zdarza nam się, mniej lub bardziej świadomie, używać terminów (uwaga: wrzucam je do jednego worka, nie zrównując ich) gwarowych, kolokwialnych, żargonowych, czasem nawet rasistowskich.

To wszystko daje w sumie idiolekt, nasz osobisty język, język, którym mówimy tylko my, który jest nam właściwy tak, jak linie papilarne (analizą idiolektów zajmuje się językoznawstwo kryminalistyczne, identyfikujące np. autorów listów czy nagrań z pogróżkami), ale na szczęście, na przestrzeni życia, zmienny:
Idiolekt (gr. ἴδιος idios „własny, swoisty” + λέξις leksis „mowa”), język osobniczy – forma mowy charakterystyczna dla danego użytkownika języka w danym okresie jego rozwoju, stanowiąca odzwierciedlenie wpływów wywartych przez otoczenie w procesie przyswajania języka. Różnice dotyczą w mniejszym stopniu systemu gramatycznego, w większym cech leksykalnych i fonetycznych. Mowa jednostkowa kształtuje się pod wpływem przynależności użytkownika do grupy społecznej, tradycji rodzinnych, wykształcenia, osobistego gustu stylistycznego. Każdy użytkownik języka posługuje się własnym idiolektem. Idiolekt może być nieświadomy, bądź też efektem celowych zabiegów językowych mówiącego, np. w celu zdystansowania się od otoczenia. Na idiolekt mogą się składać zarówno środki znane biernie, jak i używane aktywnie. (Wikipedia)
Widać w tej definicji to, że jest dużo elementów, nad którymi panujemy, które można poprawić.

***
Co poradziłabym komuś, kto doszedł do wniosku, że jego język nie reprezentuje go tak, jakby sobie tego życzył? Jak mówić z klasą? (Poniższe rady podaję z zastrzeżeniem, że, rzecz jasna, nie każdy punkt każdego dotyczy.)

Zastanów się nad swoim otoczeniem. Wszyscy używamy kolokwializmów, do tego stopnia, że całkowita ich eliminacja, zwłaszcza u osoby młodej, sprawia wrażenie hiperpoprawności, sztuczności, chęci dystansowania się. Z jednej strony używanie ich w odpowiednich sytuacjach ma sens, ale wtedy bardzo upraszczamy sobie język i zapominamy, jak posługiwać się jego ambitniejszymi rejestrami. To tak, jak z garbieniem się i noszeniem sportowych ubrań na co dzień –mówimy sobie, że w każdej chwili możemy się wyprostować i pięknie ubrać, ale kiedy sytuacja tego wymaga, nie czujemy się swobodnie. A język zdradza brak praktyki w jeszcze większym stopniu niż ubiór czy mowa ciała.

Jeśli całe nasze życie toczy się w miejscach, gdzie mówimy kolokwialnie – być może czas to zmienić.

Nie zgrubiaj bez potrzeby. Mieszkańcy Stanów dzielą się na tych, którzy nazwę popularnego sklepu Target wymawiają z angielska i tych, którzy wymawiają ją z francuska (oraz tych, którzy nie wymawiają jej wcale, bo albo o jego istnieniu nie wiedzą, albo głęboko by ich bawiła sama myśl, że mieliby tam robić zakupy). Śmieszy mnie aspiracyjność wymowy tar-dżej, ale z kolei w polskich realiach dostaję lekkich drgawek słysząc o zakupach w Oszołomie i Biedrze. To smutne, jeśli nasza inwencja językowa zatrzymuje się w takim miejscu.

Nie używaj niepotrzebnie słów o negatywnym wydźwięku, zwłaszcza mówiąc do dzieci: nie mów „dziad” na zabawkę dziecka, „śmierdziuch” na aksamitkę. To przedziwne, jak zmienia się melodia języka, kiedy pojawiają się w nim takie słowa.

Uwaga na boku: odnosząc się do narodowości i grup etnicznych staraj się używać ich nazw, jak radzi profesor Bralczyk, „życzliwie i w dobrych kontekstach” (źródło). Unikaj szufladkowania: mów „sąsiedzi z pierwszego” zamiast „ci Hindusi” lub „państwo z chorym dzieckiem”.

Używaj intonacji, kładź akcenty w zdaniach  obecnie coraz częściej zdarza się, że ludzie mówią płasko, bezdźwięcznie; to efekt uboczny coraz częstszego komunikowania się „szybkim pismem”, sms-ami czy internetowymi komentarzami. Może Ci w tym pomóc słuchanie słuchowisk radiowych, w których (w odróżnieniu od filmów) wciąż pilnuje się, by język brzmiał pięknie. Tu wybór słuchowisk, spektakli teatralnych, opowiadań ze zbiorów Narodowego Archiwum Audiowizualnego.

Wyrażając emocje, nie idź na łatwiznę. Funkcję  elementu „nakładającego” emocje na wypowiedź coraz częściej spełniają wulgaryzmy, a w piśmie  emotikony.  Wyrażanie uczuć bez uciekania się do wulgaryzmów, i przekazywanie ich w piśmie bez emotikon jest świetnym testem kompetencji językowej. Warto sprawdzić, jak nam to wychodzi, choćby z ciekawości.

Czytaj mniej blogów, a więcej książek i gazet. To najlepsze lekarstwo na ubogie słownictwo, problemy z odmianą wyrazów, niepoprawne związki frazeologiczne. Postaraj się samodzielnie wyrobić sobie zdanie na różne tematy, krytycznie spojrzeć na przekaz medialny, i zdecydować, czy nacechowane ideologicznie słowa, które w nim padają, oddają Twoje poglądy, czy nie. Nie przyjmuj języka zbiorowego bezkrytycznie, bo jego emocjonalnie nacechowane terminy utrudniają obiektywne myślenie. Jak powiedziała Olga Tokarczuk,
„Nie ma straszniejszej choroby niż ta, kiedy człowiek zgubi swój indywidualny język i przejmie całkowicie ten zbiorowy. Chorują na nią urzędnicy, politycy, akademicy, księża. Jedyną terapią staje się wtedy literatura” (wykład-esej podczas ostatniej edycji Gdańskich Spotkań Literackich).
Pomyśl, zanim powiesz. Jakiś czas temu czytałam artykuł o życiu Polek we Francji. Jedna z bohaterek reportażu wspominała o swoim zdziwieniu dbałością o kulturę języka, i tym, że nawet przypadkowi przechodnie podczas sond ulicznych dobierają starannie słowa, starając się, by ich wypowiedź była przemyślana i elegancka.

Myśląc, lepiej na chwilę zamilknąć, niż używać wypełniaczy typu yyy” czy znaczy się.

Co prowadzi nas do jednego z ostatnich punktów, czyli...

Nie bój się ciszy. Nie zawsze musisz mówić. Mówieniem dużo także wysyłamy sygnał: o zdenerwowaniu, braku powściągliwości czy koncentracji, albo... swoim rozdętym ego. Warto czasem chwilę pomilczeć podczas rozmowy i zidentyfikować motywy, które pchają nas do tego, by za wszelką cenę się wypowiedzieć.

Czasem o klasie świadczy właśnie to, że nie wchodzimy z kimś w pseudo-dialog  kiedy intencją kogoś z rozmówców jest zniszczyć przeciwnika zamiast uczynić postęp we wzajemnym zrozumieniu. Do tego wymowna, wsparta przyjaznym językiem ciała cisza nieźle sprawdza się w sytuacjach, kiedy nie wiemy, co powiedzieć, lub boimy się kogoś zranić. Uwaga: nie czyńmy z milczenia broni do ranienia ludzi.

I na koniec, parafrazując „Pygmaliona” G. B. Shaw:

Istotne jest nie tylko to, jak się wypowiadamy, ale także to, o czym. Prócz tematów tabu i osobistych, które stanowią grząski grunt, jest też cały wachlarz tematów, które nam nie służą. Epiktet, filozof stoicki, upominał swoich uczniów, by unikali rozmów o błahostkach i rozrywkach, krytykowania innych, a przede wszystkim  – zamęczania innych opowiadaniem o sobie i tym, co nam się wydarzyło:
„Rzadko jednakże i tylko kiedy chwila stosowna tego wymaga, by mówić, winieneś głos zabierać, ale w żadnym wypadku o wydarzeniach dnia powszedniego ni też o gladiatorach, ni o wyścigach konnych, ni o atletach, ni o jadle, ni o napoju, ni wreszcie o rzeczach, o których się rozpowiada na każdym miejscu, a już najmniej — o ludziach, w tym sensie, żeby ich ganić lub chwalić, lub przyrównywać jednych do drugich. (...)
Bądź daleki od tego, żebyś w rozmowach towarzyskich szeroko się rozwodził nad niektórymi swymi czynami i niebezpieczeństwami, jakie ci groziły. Albowiem chociaż tobie bardzo jest przyjemnie wspominać o własnych przeprawach, to innym nie jest równie przyjemnie słuchać o nich.” (Encheiridion, XXXIII, 2, 14)
Mam nadzieję, że dzisiejszy post był przydatny i przyjemnie się go Wam czytało. Jeśli interesują Was podobne tematy, polecam wpisy oznaczone tagiem gentlewoman

Do przeczytania w czwartek! 
  • “Idiolekt.” Wikipedia, wolna encyklopedia. 29 sierpnia 2019. Wikimedia Foundation, Inc. (klik).
  • Bralczyk, Jerzy. “Ukrainiec.” Ukrainiec - Poradnia Językowa PWN, 7 Nov. 2011 (klik).
  • Epiktet. „Encheiridion”, tłum. Leon Joachimowicz (klik)
Zdjęcie tytułowe: Paul Almasy, Paryż, lata 60.

czwartek, 10 października 2019

Perfumy retro: "Vanderbilt", Gloria Vanderbilt (1982)

(Te perfumy mnie powaliły, ale założyłam, że recenzja brzmiąca „To cudo kosztuje tylko 1 zł za mililitr, błagam, kupcie je!” nikogo nie przekona, więc postaram się wyrazić swój zachwyt w trochę bardziej uporządkowany sposób.)

***
Za powstanie „Vanderbilt” w 1982 roku odpowiedzialne są dwie niezwykle kobiety, Gloria Vanderbilt i Sophia Grojsman. 

Ta pierwsza była autorką, aktorką, pochodzącą z niezmiernie bogatej nowojorskiej rodziny artystką, projektantką i gwiazdą towarzystwa. Życie Glorii Vanderbilt było bardzo ciekawe nie tylko dlatego, że zmarła w czerwcu 2019 roku, przeżywszy aż 95 lat; na pewno o niej jeszcze napiszę. 
Urodzona na Białorusi Sophia Grojsman jest aktualną wicedyrektorką założonej w 1889 roku firmy International Flavors and Fragrances, produkującej smaki, aromaty i komponenty kosmetyczne, ale przede wszystkim światowej skali „nosem”. Stworzyła nie tylko tak znane zapachy, jak „Tresor”, „White Linen”, „Parisienne”, „Eternity” czy „Jaipur”, ale do tego, pod koniec lat 80., skomponowała 'hug me accord', który odmienił przemysł perfumeryjny.

***
„Vanderbilt” jest zapachem kwiatowo-orientalnym, w którym pojawiają się białe kwiaty, nuty drzewne, kwiatowe, korzenne i słodkie. Otwiera się staromodnie, połączeniem kwiatów goździka i aldehydów, ale dość szybko przechodzi w kompozycję tuberozy, wanilii, ylang-ylang i drzewa sandałowego, na którą mój nos reaguje tak (ale w  ten dobry sposób). Jest mocny, ale nieprzesadnie trwały, choć na tkaninach trzyma się dość długo.

Kiedy puściłam małą buteleczkę w obieg w trakcie przerwy w pracy, moi zaprawieni w bojach współpracownicy (koleżanki dość regularnie przynoszą do pracy ambitne zapachy) zaczęli dziwnie ku niej grawitować. Zgaduję, że są ku temu dwa powody.

Po pierwsze, te perfumy diametralnie różnią się od tworzonych dzisiaj, owocowo-kwiatowo-słodkich kompozycji, w których syntetyczne fazy gładko się przenikają (co zapoczątkował właśnie 'hug me accord' Grojsman). Na ich tle „Vanderbilt” wybrzmiewa symfonicznie, i nie mam na myśli tego, że „rzuca się w nos”, raczej to, że to złożony zapach, skomponowany z nut dobrej jakości (użytkowniczki Fragrantiki przysięgają, że nie podlegał zmianom od 1982). Na niektórych pachnie ananasem, na mojej koleżance – piękną lawendą, ja zaś należę do szczęśliwców, na których skórze pierwsze skrzypce gra wyszukana, przełamana chłodem wanilia, która znawcom perfum przypomina jeden z najbardziej kultowych zapachów XX wieku, „L'Heure Bleue” Guerlaina.

Po drugie, ten zapach przywołuje dobre emocje. Mój zdumiony kolega powiedział, że „Vanderbilt” pachnie miłością, co przypomniało mi opinię jednej z recenzentek Fragrantiki, opisującej go jako zapach „bezwarunkowej miłości i uścisków.” Coś w tym jest: to zapach matki, z jednej strony oddanej dzieciom, z drugiej  spełnionej, zadbanej i prowadzącej ożywione życie towarzyskie. Zapach marzenia.

Dodam tylko, że dziwi mnie jedna rzecz: to, jak silnie zareagowałam na ten zapach przy pierwszym kontakcie (po odebraniu ze sklepu spryskałam nim nadgarstek, wracałam do domu zachwycona, z ręką przy nosie, a potem chciałam się w nim wytarzać) w porównaniu z późniejszym odbiorem, znacznie mniej intensywnym, choć nadal bardzo pozytywnym. 

Wydaje mi się, że „Vanderbilt”, ze względu na łatwą dostępność i niską cenę, może być bardzo dobrym pierwszym krokiem w świat perfum retro/ vintage.

poniedziałek, 7 października 2019

Sztuka życia według Kawafisa

Ostatnio spędzam wiele czasu z pewnym dżentelmenem z poprzedniego przełomu wieków – Konstandinosem Petru Kawafisem, (1863–1933) aleksandryjskim Grekiem. 

Jego pisarstwo ukształtowało poczucie fatalizmu – w dzieciństwie stracił ojca i rodzinną fortunę, jako dorosły stracił dziesięć najbliższych sobie osób w ciągu dwudziestu lat, ciężko było przyzwyczaić mu się do zaściankowości Aleksandrii, konieczności pracy zarobkowej (był pracownikiem ministerialnym, ale na godnym poziomie utrzymywał się dzięki grze na giełdzie i hazardowi), musiał też ukrywać się ze swoim homoseksualizmem. 

Zafascynowany historią i literaturą starożytnej Grecji i Bizancjum, w swoich wierszach budował wizję historii cyklicznej, bez końca, dziejącej się tu i teraz. Wiersze rozdawał przyjaciołom (kazał je sobie zwracać raz na jakiś czas, by dokonać poprawek); publikował niewiele i niechętnie, dzielił swoje wiersze na kanoniczne, odrzucone i te, które miały pozostać w ukryciu. Chętnie czytany przez pisarzy i poetów.

***
Miasto

„Wyjadę”, powiedziałeś, „gdzieś do innego kraju, nad jakieś inne morze.
Jest wiele innych miast, są inne lepsze miejsca.
Tu ciąży nade mną fatum, na wszystkich moich dążeniach,
a moje serce jak trup zostało już pochowane.
Mój umysł też odrętwiał w tej jałowej przestrzeni.
Tutaj, gdziekolwiek spojrzę, widzę tylko ruiny
mojego życia, które przez wiele lat trwoniłem, aż w końcu roztrwoniłem”.

Nie znajdziesz nowej krainy ani innego morza.
Zabierzesz to miasto ze sobą. Już zawsze będziesz się włóczył
po tych samych dzielnicach, po zaułkach tych samych.
Włosy ci będą siwieć pośród tych samych domów.
Nie umkniesz z tego miasta. Nie wierz złudnej nadziei:
nie ma dla ciebie okrętu, nie ma drogi gdzieś indziej.
Jak roztrwoniłeś życie  tutaj, w tym cichym kącie,
roztrwoniłeś je wszędzie, wszędzie, na całym świecie.

przed 1911 (1910)
tłumaczył Antoni Libera

Kawafis często posługuje się formą dialogu lub udramatyzowanego monologu; w tym wierszu najbardziej uderza mnie to, jak zmienił się między pierwszą wersją, zatytułowaną „W tym samym mieście”, a wersją ostateczną – osobista skarga podmiotu lirycznego, „nienawidzącego miasta [gdzie] wszyscy nienawidzą mnie” zamienia się w uniwersalną refleksję nad losem ludzkim, i tym, że wielu z nas dźwiga jakiś sekret, ułomność, tajemnicę, która w naszym odczuciu przekreśla nasze szanse na spełnienie.

***
Słońce popołudnia

Ten pokój – jak dobrze go znam.
Teraz go odnajmują, razem z tym przyległym,
na biura handlowe. Cały dom
przekształcono w biura maklerów, kupców, spółek.

Ale wiem dobrze, gdzie ten pokój jest.

Kanapa stała tu, przy drzwiach,
przed nią turecki dywan,
obok zaś półka z dwoma żółtymi wazonami.
Po prawej – nie, naprzeciwko – szafa z lustrem.
Na środku stół, przy którym pisał,
i trzy duże wyplatane krzesła.
Pod oknem stało łóżko,
na którym kochaliśmy się tyle razy.

Biedne stare sprzęty – chyba gdzieś tam jeszcze są.

Pod oknem stało łóżko,
słońce popołudnia oświetlało je do połowy.

... O czwartej po południu rozstaliśmy się
tylko na tydzień... Niestety,
ten tydzień rozciągnął się na wieczność.

[1919]
przełożył Ireneusz Kania

Mniej więcej koło 1919 roku erotyki Kawafisa zyskały zdecydowanie homoerotyczny charakter – przedtem często zdarzało mu się pisać, zacierając płeć osoby ukochanej. Wynikało to z tego, że Kawafis, głęboko przekonany o normalności swojej orientacji seksualnej, i wyrażający wiarę w to, że „ludzie ukształtowani jak on” będą mogli kiedyś żyć i wyrażać się swobodnie, czuł, że społeczeństwo nie jest gotowe go zaakceptować. 

***
Jak możesz

Jeśli nie potrafisz zbudować swego życia,
jak sobie tego życzysz, spróbuj przynajmniej, jak możesz,
aby go nie roztrwonić 
nazbyt nurzając się w świecie,
w nieustannej gonitwie, w nieważkiej gadaninie.

Nie trwoń go, włócząc wszędzie,
po tych wszystkich bankietach,
kolacyjkach, przyjęciach,
pełnych pustego rozgaworu,
bo stanie się w końcu dla ciebie jak ciężki kamień u szyi.

1911
przełożył Antoni Libera

Patologicznie wręcz według przyjaciół nieśmiały i wycofany, Kawafis proponuje swoim czytelnikom życie z dala od zgiełku, na własnych zasadach, niespospolitowane, w myśl francuskiego przysłowia „pour vivre heureux, vivons cachés” (by żyć szczęśliwie, żyj w ukryciu; unikaj honorów, zobowiązań, życia na świeczniku).

***
Bóg opuszcza Antoniusza

Jeśli znienacka, o północy usłyszysz,
jak przeciąga niewidzialny pochód
z cudowną muzyką, z gwarem głosów 
wtedy losu, co w końcu zawiódł cię, trudów,
co poszły na marne, planów, które wszystkie
okazały się pomyłką, nie opłakuj bez sensu.
Jak ktoś od dawna gotów, ktoś odważny,
pożegnaj ją, tę odchodzącą Aleksandrię.
Przede wszystkim nie oszukuj się, nie mów,
że to był tylko sen albo że słuch cię zmylił.
Taką próżną nie poniżaj się nadzieją.
Jak ktoś od dawna gotów, ktoś odważny,
uznany za godnego, by żyć w takim mieście,
podejdź spokojnym krokiem do okna
i ze wzruszeniem, ale nie z błaganiem,
nie ze skargami tchórzów,
słuchaj tej wspaniałości ostatniej, tych dźwięków,
cudownych instrumentów mistycznego pochodu,
i pożegnaj ją, pożegnaj Aleksandrię, którą tracisz.

przełożył Zygmunt Kubiak

Wiersz oparty na przekazie Plutarcha – w nocy przed zdobyciem Aleksandrii przez Oktawiana, syna Juliusza Cezara, Marek Antoniusz usłyszał odgłosy opuszczającej miasto widmowej procesji ku czci Dionizosa, swego opiekuńczego bóstwa, co odebrał jako znak, że bóg odbiera mu swoje błogosławieństwo i wsparcie. Jeden z wielu wierszy Kawafisa o tym, że ważne jest pięknie przegrywać, i trzymać się swoich zasad także wtedy, kiedy wiemy, że pisana nam klęska („Termopile”).

Do Kawafisa dorastałam powoli, i dopiero w tym roku, kiedy przeskakuje mi kolejna cyferka z przodu, doceniłam jego nostalgiczny urok. Bardzo polecam tę audycję z udziałem Zygmunta Kubiaka, tłumacza Kawafisa i znawcy kultury antycznej.


(Wiem, że na dziś obiecywałam Wam recenzję perfum, ale tak się składa, że to już dwusetny post na tym blogu, i chciałam obejść tę okazję, dzieląc się z Wami czymś szczególnym.)

Ilustracja tytułowa: „Desiderium” Edwarda Burne-Jonesa, 1873; portret kuzynki Kawafisa, modelki Prerafaelitów, Marii Zambaco (1843–1914).

sobota, 5 października 2019

Knedle Aliny - najlepszy przepis


Wczoraj zdałam sobie sprawę z ogromu różnicy między knedlami, które robię według przepisu mojej nieżyjącej przyjaciółki Aliny, a knedlami Reszty Świata, i na szybko wrzucam jej przepis – jeden, by wszystkimi rządzić, jeden, by wszystkie odnaleźć, jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać:-)

***
na 4 osoby
1 kg obranych ziemniaków  należy ugotować je z odrobiną soli, odparować, ciepłe przemleć lub zgnieść praską, schłodzić na blacie lub w lodówce.

25-30 dag mąki pszennej (lub wg przelicznika 0,7 kg ziemniaków  20 dag mąki).

śliwek mniej niż ziemniaków lub tyle samo, najlepiej oczywiście węgierek, wydrylowanych / ciętych w poprzek, nie wzdłuż brzuszka

1 lub 2 jajka – na kg ziemniaków dajemy jedno duże jajko lub dwa małe (raczej jedno, żeby ciasto nie było za luźne). Można też dać 1 jajko + łyżka mąki ziemniaczanej (zależnie od tego, ile ziemniaki mają skrobi; bardziej mączyste ziemniaki traktujemy większą ilością jajka).

***
Na blacie zagniatamy ciasto; ponieważ ciasto ziemniaczane nie lubi długiego obrabiania, zagniatamy  je szybko i lekko.

Dzielimy je na 3-4 części; robimy z nich po kolei wałki (grubsze niż na kopytka); z wałka kroimy okrągłe placuszki.

Do środka wkładamy po jednej wydrylowanej węgierce, maksymalnie pół łyżeczki cukru (lub jedną łyżeczkę, jeśli od kawy); Magda Gessler dodaje odrobinę zimnego masła.

Zawinięte knedle rzucamy szybko, porcjami, na osolony wrzątek, mieszamy drewnianą łyżką i gotujemy 3 minuty od wypłynięcia. 

 Po wyjęciu na talerz polewamy stopionym masłem, żeby się nie posklejały.

Podajemy z bułeczką podsmażoną z masłem lub śmietaną/ jogurtem z cukrem.

Smacznego!


Zdjęcie tytułowe: Yulia Khlebnikova, Unsplash.

czwartek, 3 października 2019

Czego słucham - Mark Isham

Disclaimer: piszę ten post z miejsca sporego zmęczenia, odpowiedzialnego za to, że moje ostatnie odkrycia  muzyka, o której piszę dzisiaj, perfumy, które zrecenzuję w poniedziałek  to rzeczy, które dają mi proustowski moment, cofają mnie do dzieciństwa i wczesnej młodości, dają ogromne poczucie bezpieczeństwa i odprężenia. Co oznacza, że mój odbiór może być bardzo, ale to bardzo subiektywny, i bardzo zakorzeniony w estetyce lat 80. i 90.

Na muzykę Marka Ishama, urodzonego w 1951 r. w Nowym Jorku pioniera muzyki elektronicznej, nominowanego do Oscara twórcy muzyki filmowej, jazzmana i mistrza gry na instrumentach dętych, trafiłam dzięki muzyce do „Point Break” („Na fali”) z 1991 roku. Isham pięknie zilustrował ten film, łącząc muzykę elektroniczną, rockową i symfoniczną, po czym błyskawicznie wszedł do mainstreamu jako twórca bardzo nastrojowej, przestrzennej muzyki filmowej (jego pełna dyskografia liczy 115 pozycji, filmową znajdziecie tu). 

Poniżej utwór z „Point Break”, który kompletnie odpina mnie od rzeczywistości (czego bardzo mi w tej chwili trzeba), a pod tym linkiem subiektywny przegląd utworów z tego filmu. (Wszystkich utworów, które linkuję w tym wpisie, warto słuchać w słuchawkach.)
Isham studiował muzykę klasyczną (do której tworzenia zresztą niedawno wrócił), ale jego zainteresowania były o wiele szersze. W latach 70. i 80. brał udział w trasach koncertowych i nagraniach studyjnych m.in. Beach Boys, Rolling Stones, Suzanne Vega; w latach 80. zaczął wydawać solowe płyty pod szyldem kultowej, niezależnej wytwórni Windham Hill Records, specjalizującej się w muzyce instrumentalnej i akustycznej (tu przegląd ich wydawnictw, można posłuchać). 

W 1988, już dla wytwórni A&M Records, powstał soundtrack Ishama do filmu „The Beast of War” – jeśli lubicie lub kiedyś lubiłyście klimaty jazzowo-ambientowe, nie zrażajcie się tytułem, ale dajcie szansę temu złożonemu z dwóch etiud albumowi:
W tym samym roku, pod szyldem Virgin Records, Isham wydał ambientowy soundtrack „Castalia”, z którego pochodzi ten piękny utwór (sam gra w nim na kobzie):
Na dziś to wszystko – nawet jeśli ta muzyka to nie Wasza bajka, mam nadzieję, że zachęciłam Was do sięgnięcia po kiedyś ulubiony, a dawno niesłuchany soundtrack. Do przeczytania po weekendzie!

Zdjęcie tytułowe   jezioro Moraine w Kanadzie; ten plik jest na moim komputerze od bardzo dawna, i nie udało mi się zidentyfikować autora.

poniedziałek, 30 września 2019

Retro rozwiązania: ozdobna kontrafałda. Kilka uwag o jedwabiu

Sukienka z dzisiejszego wpisu powstała pod wpływem impulsu; weszłam do zakładu krawieckiego odebrać gotową sukienkę do pracy, i przywitały mnie w nim dwie bele pięknego jedwabiu. Koloru pierwszej już nie pamiętam, druga, bardziej lodowo-morska (dla mam dziewczynek: Elzowa) niż na zdjęciach, powiedziała do mnie "mamo", i tak, mimo że nie miałam w planach żadnej konkretnej imprezy, na którą miałabym ją włożyć, poprosiłam panią Krystynę,  żeby zaprojektowała dla mnie sukienkę. 

Pewne wyzwanie stanowiło to, że wiotki jedwab nie jest  idealnym materiałem do szycia sukienek o linii futerału (czyli najlepszej dla mnie).

(Długa dygresja: nie mówię tu o jedwabiu satynowym, obecnie błędnie używanym do szycia rzeczy, które tradycyjnie szyte były z jedwabiu o dużo bardziej mięsistej, nielejącej się fakturze. Pierwszym przykładem mogą być  sukienki-halki; tradycyjnie do szycia takich prostych sukienek używano mięsistego jedwabiu o bardzo widocznej fakturze, i nikomu nie przyszłoby do głowy wyjść z domu w koszuli nocnej. Przykład drugi  męskie poszetki. Najbardziej eleganckie poszetki są białe, o brzegu obszytym białą (nie kontrastową) nicią w rulonik, szyte z bawełny, gładkiego lnu lub surowego jedwabiu. Tu też rozpowszechniły się kwadraty z satyny, często w krzykliwych kolorach.)

Jedwab, jaki kupiłam – konkretniejszy od satynowego, ale nie na tyle sztywny, by unieść konstrukcję – najlepiej sprawdziłby się przy kroju koszulowym, gdzieś, gdzie pojawiałyby się zgięcia i różne płaszczyzny. Moja z zamierzenia prosta sukienka łatwo mogła okazać się bardzo banalna, wyróżniająca się tylko kolorem i gruzełkowatą fakturą materiału. 

Pani Krystyna zaproponowała jednak ozdobną kontrafałdę z tyłu, którą przełamuje całość i sprawia, że sukienka wygląda na bardziej przemyślaną:
(Konia z rzędem temu, kto powie mi, jak po polsku  nazywają się cap sleeves?)
Jako letnie okrycie do niej mam szeroki, prostokątny szal z tego samego materiału, na okres przejściowy  bolerko z dzianiny w ciemnozielonym kolorze.

Uwaga na temat praktycznej strony chodzenia w niej: jedwab, jak to jedwab, słabo "pracuje", co przekłada się na to, że:
  • Przy ruchach rękami do przodu sukienka pije pod pachami, i jest to picie znacznie bardziej nieustępliwe niż w przypadku tkanin syntetycznych – tu nie ma mowy o tym, by tkanina ustąpiła ciału, a dzięki dobremu dopasowaniu pije dokładnie tam, gdzie trzeba;-)
  • Mimo tego, że sukienka nie jest jakoś mega dopasowana, a tylko modelowana blisko korpusu, zakładając buty z klamerkami miałam okazję przypomnieć sobie o złotej zasadzie głoszonej przez Karolinę Żebrowską, shoes before corset, bo łatwo nie było. Niełatwe też było wsiadanie i wysiadanie z samochodu (naprawdę bałam się, że strzeli mi na szwie).
Dodam, że jestem przyzwyczajona do sukienek, spódnic i spodni z wełny; swoboda ruchu była zauważalnie, choć nie dotkliwie, zmniejszona względem tych pierwszych (choć mowa tu o imprezie rodzinnej, a nie zwykłym dniu pracy), ale naprawdę mnie zaskoczyła.

Niespodziewanym plusem było z kolei to, że sukienka pięknie wychodzi na zdjęciach – zarówno przez połysk i kolor, jak i to, że niejako wymusza godną, wyprostowaną postawę.

Czy lubicie jedwab? W jakich zastosowaniach sprawdza się wg Was najlepiej? Gdybyście mogły wybierać, co chciałybyście uszyć sobie z jedwabiu?

czwartek, 26 września 2019

Suknia dla bogini, czyli "Delphos" Mariano Fortuny'ego

Dziś opowiem Wam o kultowej, wywrotowej i przełomowej technicznie sukni, uwiecznionym przez Prousta dziele sztuki i obiekcie pożądania kolekcjonerów – Delphos.
Twórcami Delphos byli projektant Mariano Fortuny (1871 – 1949) i jego żona Henriette Negrin. Fortuny był potomkiem dwóch hiszpańskich rodzin artystycznych, tak ze strony matki, jak ojca, katalońskiego artysty Mariano Fortuny y Marsal. Po przedwczesnej śmierci męża, matka Fortuny’ego przeprowadziła się z dziećmi do Wenecji, gdzie jej syn, z czasem nazwany „czarodziejem z Wenecji”, rozwijał swoje liczne artystyczne zainteresowania – malarstwem, grawerowaniem, scenografią, oświetleniem, fotografią, projektowaniem tkanin i modą.

W 1907 roku Fortuny i Negrin, po powrocie z podróży do Grecji, zaprojektowali inspirowaną jońskimi chitonami neoklasyczną suknię Delphos. Bezpośrednio zainspirował ich strój „Woźnicy z Delf”, starożytnego greckiego posągu odkrytego w 1896 roku: długa tunika do kostek, obwiązana dość wysoko szerokim paskiem. Wykonana z jednego kawałka gęsto plisowanego jedwabiu, dopasowana ściąganymi sznureczkami, i obciążona koralikami z weneckiego szkła, Delphos swobodnie opadała wzdłuż ciała, dopasowując się do figury (na zdjęciu poniżej, po lewej stronie, widzicie gwiazdę filmową Lilian Gish w wariancie Delphos z długimi rękawami). Wariantem sukni była Peplos, z dodaną krótką wierzchnią tuniką, widoczna na zdjęciu poniżej, po prawej – łatwo sobie wyobrazić, że dodatek paska i okrywającej biodra tuniki sprawiał, że w Peplos kobiety czuły się mniej 'nagie'.
Delphos była w pewnym sensie spełnieniem fantazji o starożytnej Grecji, widocznych w malarstwie Lawrence'a Alma-Tademy czy Johna Williama Godwarda. Co jednak ważniejsze, fason sukni wpisywał się w potrzeby kobiet, które szukały wytchnienia od gorsetu – stąd fenomen sukni popołudniowej, o którym pisałam tutaj. Delphos, zaprojektowana tak, by noszono ją bez gorsetu, uwalniała ciała noszących je kobiet, dając im swobodę ruchów i opływając ciało, nie kształtując go w żaden sposób, ale elegancko podkreślając jego krzywizny.
Wczesna wersja Delphos, tzw. Chiton, bardziej dopasowana do sylwetki niż typowy krój Delphos czy Peplos.
Z początku noszona wyłącznie w domu, jako suknia popołudniowa, w której można było pokazać się domownikom lub gościom, Delphos została podchwycona przez najbardziej niekonwencjonalne kobiety epoki: Isadorę Duncan, Eleonorę Duse, Sarę Bernhardt, markizę Luisę Casati czy Peggy Guggenheim. Wkrótce jednak Fortuny zaproponował klientkom całą gamę okryć (płaszczy dziennych i wieczorowych, szali, kaftanów) które mogły założyć na swoje Delphos, by bez skrępowania wyjść  w nich na ulicę, lub podbijać w nich sale balowe.
Od lewej: suknia i płaszcz (ok. 1910-1920); środek, góra - aksamitna drukowana narzutka, lata 30.; środek, dół - płaszcz wieczorowy, 1923.; po prawej - płaszcz kimonowy przypisywany Fortuny'emu, ok. 1910.
Mimo pozornej prostoty, każdy element konstrukcyjny Delphos był jednocześnie elementem ozdobnym:
  • Jedwab poddawano procesowi plisowania, którego po śmierci Fortuny’ego nigdy w pełni nie odtworzono – używano specjalnych maszyn z ceramicznymi wałeczkami, tkaniny były napinane i poddawane oddziaływaniu wysokich temperatur.
  • Materiał na sukienki kilkakrotnie zanurzano w kadzi z barwnikiem, i dodawano jedwabne sznurki, którymi można było dopasować sukienkę.
Wnętrze Delphos - Kristin Solias/Flickr
  • Szwy boczne sukienki, ściągane jedwabnymi sznureczkami, były ozdabiane kolorowymi koralikami z weneckiego szkła z Murano, które obciążały sukienkę, pomagając jej pięknie układać się wzdłuż ciała.
via 1stdibs
  • Rozlewające się po ziemi rąbki sukien też były dodatkowo obciążone.
Drobne plisy na jedwabiu i barwienie go na żywe odcienie dawały efekt niepowtarzalnego połysku nawet w niezbyt silnym świetle, widoczny na zdjęciu poniżej – co tłumaczy popularność Delphos jako sukni wieczorowej w czasach, w których oświetlenie elektryczne dopiero zyskiwało na popularności. Do sukcesu Delphos przyczyniły się też jej lekkość i miękkość  jako jedyną suknię wieczorową można ją było z łatwością spakować „na okazje nieprzewidziane” i założyć nawet bez pomocy pokojówki.
Kristin Solias/Flickr
Sprzedając Delphos, Fortuny wykazał się sporym zmysłem marketingowym: suknie dostarczano klientkom nie złożone, a zwinięte, w niedużych, okrągłych pudełkach, co podkreślało innowacyjność ich konstrukcji i odmienność od wszystkich innych dostępnych damskich ubrań. Każda suknia objęta była dożywotnią gwarancją, co oznaczało, że właścicielki wysyłały je do weneckiej manufaktury Fortuny'ego, by tam je wyprano i ponownie uplisowano.
via
Produkcja Delphos ustała wraz ze śmiercią Fortuny’ego – zmarły w 1949 roku projektant zabrał ze sobą do grobu tajemnicę plisowania materiału (naśladuje się jego techniki, ale z mniej spektakularnymi efektami). Tajemnicą pozostają też barwniki stosowane do farbowania tkanin – podobno po jego śmierci Henriette Negrin wrzuciła wszystkie próbki do rzeki, by nikt nie mógł ich skopiować.

Moda na suknie Delphos powróciła po dwóch dekadach sztywno konstruowanych ubrań, w latach 70., kiedy zaczęto kolekcjonować zachowane egzemplarze. Nosiła je modelka Lauren Hutton, amerykańska artystka i dziedziczka Gloria Vanderbilt, a Lauren Bacall w 1978 roku założyła czerwoną suknię Delphos na rozdanie Oskarów.
Gloria Vanderbilt dla "Vogue Italia" w naszyjnikach Rity Delisi i sukniach Delphos ze swej prywatnej kolekcji - fot. Richard Avedon, ok, 1969-1970.
Na wyobraźnię kolekcjonerów szczególnie musi oddziaływać to, że nie ma dwóch identycznych sukni; Fortuny i Negrin przez lata eksperymentowali z ich wyglądem, dodając krótkie lub długie rękawy, zmieniając kolory i rozmiary szklanych koralików, szarf i pasków. Nawet egzemplarze wystawiane w Muzeum Fortuny'ego różnią się od siebie gęstością i regularnością plisek.

Jeśli chcecie zobaczyć więcej sukni, ich wariantów i dedykowanych okryć, zapraszam na mój Pinterest.

Źródła:
  • „Auriga z Delf.” Wikipedia, Wikimedia Foundation, 7 July 2019, [klik].
  • Deitz, Paula. “Still Making Dress Sense.” Financial Times, 7 Dec. 2012, [klik].
  • “Delphos Gown.” Wikipedia, Wikipedia, The Free Encyclopedia., 2 June 2019, [klik].
  • Ffoulkes, Fiona. „Jak czytać modę. Szybki kurs interpretacji stylów”, Arkady 2011.
  • “Fortuny Experiments.” Beatrice Vaccari. Grimilde Malatesta, 13 Apr. 2019, [klik].
  • Jane. “Historia De Un Vestido, Delphos De Mariano Fortuny.” El Armario De Lu by Jane, [klik].
Zdjęcie tytułowe – 1stdibs.com

poniedziałek, 23 września 2019

Pończochy 40 DEN - recenzja 208 Vendome Fogal (vintage) i Kunert Fly & Care (zdjęcia)

Wszystkiego dobrego z okazji pierwszego dnia jesieni! Kiedy tylko zaczęło się ochładzać, zaczęłam szukać pończoch cieplejszych niż 20 DEN, i – jak zwykle – w kolorze innym, niż czarny; w zeszłym toku ochłodziło się na tyle szybko, że nawet nie miałam czasu pochodzić w czterdziestkach, a do tego pończochy 40 DEN Romartexu, o których wspominam tutaj, są naprawdę mało interesującą opcją.

Greta

Przede wszystkim postanowiłam sprawdzić ofertę Grety, i ku swemu zdziwieniu odkryłam, że sklepu już nie ma. Okazało się, że firma poszła pod wodę, ostatnia szansa na zrobienie zakupów lub zamówienie pasa była w czerwcu (klientki skrzyknęły się w internecie, żeby pomóc właścicielce), a mnie, ponieważ byłam bardzo dobrze zaopatrzona i nie mam Facebooka, kompletnie to ominęło – i to, jak na ironię, akurat wtedy, kiedy zaczęłam dochodzić do wniosku, że w zasadzie pas z Grety, o którym pisałam tutaj, jest moim pasem pierwszego wyboru, i że  może warto by zamówić kolejny. No cóż.

208 Vendome Fogal

Na allegro znalazłam pończochy do pasa vintage dobrej, ale mało w Polsce znanej firmy Fogal, założonej w 1921 roku w Szwajcarii. To nylonowe, matowe pończochy 40 DEN, z wzmocnionymi  palcami, wąską, minimalistyczną manszetą (lubię takie), i bez widocznego wzmocnienia pięty.
  • Pończochy są miękkie, „ciepłe” w dotyku, niegryzące.
  • Kupiłam dwie pary pończoch (granat i grafit) rozmiarze 4, czyli największym dostępnym, trochę w ciemno, bo już nie są produkowane i nigdzie nie mogłam znaleźć tabeli rozmiarów – są na mnie trochę krótkie, ale a) do noszenia, b) liczyłam się z tym.
  • Po wyjęciu z opakowania kolory wydają się bardzo ciemne; na nodze grafit „mięknie”, ale granat pozostaje prawie czarny.
Vendome grafit
Vendome granat
Pończochy Vendome Fogal powinny być jeszcze dostępne po 18 złotych na allegro (czarne są trochę droższe), i jeśli jesteście niższe i drobniejsze ode mnie (powiedzmy, poniżej metra siedemdziesiąt i 70 kg), to może być bardzo dobry wybór.

Kunert Fly & Care

Ważne: na stronie sklepu uktights.com znalazłam informację, że wycofano je z produkcji, co znajdowałoby potwierdzenie w tym, że na stronie Kunerta widzę tylko opis podkolanówek i rajstop z tej serii – najwyraźniej warto się pospieszyć, jeśli ten produkt Was interesuje.
Wiedziałam, że te pończochy samonośne są częścią linii opracowanej przez Kunerta dla pracownic Lufthansy (w gamie są też rajstopy i podkolanówki), ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to po prostu... pończochy przeciwżylakowe, uciskowe i wspomagające krążenie:-) Producent poleca je przede wszystkim osobom dużo podróżującym, stojącym i chodzącym, czyli w zasadzie wszystkim z nas.

Moja opinia o nich w skrócie: są bardzo solidne i bardzo praktyczne, ale nadal ładne. 
  • Są półmatowe, wykonane z mieszanki poliamidu (80%) i  elastanu (20%) (podaję za stroną sprzedawcy).
  • Zadziwiająco szybko schną.
  • Mają bardzo solidne wzmocnienie palców i opatentowaną wzmocnioną piętę, wyprofilowaną tak, by nie wystawała z buta.

Kunert Fly & Care - wzmocnienie pięty i palców
Raczej utylitarna aplikacja na manszecie:
Kunert Fly & Care
Pończochy dostępne są w szerokiej gamie rozmiarów (patrz tabelka poniżej) i kolorów:
  • jasny beż (teint) – nie zdecydowałam się na niego, bo ze zdjęć w sieci wynika, że jest bardzo jasny z różowym odcieniem, i kojarzył mi się z lalkowo-sztucznym efektem à la pani z zespołu Mazowsze bądź stewardessa);
  • beż (cashmere) (kolor, który zwykle noszę po lecie, który kupiłam – ciepły, ale nie babciny odcień (poniżej);
  • granat (marine) – nie widziałam go na żywo, ale na zdjęciach z internetu wygląda na dziwnie atramentowo-morski, nie taki, jak lubię;
  • grafit (graphit) – kupiłam, i nie jestem zadowolona z tego lekko kawowo-brązowego odcienia (poniżej);
  • czerń (black).
Kunert Fly & Care cashmere
Kunert Fly & Care grafit
Pończochy Fly&Care są dostępne na allegro za 25-28 złotych (ja wybrałam ofertę kultowego sklepu z Żelaznej). Ponieważ faktycznie może być tak, że ta wersja Fly & Care znika z rynku, i ponieważ ciężko jest dostać grubsze beżowe pończochy w ładnym odcieniu, kupiłam dodatkowo cztery pary w kolorze cashmere.

Edit: Niestety, nie jest to produkt zupełnie idealny  zdarzyło się, że po dłuższym noszeniu podrażnił mnie silikon. Możecie to jednak potraktować jako dowód na to, że faktycznie trzymają się na nodze jak przymurowane.

Tyle na dzisiaj! Muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z zakupów i mam nadzieję, że komuś z Was ten wpis się przyda.  

A może macie jakieś pytania o produkty, albo o „życie w pończochach/ rajstopach, na które mogłabym poszukać dla Was odpowiedzi? Dajcie znać w komentarzach!

czwartek, 19 września 2019

Pomysły na wrzesień

  • W sobotę zrób zakupy na targu, zamiast w supermarkecie. Zrób obiad składający się z duszonych lub pieczonych warzyw i świeżego chleba z masłem.
  • W weekend utnij sobie popołudniową drzemkę. Jeśli możesz, przytul się do kogoś, z kim dzielisz dom – zwierzęcia, dziecka, mężczyzny.
  • Jeśli (jak ja) nie umiesz drzemać, połóż się i odpłyń, słuchając tego przez sluchawki.
  • W ramach walki z chandrą zaproś do domu znajomych; upiecz szarlotkę lub jabłka, zrób racuchy z gruszkami, poproś, by przynieśli cydr. Ustalcie kary za rozpoczynanie rozmów o pracy.
  • Wykorzystaj jesienne trendy, żeby uzupełnić szafę (np. w coś w stylu retro, w motyw kwiatowy lub w pepitkę).
  • Przejrzyj domowe tekstylia – być może czas wymienić ręczniki lub kupić nowe, sezonowe ściereczki kuchenne; wyjmij na wierzch cieplejsze i miększe pościele.
  • Pójdź do dużego sklepu papierniczego i kup coś związanego z pisaniem, rysowaniem, malowaniem – w końcu to wrzesień i w powietrzu unosi się zapach świeżych ołówków. (Ja kupiłam atrament w nowym kolorze i wymieniłam etui na pióro wieczne.)
  • Zaplanuj październikowy wyjazd z miasta.
  • Przywitaj ogień: pojedź z rodziną lub przyjaciółmi gdzieś, gdzie będziecie mogli posiedzieć przy ognisku, kup świece do domu.
  • Skorzystaj z tego, że powietrze jest ostrzejsze, a pogoda wciąż przyjemna, i wyjdź poruszać się na dworze – pójdź na kijki albo na rower, zapisz się na jesienny marsz albo wycieczkę w swojej okolicy.
  • Przygotuj danie, bez którego nie ma dla Ciebie jesieni; dla mnie to gulasz rybny, dla mojej przyjaciółki – pikantne pierogi z soczewicą.
Jakie są Twoje jesienne rytuały przejścia?

Zdjęcie tytułowe: Micah Hallahan, Unsplash.