poniedziałek, 20 stycznia 2020

Bliżej dziecka. Masaż kilkulatka

Kilka tygodni temu moja córka zaskoczyła mnie, prosząc o masaż. Kiedy spytałam, dlaczego, powiedziała, że zawsze po masażu wyglądam na odprężoną i wypoczętą, i że ona też chciałaby spróbować, jak to jest.

Lata temu, tak dawno, że to nieprawda, uważałam, że nieźle masuję ludzi, ale z czasem kompletnie to przekonanie straciłam. Szybkie googlowanie wyrzuciło masę stron o masażu niemowląt i jedną dotyczącą szkolniaków – artykuł Dominiki Janik o tym, jak masować starsze dziecko (to w zasadzie wywiad z masażystką i psychologiem: bardzo polecam jego lekturę, jeśli zainteresował Was ten temat). Wynika z niego, że masaż jest bardzo dobrą formą budowania więzi z rosnącym i dorastającym dzieckiem, która przy okazji pomaga rozładować napięcia i stresy i usunąć dolegliwości wynikające z funkcjonowania w środowisku szkolnym, jak np. napięciowe bóle szyi czy nadgarstków.

Wyjęłam duży ręcznik, butelkę oliwki i zaczęłam delikatny masaż.

***
Mój rehabilitant bardzo się ożywił, kiedy spytałam go o masaż dzieci, i powiedział, że to świetny pomysł. Oto jego trzy rady:
  • W przypadku dzieci 6+ można spokojnie korzystać z tych samych technik masażu, co u osób dorosłych, tylko że delikatniej wykonywanych (od siebie dodam, że jako amator uważałabym na okolice kręgosłupa).
  • W masażu klasycznym zasadniczo wszystkie ruchy należy kierować ku sercu, ale on kierowałby się napięciami w ciele i tym, w którym kierunku ciało bardziej się poddaje.
  • Szczególnie poleca masaż szyi (głaskanie jej czubkami palców), dłoni i stóp, i odpowiadanie na to, co podoba się dziecku  np. moja córka wyraźnie zgłasza, że najbardziej lubi spiralne i koliste głaskanie pleców i brzucha.
***
Trochę informacji na temat masażu dzieci w wieku szkolnym znalazłam w książce Magdaleny Fabritius Masaż niemowląt i nie tylko, czyli jak się cieszyć rodzicielstwem dzień po dniu. Tytułowe “nie tylko” odnosi się raczej do masażu, niż do niemowląt – w książce znajdziemy rozdziały o zaletach kangurowania, zapobieganiu kolkom i tym, jak być bardziej zrelaksowanym rodzicem, a masowaniu dzieci w interesującym mnie wieku poświęcona jest niewielka część jednego z rozdziałów.

Autorka poleca masaż przy biurku, podczas czytania czy oglądania telewizji, jako naturalniejszą sytuację, niekrępującą dla dziecka – trochę nie jestem do tego przekonana, ale może z czasem zmienię stanowisko. O technikach pisze w głównie w odniesieniu do dzieci w wieku od dwóch do czterech lat, u których masaż wymaga wprowadzenia elementów zabawy, ale nie znajdziemy tam informacji, jak masować  jeszcze starsze dzieci.

Dowiemy się za to sporo o ogólnych zaletach masażu, technikach masowania małych dzieci (które pewnie można adaptować), wyborze odpowiedniego olejku czy oliwki itp.

***
Szukając – jak polecił mi rehabilitant – informacji o ogólnych technikach masażu, sięgnęłam po pierwszą lepszą pozycję, jaką znalazłam w bibliotece, czyli Masaż relaksacyjny: wszystkie techniki Karin Schutt. To raczej pozycja typu “apteczka domowa” niż ambitny podręcznik, ale jest ogarnialna na początek, i – co ważne – ma zdjęcia, które moja córka przegląda i potem “zamawia” u mnie kolejny masaż.

Jak się zapatrujecie na masaż starszych dzieci? Czy zdarza Wam się to robić? Chciałybyście spróbować, czy wydaje Wam się, że to jakiś przedziwny pomysł?

Bibliografia:
  • Fabritius, Magdalena. Masaż niemowląt i nie tylko, czyli jak się cieszyć rodzicielstwem dzień po dniu. Novae Res - Wydawnictwo Innowacyjne, 2016.
  • Janik, Dominika. “Jak masować starsze dziecko? Rozmowa z Masażystką i Psychologiem Moniką Kozak.” Ladnebebe.pl, 23 Feb. 2019, [klik]
  • Schutt, Karin. Masaż relaksacyjny: wszystkie techniki. Tłum. Ewa Hałkowska, Wydawnictwo RM, 2011.
Zdjęcie tytułowe: Annie Spratt, Unsplash.

czwartek, 16 stycznia 2020

Naprawdę ciepłe rajstopy

Tej bezśnieżnej zimy zaskakująco wychodzi ze mnie zmarzluch, i słysząc o tym, że (podobno!) ma się obniżyć temperatura i (podobno!) spaść śnieg, zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy mogę w Polsce kupić kolorowe rajstopy z polarem (fleece tights), które do tej pory widziałam tylko w TK Maxx i tylko czarne.

Otóż tradycyjnie  nie. Najszerszą paletę kolorów 200 DEN (ale i tak bez szału: czarne, grafitowe, granatowe, szare, brązowe ciemne) miała w ofercie Mona (tzw. rajstopy Microplush), ale wygląda na to, że w sklepach pozostały wyłącznie ostatnie sztuki. 

W Marilyn, w grubości 200 DEN, znajdziemy ocieplane polarem rajstopy w kolorze grafitowym, ciemnobrązowym i czarnym. 

HM ma w ofercie wyłącznie czarne rajstopy na polarze, a Calzedonia rajstopy ocieplane proponuje tylko w dziale dziecięcym. 

Gabriella produkuje rajstopy Arctic (500 DEN) w kolorach czarnym i brązowym (czemu nie granatowym?!). (Przy okazji, na zupełnie inną pogodę, chciałam pokazać Wam te zabawne projekty – rajtuzy miastoweawangardowe, i serię rajtuz lokalnych.)

***
Czym różnią się cieńsze rajstopy z polarem (200-300 DEN) od grubszych (500-600 DEN)? 

Na rekonesans poszłam do sklepu Gatty (w salonach dostępne są polarowe rajstopy 300 i 600 den, choć tylko czarne, w sklepie internetowym prócz czerni pojawia się jeszcze grafit 300 DEN (urządzałaby mnie jaśniejsza szarość). Wersja 300 DEN wygląda miękko i całkiem cywilnie, ale wersja 600 DEN jest pokryta syntetyczną warstewką, mnie kojarzącą się z pianką do nurkowania, a sprzedawczyni – z Sylwestrem na Placu Bankowym. Dobre jest to, że w wersji 600 DEN ocieplenie kończy się na wysokości kostki, przechodząc w nadal ciepłą, ale niepodbitą polarem rajstopę, żeby umożliwić stopie i pięcie wygodne ułożenie się w bucie.

***
Decydując się na rajstopy ocieplane polarem warto obiecać sobie, że będziemy o nie dbać i nosić tak długo, jak się da  to jednak większa dawka sztuczności, niż zazwyczaj, a warto mieć na uwadze swój fashion footprint. (Oto kalkulator pomagający oszacować, na ile nasze zwyczaje związane z kupowaniem i dbaniem o odzież są obciążające dla środowiska.)

***
Reasumując – polarowe rajstopy nadal nie są dla mnie, choć przynajmniej się rozejrzałam i chyba postawię na nieocieplane, melanżowe szare rajstopy Gabrielli 250 DEN. Miłych chłodów (i żebyście nie dały się im zaskoczyć!)


Zdjęcie tytułowe: Liv Tyler sfotografowana przez Larę Rossignol (1995); nawiązanie do znanej fotografii Jamesa Deana na Times Square z 1955 roku.

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Buduar współczesny, czyli sztuka bycia z samą sobą

Ten wpis nie zawiera rad, jak urządzić buduar, ale opowiada o tym, czemu służył kiedyś, i jak jego historyczne funkcje przekładają się na potrzeby współczesnych kobiet.

***
Piękna jest sama etymologia tego słowa pochodzącego z końca osiemnastego wieku: buduar, boudoir, od bouder, ‘nadymać się, dąsać’. Buduar jest więc dosłownie pokojem dąsów, miejscem do dąsania się.

Współcześnie buduar jest przede wszystkim utożsamiany z przestrzenią, w której kobieta dba o swój wygląd, ale nie było to jego jedyną funkcją. W buduarze, pięknie udekorowanym i wyposażonym w kominek, podkreślający intymny charakter pomieszczenia, dobrze sytuowane kobiety spały, przebierały się, odpoczywały, czytały i przyjmowały gości. Z czasem zaczął pełnić rolę prywatnego salonu. Najciekawszą cechą buduaru było jednak to, że otaczało go swoiste tabu; był bardzo prywatną przestrzenią kobiety, i bez zaproszenia nie śmiał tej prywatności naruszyć nawet mąż mający pilną sprawę do omówienia z małżonką. Buduar był miejscem, w którym kobiety ― dąsające się lub nie ― miały prawo do samotności.

***
Czy dziś potrzebne nam buduary? Niewiele z nas potrzebuje jeszcze osobnego miejsca, w którym można zdjąć szpilki, przyciasne ubranie, zapomnieć o nieskazitelnych manierach, i w fizycznym wymiarze odetchnąć od ciężaru roli kobiety idealnej. Jednak buduar mógłby być odpowiedzią na kolejne społeczne oczekiwanie, które wiąże się z byciem kobietą, tak wszechobecne i nieustanne, że w zasadzie niedostrzegalne; oczekiwanie uwagi i empatii.

Dziecko, mąż, ciocia, matka, przyjaciółka, koleżanka z pracy, czasem nawet osoba spotkana w komunikacji miejskiej oczekują od nas zainteresowania swoimi historiami i naszej pełnej uwagi, i często mają nam za złe brak wystarczająco zaangażowanej reakcji. Lepiej ode mnie ujęła to modernistyczna pisarka Dorothy M. Richardson (1873-1957) tłumacząc, dlaczego kobietom trudno jest tworzyć (kiedy trafiłam na ten cytat, pomyślałam, że niewiele się zmieniło):
“Sztuka wymaga tego, czego współczesna cywilizacja kobietom odmawia. Dostojewski, piszący ile tchu na rogu zawalonego kuchennego stołu, ma większą szansę oderwania się od rzeczywistości, niż artystka w jakichkolwiek okolicznościach. Ani macierzyństwo, ani nieustające, piętrzące się bez końca obowiązki związane z prowadzeniem najprostszego nawet gospodarstwa domowego, nie są tak skuteczną przeszkodą, jak ludzki głód uwagi, zasypujący ją, gdziekolwiek się znajdzie, żądaniami o skupienie się na innych, z czego mężczyźni, czy to dobre, czy złe, są wyłączeni.” (tłumaczenie moje)
I w tym upatruję najważniejszą funkcję buduaru; „współczesna cywilizacja”, o której pisała Richardson, odmawia kobietom prawa do wycofania się, do „jaskinii”, które zwykle bez zastrzeżeń przyznajemy  mężczyznom. (Trzeba jednak pamiętać, że większości kobiet, z przyczyn ekonomicznych, odmawiała tego prawa zawsze.)

Dziś jesteśmy wyemancypowane ekonomicznie, ale wciąż nie mamy prawa do buduaru, tak fizycznie, jak mentalnie. Oddzielna przestrzeń dla kobiety jest dziś marzeniem ściętej głowy, a nasza uwaga nadal należy się przede wszystkim innym. Przywilej samotności należy nam się wyłącznie wtedy, kiedy wykonujemy ważną pracę intelektualną albo twórczą. Jeśli się go domagamy, bywamy stygmatyzowane jako niedojrzałe.

***
Buduar jest dla kobiety współczesnej stanem umysłu. Jeśli jesteśmy introwertyczkami, to czas spędzony na odbudowywaniu zasobów wewnętrznych tak, jak odbudowują je introwertycy ― w samotności. To czas, kiedy nikt nam nie przeszkadza. Czas na spokojne wypicie kubka herbaty, wyciszenie się i poprowadzenie dziennika. Czas na przemyślenie, co dokładnie tracimy przez ludzką głupotę, i jak chronić przed tym siebie i swoich najbliższych. Czas na odkrywanie, co powinnyśmy robić dla ludzi w swoim życiu i co i jak chcemy pokazać światu. Czas, który spędzamy z własnymi emocjami i niczym ich nie zagłuszamy, czas, kiedy do głosu dochodzi intuicja. Jego owocem może być poczucie kontroli nad swoim życiem, dokładnie rozpisany plan zdobycia dominacji nad światem, lub przynajmniej chwilowy spokój.

Na początek: Znaleźć czas na spokojne wypicie herbaty po pracy w najbardziej wariacki dzień. Wygospodarować czas na prowadzenie dziennika, nawet kosztem czytania; pisać intuicyjnie. Wcześniej zamykać komputer, iść do sypialni. Słuchać emocji ― nie bać się dąsów, ale wiedzieć, co z nimi zrobić. Poświęcić dzień wolny tylko na siebie. Wrócić do robienia kolaży, wypróbować malarstwo intuicyjne. Poszerzać pole.


Zdjęcie tytułowe: Kadr z filmu „Maria Antonina” Sofii Coppoli.

czwartek, 9 stycznia 2020

Książki retro, które chcę przeczytać w 2020 r.

Książki, które z różnych powodów umknęły mi w zeszłym roku, a w tym są na mojej liście. Linki prowadzą do stron z recenzjami.

Pełna detali o realiach zaciskającej się na Żydach pętli, wbijająca w fotel historia miłości między Niemką, matką czwórki dzieci, i niemiecką Żydówką.
„Gwiazda nie przyniosła efektu, na który liczyli hitlerowcy. Nie zdarzyło się, żeby ktoś mnie zaczepił albo zaatakował z jej powodu, przeciwnie  dosyć często Żydom ustępowano miejsca w środkach lokomocji. Gestapo próbowało zapobiec takim demonstracjom sympatii, wprowadzając po jakimś czasie generalny zakaz siedzenia w pojazdach komunikacji miejskiej.” (str. 104)
Willa Triste, Patrick Modiano.
Osadzona w latach 60. historia letniej miłości osiemnastolatka i starszej od niego kobiety. Mam nadzieję, że okaże się znacznie lepsza od przereklamowanych „Tamtych dni, tamtych nocy” Acimana.

Wielkanocna parada, Richard Yates.
Rozczarowanie relacjami rodzinnymi, trudna relacja z matką. Podobno bardzo dobra i bardzo gorzka książka świetnego stylisty, którego „Droga do szczęścia” zrobiła na mnie duże wrażenie. (Moi znajomi na Goodreads bardzo polecają Miasteczko Cold Spring Harbor, na polskiej stronie ma recenzje w większości średnie.)

Niewidzialne życie, Martha Batalha.
Brazylia, połowa XX w. Ocknęłam się za późno, żeby w kinie obejrzeć „Niewidoczne życie sióstr Gusmão”, ale okazuje się, że scenariusz był adaptacją książki o kobietach, których wolność, kreatywność, relacje z rodziną padły ofiarą mężczyzn w ich życiu. Podobnie jak wyżej, recenzje na Goodreads są znacząco lepsze, niż polskie.

Podobno ciekawy reportaż/ monografia o ruchu egzystencjalistów. Przyda mi się tym bardziej, że moim feministycznym klasykiem na ten rok jest „Druga płeć” Simone de Beauvoir.

W ogrodzie bestii, Erik Larson.
Przejęcie władzy w Niemczech przez Hitlera widziane oczami rodziny amerykańskich dyplomatów. Non-fiction chwalone przez Mariusza Szczygła.

Wszystkie życia Hedy Lamarr (w oryginale: The Only Woman in the Room) Marie Benedict.
Fabularyzowana, częściowa biografia amerykańskiej gwiazdy filmowej żydowskiego pochodzenia i wynalazczyni; jeden z jej wynalazków „stał się elementem powszechnie stosowanych sieci radiowych standardu IEEE 802.11 i GSM.” (źródło)

Nora Webster, Colm Tóibín.
Irlandia, lata 60. Po śmierci ukochanego męża matka czwórki dzieci dość szybko wraca do życia w praktycznym sensie, ale przeżycie żałoby i emocjonalny powrót do siebie okazuje się znacznie powolniejszym procesem.

Ostrożnie, pożądanie, Eileen Chang.
Szanghaj, lata 40. Niewiele pamiętam z wysmakowanego estetycznie filmu, który powstał w oparciu o tę nowelę.

Złodziejka, Sarah Waters.
Najbardziej chyba znana powieść Waters, specjalizującej się w powieściach historycznych z wątkiem lesbijskim. 

Dolina radości, Stefan Chwin.
Europa lat 20. i 30. Trochę boję się konwencji pokazywania historii poprzez życie fikcyjnej postaci z niesamowitym darem znajdowania się w (nie)właściwym miejscu w (nie)właściwym czasie, ale dawno temu zniechęciłam się do Chwina i czas dać mu kolejną szansę.

Przekleństwa niewinności, Jeffrey Eugenides.
Najwyraźniej przyszedł na mnie czas, abym to przeczytała, po prostu.

Inne warte uwagi książki, których nie czytałam:

Księga z San Michele, Axel Munthe.
Życie na Capri i jedna z najczęściej czytanych książek wspomnieniowych XX w., wydana w 1929 roku.

Złoty wiek konwersacji, Benedetta Craveri.
Historia „ideału towarzyskiego spod znaku elegancji i uprzejmości, który przeciwstawiał logice siły i okrucieństwa instynktów sztukę przebywania razem, opartą na intelektualnym uroku i wzajemnej satysfakcji.”

Szkice piórkiem, Andrzej Bobkowski.
Jeśli jest ta książka w połowie – no, w dwóch trzecich – tak dobra, jak słyszałam, czeka mnie wspaniała lektura.

Typowa  (dobra) beletrystyka:

Muza, Jessie Burton.
Druga (lepsza) książka autorki „Miniaturzystki”. Jak dla mnie ogromny plus za przedstawienie wojny w Hiszpanii.

Wysepka, Andrea Levy.
Bardzo dobra, wartka książka o trudnych miłościach i trudnych stosunkach rasowych w Wielkiej Brytanii po drugiej wojnie, pióra bardzo utalentowanej brytyjskiej autorki jamajskiego pochodzenia.


Co dobrego planujecie przeczytać w tym roku? Czy któraś z wymienionych książek Was zaciekawiła? Jakie podobne książki polecacie?

Zdjęcie tytułowe: Pauline LoroyUnsplash.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

O postanowieniach noworocznych. Lekcje w studio rysunku

Tytułem wstępu: chwilę mi zeszło z podjęciem decyzji, czy publikować na blogu listę postanowień noworocznych. Z jednej strony czułam, że może mi to pomoc w wywiązaniu się ze zobowiązań, z drugiej  miałam wrażenie, że nawet jeśli nie są jakoś szczególnie oryginalne, dzielenie się nimi wydaje mi się zbyt intymne. (A ochrona prywatności to właśnie jeden z tematów, którymi chciałabym się w tym roku na swój użytek zająć.)

Zdecydowałam więc, że posty wynikające z realizacji części moich postanowień noworocznych będą pojawiać się na blogu regularnie, oznaczone tagiem „plan 2020”. Będą dotyczyły m.in. filozofii życiowej, pracy nad charakterem i pomysłów na bardziej analogowe życie. Swoją drogą, właśnie tego brakuje mi na Instagramie, gdzie większość kont retro skupia się głównie na modzie, a nie np. urządzaniu wnętrz czy formach spędzania czasu (jeśli znacie jakieś ciekawe konta pokazujące nie-modową stronę życia retro, możecie mi je polecić?).

***
Nigdy nie miałam poczucia, że umiem rysować. Jestem mocno wizualną osobą i myślę metaforami, więc w mojej głowie pojawiały się pomysły na prace, ale brakowało mi techniki. Już jako nastolatka zaczęłam być świadoma tego, że wyrażanie się plastyczne jest taką samą umiejętnością, jak każda inna, której kiedyś po prostu regularnie uczono (zaznaczam, że nie życzę nikomu przeniesienia się do XIX w.). Zanim jednak zaczęłam odczuwać silną potrzebę, by coś z tym zrobić, na studiach zainteresowałam się plakatem i typografią, co na lata 'skanalizowało' mnie wizualnie. Zupełnie niedawno zaczęłam próbować robić kolaże, wciąż starannie omijając temat rysowania i malowania. Jednak przed Świętami zobaczyłam, że niedaleko miejsca, gdzie chodzę na masaż, otworzyło się studio rysunku, i wykręciłam numer podany na drzwiach.

Okazało się, że w studio prowadzone są zajęcia z akwareli, rysunku komiksowego, fotorealistycznego i architektonicznego. Ponieważ szukałam zajęć, na które mogłabym chodzić z córką, postanowiłam pójść na próbę (jak zaproponowała właścicielka) na zajęcia z akwareli i rysunku komiksowego.

Jak wyglądały zajęcia z akwareli?
  • Może zabrzmi to naiwnie, ale przede wszystkim uświadomiły mi one, jak kluczowe są pędzle  różnych wielkości, twardości i kształtów. Podobnie z farbami, które zaskoczyły mnie fakturą zbliżoną do plakatówek.
  • Czułam się trochę jak w interaktywnym tutorialu na YouTube  cały czas miałam w głowie Boba Rossa i jego szczęśliwe drzewa. Tematem zajęć był pejzaż zimowy; na początku prowadząca zademonstrowała kilka technik i rozdała do wyboru  kilka fotografii, mających stanowić raczej inspiracje do kompozycji niż punkt wyjścia do kopiowania, a potem chodziła między nami, podpowiadając nam rozwiązania, korygując, i zachęcając uczestników do wprowadzania zmian (na miarę ich indywidualnych możliwości).
  • Zajęcia trwały długo. Dwie godziny zegarowe to sporo jak na pracę na małym widoczkiem, zwłaszcza, że poprawki nanosi się na mokro, a nie chcemy zmienić pracy w kałużę.
  • Mój pejzaż nie dorównywał tym, które produkowały przeważające na zajęciach kilkunastolatki, ale jest chyba technicznie najlepszą rzeczą, jaką namalowałam w życiu:-) W każdym razie moje dziecko uważa mnie za bohaterkę (a o to przecież chodziło).
Ze względu na godziny zajęć będziemy raczej celować w kursy intensywne w ferie i wakacje, ale wrócimy tam na pewno.

Na zajęcia z komiksu nie weszłam, bo... pod oszklonymi drzwiami małego studia zobaczyłam, że jest w nim profesjonalna ekipa filmująca prowadzących i uczestników (przysięgam, że byłam prawie punktualnie). Po pierwsze, nie chciałam przerywać nagrania, po drugie, nic nie wiedziałam o celu i sposobach jego udostępniania (i nie bardzo jak miałam dopytać), a parcie na szkło mam zdecydowanie ujemne.

***
Na koniec jeszcze jedno pytanie. Oprócz bardzo banalnych i nieco bardziej medialnych/ blogowych planów, wśród moich postanowień pojawiają się też sprawy nudne a pożyteczne: oszczędzać więcej, niż do tej pory, ćwiczyć pokorę i otwarcie na ludzi wyznających inne wartości, włączyć się w życie społeczności lokalnej, choćby przez uczestnictwo w konsultacjach społecznych. Jakie są Wasze „nudne a pożyteczne” postanowienia na ten rok?

Zdjęcie tytułowe: Yura Fresh, Unsplash.

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Rozplątywanie. Czas autorefleksji

“You can tell a lot about a person by the way they handle three things: a rainy day, lost luggage and tangled Christmas tree lights.”  Maya Angelou
Zatrzymałam się nad tym cytatem, jednym z wielu, które o tej porze roku trafiają do mojej skrzynki mailowej, bo uświadomił mi, jak bardzo moja cierpliwość  jak zresztą u większości z nas  zależna jest od okoliczności. I ile jeszcze mam w tym zakresie do dopracowania. 

Na tegoroczne święta i przerwę świąteczną oczekuję z mieszanymi uczuciami. Po pierwsze, w święta więcej myślę o niewesołych sprawach rodzinnych, co zabiera mi część energiiPo drugie, same święta to dla mnie czas męczącej, wymuszonej bezczynności (będę gościem), poprzedzony wieczorami pełnymi maniackiej aktywności (kartki! śledzie! pierniczki! robienie na drutach!); po świętach za to muszę zająć się dzieckiem i opracować nową partię materiału do szkoły. Przez nadchodzące dwa tygodnie będę robiła to, co od lat przez ostatnie dwa tygodnie roku  łapała luźne wątki, rozładowywała górkę w pracy, dokańczała różne sprawy, była dla rodziny. Nic dziwnego, że o styczniowym powrocie do pracy myślę z ulgą.

Na drugie urodziny bloga zrobię sobie dwutygodniową przerwę. W tym roku nie obiecuję żadnych zmian, ale muszę odpocząć od pisania i zająć się sobą. Już teraz powoli wyłania mi się wizja tego, co chcę robić i zdobyć w 2020, i nie peszy mnie ani to, że niektóre z tych celów pojawiają się na mojej liście od lat, ani to, że niektóre są kompletnie nowe. 

Jeżeli, jak ja, chcecie zacząć nadchodzący rok z przytupem, serdecznie polecam Wam książkę norweskiego trenera mentalnego Erika Bertranda Larssena. “Hell week. Siedem dni, które odmienią twoje życie” ma bardzo proste założenie: wziąć swoje plany serio i przez siedem dni żyć 'docelowym' życiem, co ma nam udowodnić, jak bardzo wszystko jest w zasięgu ręki. Niech Was nie zniechęca marketing książki – męskie pohukiwanie skrywa całkiem sensowny i przyjaźnie sformułowany program motywacyjny, w którym w tym roku zmienię tylko jeden element: zamiast zarwania nocy wstanę o czwartej rano. 

***
Chciałam Wam życzyć wszystkiego najlepszego  spokojnych Świąt bez trudnych sytuacji (oby te splątane światełka były najgorszym, co może się zdarzyć), zdrowia, spokoju i pewności swoich celów w nadchodzącym roku. 

Serdecznie Was pozdrawiam i dziękuję, że czytacie mojego bloga. Do przeczytania 6 stycznia!

Zdjęcie tytułowe: Jasmin Schuler, Unsplash.

czwartek, 19 grudnia 2019

Marta czy Maria, czyli nasza rodzina a dom idealny

Pod koniec lata pisałam o tym, że chciałabym wprowadzić zmiany w sposobie prowadzenia domu. Chciałam stworzyć kojącą, uładzoną przestrzeń, w której jemy razem ciepłe posiłki, słuchamy muzyki i planujemy weekendowe wyjścia. Temat Was zaciekawił, więc do niego wracam, choć z  dość nieoczekiwanymi wnioskami.

***
Od dłuższego czasu odczuwałam potrzebę zmian. Męczyło mnie to, że nasze mieszkanie ma mało przestrzeni do przechowywania; a ponieważ mój mąż i córka lubią odkładać wszystko tak, by było pod ręką, i są niepoprawnymi chomikami o świetnej pamięci (nie sposób czegokolwiek pozbyć się z domu niepostrzeżenie), wciąż gdzieś leżą jakieś rzeczy. Prócz tego chciałam opracować sensowny grafik sprzątania, ustrukturyzować wspólnie spędzany czas  tym bardziej, że córka we wrześniu poszła do szkoły, i nie byłam pewna, jak sobie z tym emocjonalnie poradzi – i sprawić, by było nam jeszcze przyjemniej wracać do domu i spędzać w nim czas.

Przestrzeń

Inspiracją dla mnie były rady Blanche Garcia, projektantki z programu „Hotelowe rewolucje”, które już przytaczałam we wpisie o wakacjach w domu, a które można streścić w czterech punktach:
  1. uporządkuj mieszkanie, żeby wyglądało harmonijnie;
  2. ozdób je narzutami, pledami, kwiatami, albumami;
  3. używaj swoich najlepszych rzeczy: dobrej pościeli, porcelany, ręczników;
  4. zadbaj o estetyczne detale, które sprawiłyby Ci przyjemność w wynajmowanym apartamencie, ale na które w domu brak Ci czasu: pachnące kosmetyki kąpielowe, świece zapachowe, wodę podawaną w karafkach.
Z punktami 2-4 nie jest źle. Ze względu na upór mojego męża, który zbyt wiele czasu spędził niegdyś w pokojach hotelowych, by chcieć odwzorować ten rodzaj estetyki we własnym mieszkaniu, przytulność zawsze weźmie u nas górę nad gładką instagramową sterylnością, ale udało mi się stopniowo wymienić ręczniki, włączyć do codziennego użytku biały serwis, którą kiedyś dostałam, i wymienić kilka rzucających się w oczy przedmiotów codziennego użytku na ładniejsze. Przewracał oczami, ale w końcu wszystkie zmiany zaaprobował.

Sprzątanie

To była walka, dramat i łzy. Moje dziecko najchętniej udawałoby, że sprzątanie jej nie dotyczy, mąż, który na etapie przedślubnym dzielnie sprzątał, najchętniej daleko by od tego uciekł (ale bez zatrudnienia kogoś do sprzątania (które to rozwiązanie i mnie się nie podobało), i długo nam zajęło wyjście z tego impasu. Z powodów wychowawczych nie chciałam brać na siebie sprzątania całego mieszkania, ani tym bardziej udawać, że mieszkanie „sprząta się samo” wtedy, kiedy jestem sama w domu. Po wielu rozmowach doprowadziłam do tego, że oboje pomagają mi w sensownym zakresie, a mąż (który ma sporo innych obowiązków) nawet bez marudzenia.
Musiałam uznać, że nie wygram walki z nieporządkiem, ale wolę to, niż sterylny dom i bezustanne kłótnie z rodziną.
Zauważyłam też, że sprzątanie jest ściśle związane z moją kondycją psychiczną. W moim domu rodzinnym pełne (!) sprzątanie domu robiliśmy dwa razy w tygodniu (żadne z moich rodziców nie pracowało od ósmej do szesnastej), i długo się tego trzymałam.
Pominięcie sprzątania wiązało się u mnie ze spadkiem nastroju i tym, że w oczy kłuł mnie kurz; dopiero niedawno zauważyłam, że jeśli jestem w dobrej formie psychicznej, to fakt, że mieszkanie nie jest wysprzątane na błysk, wcale mi nie przeszkadza.
Teraz sprzątamy w soboty, ze sprzątaniem podtrzymującym (kuchnia, łazienki, kluczowe powierzchnię płaskie) w środku tygodnia. Odkurzam codziennie (moje koleżanki z pracy zgodnie twierdzą, że jestem nienormalna...) bo ze względu na moją alergię prawie nie mamy w domu  dywanów. Kiedyś używaliśmy robota sprzątającego, ale w którymś momencie uznałam, że szybciej jest mi odkurzyć samej, niż zebrać wszystko z podłogi.

(Historia prawdziwa: znajomy znajomej, Wenezuelczyk, poszedł że swoją polską dziewczyną na terapię – nie mógł zrozumieć, dlaczego w sobotę, dzień zasłużonego odpoczynku i lenistwa, w nią wstępuje demon sprzątania.)

Podczas każdego sobotniego sprzątania, o ile czas pozwala, staram się sprzątnąć któreś z miejsc, których  nie uwzględniam w regularnym grafiku. W pierwszą sobotę miesiąca mogą to być szafki kuchenne (plus wyciągnięcie na światło dnia resztek do wykorzystania w nadchodzącym miesiącu). W drugą – lodówkę, w trzecią –  łazienkę z uwzględnieniem wszystkich ścian (mam specyficzne kafelki) i mroczne zakamarki w pokoju dziecka, w czwartym – okna, garderoba lub balkon. 

(Odnośnie do okien: jesienią umówiłam się na kawę z kolegą że studiów, i przez sporą część czasu zachwycaliśmy się naszymi myjkami do okien – on ma Kärchera, ja Viledę. Uwielbiam ją i czuję, że skończy się tym, że kupię drugą końcówkę ściągającą wyłącznie do szyb i luster, a pierwszej będę używać do kafelków.)

Wspólne jedzenie

O ile sprzątanie jest mi potrzebne do normalnego funkcjonowania, i przychodzi mi z dużo większą łatwością niż wiele innych rodzinno-domowych zobowiązań, to za gotowaniem nie przepadałam nigdy. Po latach zrywów przeplatanych moim moralniakiem z ulgą przyjęłam obecny układ – w tygodniu my z mężem jemy w pracy (on ma teraz bardzo dobrą kantynę), córka w szkole, w weekend gotuje on, ja wtedy, kiedy chcemy zjeść coś, co wychodzi mi lepiej.

Najwyraźniej jednak gdzieś kołatało się we mnie przekonanie, że powinniśmy przynajmniej próbować jeść jeden spokojny posiłek razem. Chciałam włączyć w plan dnia zróżnicowane śniadania i ciepłe kolacje. Okazało się jednak, że mój mąż (który jest kochanym i dobrym facetem, kategorycznie twierdzącym, że nie żyję w patriarchacie), nie lubi ciepłych kolacji. Gdybyście jednak chciały przeprowadzić eksperyment u siebie w domu, polecam Real Fast Food Nigela Slatera, a jeśli kiedyś trafi Wam w ręce książka o śniadaniach z serii „Le Cordon Bleu. Kuchnia domowa”, także ją – kiedyś dawno temu pożyczyłam komuś mój egzemplarz na wieczne nieoddanie i nie odtworzyłam, a teraz ceny cienkich książek z tej serii są kompletnie zaporowe.

Różne języki miłości

Moja próba pozornie zakończyła się niepowodzeniem, ale po raz kolejny zrozumiałam, że żyję z ludźmi innymi ode mnie, i muszę się pogodzić z tym, że wolą moje towarzystwo i emocjonalną dostępność od porządku, który jest dla mnie o wiele, wiele łatwiejszy do ofiarowania. Staram się być bardziej słuchającą, uważną Marią niż ładzącą rzeczywistość, ale nieobecną Martą; chcę dać im to, co im potrzebne.


Jeśli myślisz, że ten wpis może się komuś przydać, będę wdzięczna, jeśli podzielisz się nim na Facebooku – sharing is caring :-) Dziękuję!

Zdjęcie tytułowe: Loli Clement, Unsplash.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Przypomnieć sobie siebie. Dziennik motywacyjny Michelle Obamy

Jeśli sama publicznie nie określisz swojego charakteru, szybko i nietrafnie zrobią to inni.  Michelle Obama.
Z pozoru był to zakup kompletnie impulsowy – kupując kalendarz na przyszły rok i płytę Stacey Kent dla córki dorzuciłam do koszyka także dziennik motywacyjny firmowany przez Michelle Obamę. Pisanie tradycyjnego pamiętnika zarzuciłam dawno temu, nigdy nie korzystałam z gotowych materiałów do prowadzenia dziennika, nie czytałam nawet autobiografii Michelle (choć teraz po nią sięgnęłam), ale coś w opisie do mnie przemówiło:
Dziennik zawiera intymne wprowadzenie Michelle Obamy oraz ponad 150 inspirujących pytań i cytatów, które współgrają z kluczowymi tematami w pamiętniku Obamy i które mają pomóc czytelnikom zastanowić się nad ich osobistą i rodzinną historią, ich celami, wyzwaniami i marzeniami oraz pomóc im zobaczyć, co ich porusza i przynosi nadzieję oraz jaką przyszłość wyobrażają sobie dla siebie i swojej społeczności.
To bardzo w stylu gentlewoman, pomyślałam: zidentyfikować swoje cele i mocne punkty i przekuć je na dobro wspólne. Jestem bardzo wdzięczna tej książce za to, że buduje obraz rzeczywistości, w której angażowanie się w życie społeczności jest normą. Pytania o to, jak i do czego motywujemy innych, jak udzielamy się w swojej społeczności, jakie zachodzą w tej społeczności zmiany, dlaczego nie chcemy (bądź chcemy) zostać liderkami – każą nam choć na chwilę zakwestionować nasz obraz siebie i tego, do czego jesteśmy zdolne, i popatrzeć na siebie z boku jako na osoby, które mają coś do zaoferowania swojej społeczności.

Prócz tego miałam nadzieję, że dziennik okaże się dobrym narzędziem do popatrzenia z nieco innej strony na moją historię rodzinną, i temu, jak mnie ukształtowała. Michelle pyta nas o nasze dzieciństwo i czynniki, które nas wtedy formowały, pomagając nam zdać sobie sprawę z rzeczy, które często uważamy za oczywiste (kto inwestował w nas czas i uwagę, kiedy byliśmy dziećmi? czym nasz dom różnił się od domów naszych koleżanek i kolegów?) Jak przystało prapraprawnuczkę niewolnika z Południowej Karoliny, autorka porusza temat rodzinnego dziedzictwa i relacji, ale w sposób bardzo uniwersalny (jak relacja z najbliższym nam członkiem rodziny pomaga nam się samookreślić? jakie trudności pokonywali nasi przodkowie?) 

Pojawiają się też standardowe, ale pomagające ulepszyć i upiększyć codzienne funkcjonowanie pytania o to, co lubimy, jak się najlepiej relaksujemy, jaką muzykę lubimy, w jakich ubraniach czujemy się najlepiej. Ciekawe jest jednak to, że kombinacja wszystkich pytań i sposób, w jaki są postawione, pozwalają mi zauważyć powiązania między faktami, których do tej pory, mimo solidnej pracy, nie byłam świadoma – myślę, że stoi za tym jakiś solidny specjalista.
Kolejny dzień z przyjemnością zapisuję w tej pięknie wydanej książce odpowiedzi na pytania, które przede mną stawia – myślę, że jest we mnie teraz duża gotowość do podsumowania wewnętrznych zasobów na koniec roku, terapii, dekady, ale z recenzji – co ciekawe, dużo lepszych na Amazonie, niż na polskich stronach – wynika, że można pracować z tą książką na wiele sposobów. Niektóre recenzentki zachwycają się nieoczywistymi pytaniami, inne polecają ją jako prezent dla młodych kobiet (sama Michelle poleca pisać bardzo szczerze i wrócić do zapisków na późniejszym etapie życia czy kariery), jeszcze inne widzą w niej sposób na utrwalenie informacji o sobie – swoim dzieciństwie, młodości, rodzinie, gustach –które kiedyś przekażą dzieciom lub wnukom.

Ja traktuję ją jako szansę na powtórkę z siebie i być może przeformułowanie celów. Ten dziennik  (jak domyślam się po lekturze autobiografii Michelle Obamy) powstał w końcu jako nawiązanie do jej pierwszego dziennika, który zaczęła prowadzić wtedy, gdy poznała przyszłego męża i zrozumiała, że droga zawodowa, którą wybrała, nie jest dla niej jednocześnie stanęła więc przed wyzwaniem umocnienia i odnalezienia siebie na dwóch kluczowych płaszczyznach życia.

Mnie bardzo spodobał się „Becoming. Dziennik motywacyjny” – myślę, że to estetyczny i mądry prezent dla bliskiej kobiety lub siebie na koniec roku, w okresie życiowych zmian lub poszukiwań

Pozdrawiam Was serdecznie!

Zdjęcie tytułowe: Aaron Burden, Unsplash.

piątek, 13 grudnia 2019

Przeciw szarudze: barwy, światło, zapach.

Przez okna sączy się szare światło. Zapalam wszystkie światła w pomieszczeniu. Marzą mi się okulary, w których świat wygląda, jakby spadł śnieg. 

Mam ochotę ubierać się w czerwień i oranż, choć to nie moje kolory. Mam dość granatu i szarości. Chciałabym zamknąć się  w pomarańczowym namiocie pełnym światełek choinkowych.

Nasypałam sobie miseczkę suszonych moreli, wyjęłam z szuflady perfumy pachnące goździkami, zaparzyłam herbatę z kurkumą; oby dotrwać do Świąt.

Pierwsze z moich postanowień na 2020 to: więcej barw.

A Wy, czym chcecie się otaczać w 2020 roku?

Ilustracja tytułowa: „Flaming June”, Sir Frederic Leighton, 1895.

czwartek, 12 grudnia 2019

Perfumy dla retromaniaczek, część trzecia

Podsumowanie ostatnich zakupów: kultowe perfumy lat dwudziestych, czterdziestych, pięćdziesiątych... Akordy podaję za Fragranticą.

Arpege, Lanvin (1927/ 1993)
białe kwiatydrzewny/ aldehydowy/ kwiatowypudrowy

Kompozycja dla wyrafinowanych: elegancka, powściągliwa, bardzo stylowa. Arpege to nienarzucający się, inteligentnie skomponowany, leciutko medyczny zapach na ciepłej, ale nie duszącej (przynajmniej w moim odbiorze) drzewno-aldehydowej bazie, zdecydowanie nie zaliczający się do kategorii morderczych retroperfum. Nie promieniuje bardzo mocno, ale jest długo wyczuwalny na skórze.

Te perfumy, staromodne w ogólnym zarysie, ale dużo bardziej nadające się do noszenia na co dzień niż np. niektóre zapachy Diora, były dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Jest tak zapewne dlatego, że docierają do nas w podwójnie unowocześnionej formule, odtworzone w 1993, i ponownie w 2009 roku, na studwudziestolecie firmy.

Fracas, Robert Piquet (1948/1998)
białe kwiaty/ tuberozowy/ kwiatowy/ zwierzęcy/ zielony/ drzewny
Jasminowo-tuberozowa burza na zwierzęcym tle; ultrakobieca, wyzywająco seksowna kompozycja, stworzona przez ekscentryczną chemiczkę, Germaine Cellier. Kawał historii perfumiarstwa, nieco tylko tańszy od produktów Chanel, i ze względu na podwójne uderzenie jaśminu i tuberozy naprawdę nie dla każdego. Mój mąż ich nie znosi; ja, mimo że zasadniczo nie lubię kwiatowych zapachów, we Fracas czuję się jak długowłosa, długorzęsa, otulona futrem ze srebrnych lisów gwiazda srebrnego ekranu.

Kiedy mam  go na sobie, część mnie ma niejasne wrażenie, że powinnam może przeprosić za kwiatowy overkill, który funduję ludziom  ale nie jestem w stanie znaleźć w sobie grama skruchy. Nic dziwnego, że to od dawna zapach skandalistek i kobiet pragnących być w centrum uwagi: od Avy Gardner, przez Edie Sedgwick, po Courtney Love i Madonnę (ta ostatnia złożyła im hołd w kompozycji Truth or Dare).

ciepły korzenny/ balsamiczny/ drzewny/ ziemisty/ pudrowy/ aromatyczny

Ani youth, ani dew, po prostu jakaś wielopiętrowa, aldehydowo-żywiczna katastrofa. Ten zapach przypomniał mi moje doświadczenie z White Diamonds Elizabeth Taylor – ogromne rozczarowanie zapachem żywcem ze staromodnego salonu fryzjerskiego. Do pominięcia.


Tyle na razie  zapraszam do lektury poprzednich postów oznaczonych tagiem "perfumy"!

Ilustracja tytułowa: reklama perfum Arpege z 1962 roku, Rene Gruau.