10 maja 2021

Przywabić lato

Kilka lat temu miałam poważny powód do lęku. Nie takiego typu jasna dupa, zaraz umieram, ale raczej mogę być poważnie chora i niedługo umrzeć, warto przewartościować to i owo. Przewartościowałam. Chora nie jestem, ale swoją lekcję wyciągnęłam, i starczyło mi napędu aż do pandemii. 

To, co spadło na mnie parę tygodni temu, choć znacznie mniejszego kalibru, uświadomiło mi między innymi to, że potrzebuję w życiu miejsca na coś poza rodziną i pracą, bo z tą ostatnią utożsamiam się zdecydowanie za bardzo. Praktycznie cały czas, która pozostaje mi na własne sprawy, poświęcam albo na czytanie, które najczęściej finalnie 'dokarmia' moje życie zawodowe, albo na pisanie bloga i ruch, czyli moje ostatnie wentyle bezpieczeństwa. Nie kultywuję prywatnej pasji, nie mam własnego ogródka, w którym mogłabym się schować. I nie chodzi tym razem o to, by uciec, zająć się czymś nowym, coś zmienić, co jest moją typową reakcją na trudne sytuacje – ale by zbudować sobie jakiś bufor, jakiś trzeci element, który w razie kryzysu da mi podparcie.

Mam pomysł na to, co by to miało być, ale na razie za wcześnie, żeby tu o tym mówić – chciałam tylko, żebyście wiedziały, że bardzo tego chcę, i pewnie będę nad tym pracować. Na razie jednak muszę zadbać o siebie na dużo bardziej podstawowym poziomie. Ten i następny wpis będą o drobnych przyjemnościach i dbaniu do siebie, potem przewiduję powrót do normalnych treści.

Moje samopoczucie najlepiej oddaje (przybliżony) cytat z Amerykańskich bogówGaimana, kiedy główny bohater po raz pierwszy widzi swoją żonę jako nieumarłą: niektóre rzeczy wyglądają tak samo, niektóre kompletnie inaczej. Bardzo silne reakcje lękowe minęły, okazjonalnie tylko czuję gulę w gardle. W spokojniejsze dni moje myśli robią, co chcą, snując mi się po głowie jak emeryci poza wyznaczonymi godzinami dla seniorów; mam też spore problemy ze snem, które zaczęły się jeszcze przed Wielkanocą. Ogółem jednak staram się stosować do zaleceń, wierzyć w to, że będzie jeszcze lepiej, i upatrywać w tym wszystkim pouczające doświadczenie.

Powoli zaczynam też mieć wizję lata 2021 – sennego i przynajmniej częściowo spędzonego wyłącznie z mężem i czekam na nie, szukając namiastek letniej, swobodniejszej atmosfery. Odbudowałam zapasy świeczek Yankee Candle, szukając zapachów kojarzących mi się z wakacjami i egzotyką; moim ulubionym zapachem pozostaje Alfresco Afternoon, ale kupiłam też zestaw „The Last Paradise”, zawierający świeczki Exotic Acai Bowl, Tropical Starfruit, Cliffside Sunrise, Beach Escape i Bora Bora Shores. (Jeśli wolicie świeższe, bardziej „europejskie” zapachy, to prócz Alfresco Afternoon mogę Wam polecić Afternoon Escape i Homemade Herb Lemonade.)

Oglądam dokumenty o... surferach, dla czystej przyjemności popatrzenia na słońce, piękne miejsca, i beztroskich ludzi robiących coś, co przy moim braku koordynacji wydaje się niemożliwie trudne. Zaczęło się od tego, że zgooglowalam Bells Beach, wspomnianą w „Na fali” jako miejsce, gdzie są największe fale na świecie, i trafiłam na „The Endless Summer”, dokument o stylu życia surferów z 1966 roku z uroczo zgryźliwą narracją.

Tytuł filmu pochodzi od koncepcji (...) że mając wystarczająco dużo czasu i pieniędzy, można podróżować za latem po kuli ziemskiej (...), wydłużając je w nieskończoność. Ten pomysł narodził się dzięki sugestii biura podróży Brown na etapie planowania filmu. Biuro podróży zasugerowało, że lot z Los Angeles do Kapsztadu w RPA i z powrotem będzie kosztował 50 dolarów więcej, niż podróż dookoła świata. po czym [reżyser] wpadł na pomysł, by podążać za sezonem letnim po całej ziemi. [źródło]

W 1994 roku nakręcono jego sequel, na którym wychowało się kolejne pokolenie. A gdybyście chciały obejrzeć współczesny film ze świetnymi technicznie surferami i psychodeliczną muzyką, polecam „Psychic Migrations”).

W maju sporo czytam do pracy, ale kończę też najnowszą część cyklu o profesorowej Szczupaczyńskiej pióra Maryli Szymiczkowej, czyli pisarskiego (i małżeńskiego) duetu Jacek Dehnel/ Piotr Tarczyński – polecam te powieści z całego mego dziewczęcego serca, bo intryga kryminalna jest w nich dużo mniej istotna niż przepiękne smaczki, i przede wszystkim przedstawiony w nich stan umysłu krakowskiego mieszczaństwa przełomu wieków. (Pro tip: gdyby pierwsza część Wam nie podeszła, spróbujcie z drugą, jest inna, moim zdaniem dużo lepsza.)

A na koniec podzielę się z Wami tym zdjęciem, świetnie oddającym atmosferę moich wymarzonych wakacji:

Via

To „Bibi w słonecznym zakątku restauracji Hotel du Cap Eden-Roc”, jednego z pięknych i modnych hoteli Riwiery Francuskiej, uwiecznionego w „Czuła jest noc” Fitzgeralda i na powojennych zdjęciach Slima Aaronsa. Tegoroczny sezon będzie sto pięćdziesiątym pierwszym w historii tego luksusowego hotelu.


Sama Bibi była żoną fotografa Jacques-Henri Lartigue'a; zdjęcie pochodzi z 1920 roku, roku ich rozwodu, po którym (jeśli mu wierzyć, załamany) artysta znalazł pocieszenie w związku z modelką Renée Perle. Mój wpis o jej ikonicznym Riviera style, ilustrowany zdjęciami Lartigue'a, znajdziecie tutaj.

 

Do przeczytania za dwa tygodnie!

Zdjęcie tytułowe: Kinga Cichewicz, Unsplash. 

02 maja 2021

***

 

Jeszcze raz dziękuję Wam za życzliwość i cierpliwość. Najbliższy wpis planuję na poniedziałek 10 maja, kolejny pojawi się chyba dwa tygodnie później (na razie nie chcę narzucać sobie cotygodniowego rytmu).

Powiem Wam też, że zastanawiam się nad zmianą nazwy bloga - przywykłam do W stronę retro, ale nie wiem, czy nie jest myląca, bo może za mało u mnie retro na retro w nazwie? A może kompletnie sobie nie zaprzątać tym głowy i po prostu pisać? Jak sądzicie?

Serdeczności,

Ewa

Zdjęcie: Kinga Cichewicz, Unsplash.

24 kwietnia 2021

Kraina Nigdy-Nigdy

 

Czytamy teraz z uczniami Opowieść podręcznej, widząc w niej zupełnie nowe rzeczy. Popatrzcie na fotosy z serialu Netflixa, mówię.  Wygląda na to, jakby jego twórcy uważali, że to, co przydarza się książkowej Offred, nie jest wystarczająco trudne. A teraz pomyślcie: lata bez prywatności, oddzielenie od rodziny i niepewność o ich los. Życie w permanentnym zawieszeniu, czekaniu na ciążę, pewność zsyłki, jeśli przed końcem dwuletniego pobytu u obecnego Komandora nie uda jej się w nią zajść. Brak kontaktu z ludźmi, zakaz komunikacji, brak poczucia więzi z kimkolwiek. Niemożność swobodnego przemieszczania się. Deprywacja sensoryczna, łaknienie dotyku tak głębokie, że na myśl o kucharce zagniatającej ciasto na chleb Offred myśli pragnę popełnić zbrodnię dotyku. Konieczność ubierania się w rzeczy uniemożliwiające dotykanie własnego ciała, chodzenie w rękawiczkach, nakryciu głowy ograniczającym pole widzenia, odbierającym możliwość dotknięcia własnej twarzy. Brak luster, i możliwości przejrzenia się; niemożność patrzenia innym w oczy. Przecież to trauma.

Przytakują. W 2021 wszyscy czytamy tę książkę inaczej.

***

W ciągu ostatniego roku wiele pisałam o strategiach dbania o siebie. Wynika to pewnie z tego, że mam wbite w głowę, że moje dobre samopoczucie zależy ode mnie, i że muszę wymyślać strategie pozwalające mi czuć się trochę lepiej w sytuacji, w której nie mam skąd czerpać energii a jestem tak skonstruowana, czy raczej tak zaprogramowana, że świecę światłem odbitym, ładuję baterie w sytuacjach, które od lat są dla mnie trudne do zaaranżowania (nowe doświadczenia), a od roku niedostępne.

Zeszły tydzień był wyzwaniem, które uświadomiło mi, że mogę robić wszystko, ale nie wszystko naraz; spiętrzenie dodatkowych obowiązków w pracy (w ilościach...), dodatkowe zobowiązania poza domem, obecność w domu męża i córki, co dodatkowo zachwiało moim sensownie już ustawionym grafikiem. 

Nie pomaga to, że w ramach wykorzystywania tego dziwnego okresu w naszym życiu zaczęłam diagnozować córkę (nie dzieje się nic dramatycznego, ale mamy kilka rzeczy do naprostowania). Pochłania to czas – w ubiegłym tygodniu każdego dnia, od wtorku do soboty, byliśmy u specjalistów: raz ja sama, dwa razy ja i córka, raz córka z mężem, raz wszyscy troje – cztery godziny zegarowe samych rozbijających popołudnia wizyt, plus dojazdy przez pół Warszawy. Do tego ileś czasu zabierają nam ćwiczenia, które powinniśmy wykonywać z córką (w dużej mierze w celu wyrównania deficytów wynikających z tego, że nie ma teraz normalnego życia).

Zaczęłam też pracować ze/nad sobą – jakiś czas temu szczęśliwie zwolniły się terminy u dwóch dobrych terapeutek. Minusem terapii online jest jednak to, że po pierwsze, wiąże mnie przed komputerem na kolejne godziny (a moja praca polega w tej chwili w dużej mierze na rozmowie z ludźmi przez komputer...), po drugie, ciężko znaleźć na nią czas i przestrzeń, jeśli w mieszkaniu przebywają córka i mąż.

***

Reasumując: zdałam sobie sprawę z tego, że jestem zagoniona, żyję według listy rzeczy do zrobienia, ciągle coś popycham. Mam wrażenie, że albo wykonuję niekończącą się sekwencję ruchów, albo siedzę przed komputerem lub nad książką, próbując się „zrelaksować”. Kiedyś przeczytałam – i kierowałam się tą zasadą długo i szczęśliwie że, w uproszczeniu, należy robić albo rzeczy bardzo produktywne, albo bardzo przyjemne. W tym samym artykule sprzed dziewięciu lat pada zdanie, które czytane dziś wręcz boli: I’m against that zombie neverland of time in which you’re not getting anything done, but also not enjoying yourself.” (Stąd tytuł dzisiejszego wpisu.)  

Nie odpoczywam, nie jestem dla siebie dobra, nie karmię siebie, a jeśli karmię, jak w przypadku terapii, to kosztem odpoczynku. (Co jest tyle niepokojące, że moi znajomi zaczynają mieć poważne problemy zdrowotne podejrzewam, że przynajmniej częściowo uruchomione przez długotrwały stres.) Przestałam być dobrym towarzystwem. Relację ze światem nawiązuję głównie przez robienie zakupów.

***

Nie mam siły, by wymyślać kolejną strategię dbania o siebie, ale czuję, że muszę dać sobie pozwolenie na to, by zwolnić, jeśli mam sensownie dotrwać do maja (odejście maturzystów) i lata. Pozwolenie, by robić jogę jin, spróbować ograniczyć wizyty u specjalistów, pić więcej płynów i więcej leżeć. Użyć mocniejszych perfum, obejrzeć romans albo komedię, przejść się po Bielanach. Nie oczekiwać szybkich efektów.

Rozumiem, że wszystkie dostałyśmy mniej bądź bardziej różniące się rozdania, ale czasem dobrze jest porównać karty. Czy jesteście w podobnym miejscu, czy w zupełnie innym trzymajmy się. 

 

Zdjęcie: Kinga Cichewicz, Unsplash.

19 kwietnia 2021

Jak zachęcić dziecko do czytania (klasy I-III)

Jakiś czas temu, rozmawiając z bratem przez telefon, patrzyłam na jakiś proceder, któremu spokojnie i ignorując moje zastrzeżenia oddawała się Młoda, aż w końcu, po kilku upomnieniach, odsunęłam aparat od ucha i huknęłam:

Przestań, bo nie będzie książek!

Brat zaczął się śmiać. Rzeczywiście, przez ponad rok od początku #zostańwdomu nie dorobiliśmy się tableta ani Netflixa, i czasem mam wrażenie, że pozbawia nas to jednych z najczęściej stosowanych narzędzi wychowawczych. Przypomina mi się rozmowa koleżanki z panią psycholog w szkole jej córki na temat sposobów wpływania na zachowanie dziecka:

Może jej Pani odmówić słodyczy.
Nie jemy słodyczy. 
A telewizji?
Nie oglądamy telewizji. 
To co Państwo robicie?
Czytamy na głos...

 

Dzisiejszy wpis zawiera podpowiedzi atrakcyjnych, potencjalnie intrygujących lektur dla dziecka (orientacyjnie) z klas I-III. Książki dla młodszych dzieci omawiam tu.

W powodzi książek, a zwłaszcza filmów zginęłabym jak ciotka w Czechach bez strony CommonSense Media (jedna uwaga: czasem łatwiej coś na niej znaleźć, wrzucając w wyszukiwarkę nazwę strony i nazwę książki czy filmu, których stopień odpowiedniości dla konkretnej grupy wiekowej chcemy sprawdzić, niż szukając bezpośrednio na stronie. Minusem jest to, że nie mają wszystkich/ nowych europejskich produkcji, i dlatego mąż z córką płakali na Maronie”, podczas gdy ja beztrosko oglądałam dokument o Prado.

Last but not least: ratuje nas fakt funkcjonowania, z pewnymi czkawkami, ale jednak, warszawskich wypożyczalni, które bohatersko starają się wymyślać bezpieczne metody udostępniania czytelnikom zbiorów (w tej chwili można na chwilę wejść do placówki i odebrać zamówione z katalogu pozycje, chwilę temu były zamknięte, jeszcze moment temu wydawały książki przez drzwi lub okno.... ale jednak działają, dając mi jakąś  namiastkę kontaktu z życiem i coś, co mogę zaoferować znudzonemu na śmierć dziecku. 

Po kluczu autora i detektywistyczne

Córka jest uzależniona od czytania, ale był moment, kiedy odmawiała wzięcia do ręki czegokolwiek, co nie było książką z serii o Lassem i Mai; znam rodziców licealisty, którego rodzice nadal przechowują książki z tej serii, tęsknie wspominając czasy, kiedy syn chętnie czytał. Krótko mówiąc, pokazanie dziecku, że poza tą serią jest jeszcze cały świat innych książek, bywa problematyczne.

Na szczęście tu mamy dwa rodzaje ruchu: po kluczu autora i tematyki. Martin Widmark, autor książek z serii Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai, stworzył także serię o Nelly Rapp, zwalczającej potwory Upiornej Agentce nr 10, i uczennicy Upiornej Akademii, oraz drugą, krótszą, o małym wikingu-detektywie, Halvdan Wiking

Córce dużo radości sprawiły dwie kolejne książki Widmarka, Zwyczajne wakacje z rodziną Janssonów i Zwyczajny tydzień z rodziną Janssonów, w których rodzice i dzieci zamieniają się rolami. Dzieci podejmują decyzje, gotują i sprzątają, podczas gdy tata nieustająco się ze wszystkimi zakłada lub ściga się z sąsiadem na kosiarce, a mama co prawda pracuje w agencji nieruchomości, ale po godzinach nigdy nie zachowuje się jak dorosła...

W miarę szybko się zorientowałam, że Młoda lubi zagadki kryminalne i humor, a zniechęca ją straszność i zbyt oczywiste przemycanie wartości edukacyjnych pod płaszczykiem fabuły. To ostatnie niestety jest wadą wielu aktualnie pisanych książek, które – jak dobrze wiedzą autorzy – będą wybierać rodzice, a nie dzieci. (Jeszcze przed pandemią praktycznie nie widywałam dzieci w bibliotece; zazwyczaj przychodziły albo mamy małych dzieci z pociechami, albo matki dzieci w wieku szkolnym, po lekturę. Ja zamawiam książki czasem sama, a czasem z Młodą i na jej prośbę, i chodzę z nią po odbiór, ale widzę, że aż ją świerzbi, żeby pobuszować w półkach, i mam nadzieję, że to nie minie.)

Ze względu na zbyt oczywisty walor edukacyjny Młoda odrzuciła książki z klasycznie ilustrowanej serii Detektywi z tajemniczej 5 (piątki), ale chętnie czyta książki z Serii Biuro Detektywistyczne nr 2 – dziejące się w mniej wyidealizowanym świecie, niż książki o Lassem i Mai, w którym bohaterowie używają nowych technologii, ale też sprawnie pisane przez norweskiego autora powieści kryminalnych i sensacyjnych dla dorosłych, Jorna Liera Horsta.

Kolejną książka autorstwa dorosłego autora kryminałów, bardzo wciągającą i emocjonującą dla dziecka, to Złodziej kanapek Kanadyjczyka Patricka Doyona – główny bohater jest co prawda mało przyjemny, jak na standardy dziecięcych książek, ale dzielnie walczy z niesprawiedliwością, która go dotyka (zuchwałymi kradzieżami wybornych kanapek, które przygotowuje mu mama). Na plus zaliczam też doskonałe ilustracje. 

Komiks

Czy ona płacze? pyta znajoma, słysząc dźwięki dobiegające z pokoju naszej córki. 

Nie. Śmieje się do rozpuku, czytając komiks. Jest małym nałogowcem, który, mając do wyboru książkę i komiks, dziewięć na dziesięć razy wybierze to drugie (mając do wyboru cokolwiek innego czy czytanie komiksu, tak samo). Mam jednak nadzieję, że z czasem książki zacznie pożerać równie chętnie, i że ważne jest przede wszystkim to, żeby czytanie czegokolwiek łączyło jej się z przyjemnością.

Przytargałyśmy więc do domu wszystko, co okoliczne wypożyczalnie miały do zaproponowania z klasycznych serii komiksowych. Młoda przeczytała w całości serie „Asteriks i Obeliks”, Lucky Luke”, i „Kajko i Kokosz”; z czasem podjęliśmy strategiczną decyzję o odseparowaniu jej od „Calvina i Hobbesa”, bo zaczęła zachowywać się jak Calvin  (cudowne w teorii, nieznośne w codziennym życiu).

Egmont zaczął też (ładnie i drogo) wydawać „Kaczogród, klasyczne tomy Carla Barksa o przygodach Kaczora Donalda, jego trzech bratanków, i Wujka Sknerusa, oraz nieco współcześniejszą, ale nadal świetnie rysowaną, serię poświęconą głównie Sknerusowi. 

Po przejściu przez zupełną klasykę, zaczęło się szukanie metodą prób i błędów, i przyznam, że nie wszystkie wybory córki z początku rozumiałam. Chyba średnie komiksy o Smerfach pożera. „Fistaszki nie załapały, ale już abstrakcyjne komiksy Tadeusza Baranowskiego jak najbardziej; „Tytus, Romek i A'Tomek był zbyt chłopacki, a tak, zdawałyby się,  chłopięce serie takie, jak „Ariol, „Ptyś i Bill, „Kapitan Majtas i „Dogman (dwie ostatnie to pokłosie filmów oglądanych na świetlicy) jak najbardziej się obroniły, pewnie humorem.

Dziewczyńskie, i przez Młodą też bardzo pożądane, są komiksy z serii „Sisters (o relacjach między starszą i młodszą siostrą) oraz „Fibi i jednorożec”. 

A propos „Sisters”, „Kaczogrodu”, i paru książek detektywistycznych czytanych przez Młodą – miło patrzeć, jak uczy się, co to epigrafy, cytaty i intertekstualność w ogóle („Mamo, tu też są Calvin i Hobbes! (A komiks zupełnie inny.) Mamo, dlaczego w każdej książce jest cytat z 'Hamleta'”?)

Na koniec wspomnę o (niestety na razie tylko dwóch) bardzo malarskich komiksach brytyjskiego rysownika i pisarza Joe Todda-Stantona z serii „Kolekcja mitów profesora Brownstone'aArtur i złoty sznur oraz Marcy i zagadka Sfinksa. Estetycznie na zupełnie innym poziomie, niż przeciętny komiks (spojrzyjcie pod linki), to komiksy o Wielkiej Przygodzie z wielką mitologią w tle, z jasnym podziałem na pozytywnych i negatywnych bohaterów, opowiadające o pokonywaniu lęku i relacji dziecko-ojciec. 

Czytanie na głos

Dlaczego niechętnie czytam córce na głos? Kilka lat temu, jeszcze w przedszkolu, powiedzieliśmy nauczycielce Młodej, że gdybyśmy czytali jej dwadzieścia minut dziennie, codziennie, bylibyśmy szczęśliwymi ludźmi. Jej wieczorna rutyna była długa i angażująca, a clou stanowiło kilkadziesiąt minut czytania, bez którego nie było mowy o spokoju przed jedenastą (z wielu powodów, o których nie będę tu pisać, przyjęliśmy to jako spory postęp). Kiedy córka zaczęła czytać sama, przyjęliśmy to z mężem jako wybawienie – co może jest mało wychowawcze, ale naprawdę czuję, że wyrobiliśmy swoje roboczogodziny.

Raz na jakiś czas jednak przynoszę z biblioteki coś najczęściej pierwszy tom cyklu – co córka na pierwszy rzut oka odrzuca, i trzeba trochę pomóc losowi. Tak przeczytałam jej pierwszy tom przygód Detektywa Pingwina; myślę, że mają zbyt wiele słów, ale za to znajdziemy w nich wspaniałe ilustracje, i postać porozumiewającego się za pomocą notatnika, znającego kung-fu pająka Colina, który bardzo mnie ujął. Kolejne dwa tomy Młoda zeżarła sama.

Dlaczego nie piszę o Harrym Potterze?

Wprawdzie przeczytała pierwszy tom w półtora dnia i bardzo jej się podobał (jest jedynym dzieckiem w klasie, które czytało HP, a nie oglądało filmów, co wyszło przy okazji jakiegoś szkolnego warsztatu), ale przy okazji się wystraszyła; ma co prawda drugi tom na półce, ale konsekwentnie odkłada go sobie na niesprecyzowane później. 

W razie czego, tu znajdziecie listę książek, filmów i gier z serii z podziałem na kategorie wiekowe, ale nam najwyraźniej trafił się typ z wyjątkowo żywą wyobraźnią, bo o ile „Quidditch przez wieki” przyjęła dobrze, o tyle po opisach kilku stworzeń z „Fantastycznych zwierząt” musiałam intensywnie jej tłumaczyć, że ich nie ma.

Poza konkurencją 

Wszystko Roalda Dahla (może bez „Czarownic”).

***

Czy macie jeszcze jakieś sprawdzone tytuły lub sposoby na zachęcenie dziecka do czytania? (Poza kategorycznym zabranianiem? ;-) Co same czytałyście/ czytaliście w tym wieku?

Do przeczytania za tydzień; życzę Wam zdrowia i spokoju! 

 

Zdjęcie tytułowe: Annie Spratt, Unsplash.