poniedziałek, 25 marca 2019

Siedem butelek - przepisy na klasyczne drinki


„Wystarczy siedem butelek i trochę wiedzy, a możesz zostać znakomitą panią domu”, pisała w 1936 roku Marjorie Hillis (polskie wydanie „Rozkosze życia w pojedynkę” ukazało się w 2008 roku w tłumaczeniu Ewy Godyckiej, i z niego pochodzi poniższy tekst).


***
„Skoro jednak zdumiewająca liczba kobiet tej wiedzy nie posiadła, zacznijmy od początku. W owych siedmiu podstawowych butelkach znajduje się sherry, dżin, whisky szkocka, whisky żytnia, francuski i włoski wermut oraz angostura. Sherry dla niewiele pijących i coraz częściej dla koneserów, dżin i oba wermuty służą do sporządzania Martini, szkocka do highballi, whisky żytnia i angostura do old-fashioned, Manhattan zaś zrobisz z whisky żytniej, angostury i włoskiego wermutu.” (str. 85)

Oto kilka podstawowych przepisów na sugerowane przeze mnie drinki.
Highball: miarka szkockiej w wysokiej szklance z lodem i zwykłą lub gazowaną wodą. Albo miarka whisky żytniej z lodem i napojem imbirowym lub gazowaną wodą.
Martini: dwie części dżinu, pół części francuskiego i pół części włoskiego wermutu. Dodaj cienki plasterek cytryny ze skórką, lód i zamieszaj (ale nie potrząsaj), aż alkohol się równo schłodzi. Podawaj z oliwką, pozbawioną pestki i nadzienia. (Przepis ten występuje w niezliczonych wersjach, ta jednak jest klasyczna).
Old-fashioned: Przeznacz jedną szklankę na osobę. Wrzuć do każdej szklanki kostkę cukru, dodaj parę kropli angostury, odrobinkę wody i rozgnieć cukier. Dorzuć plasterek pomarańczy, cytryny, pasek świeżego ananasa i wisienkę koktajlową. Dodaj miarkę whisky żytniej i napełnij szklanki lodem. Do każdej szklanki dodaj pałeczkę do koktajli, i niech goście się dobrze bawią.
Uwaga odnośnie old-fashioned: w innym miejscu autorka wspomina, że jest to popularny drink, bo robi się go w osobnej szklance i podaje tylko jeden. Dobrze nadaje się więc na krótką wizytę gości.
Manhattan: Dwie miarki whisky żytniej, jedna włoskiego wermutu i parę kropli angostury. Dodaj lód, potrząśnij, do każdego kieliszka dołóż wisienkę koktajlową. (strony 97-98)

Na szybkie spotkanie bez lodu (brak lodówki był znacznie częstszy w latach 30. niż dziś...) autorka proponuje sherry, glüg („wspaniały szwedzki napój, pikantny i mocny, przeznaczony jest dla gości, którzy uważają sherry za trunek zniewieściały”) i krakersy z pastami (str. 102-3).


Motto:
„…kobieta, która próbuje zaimponować wymyślnymi koktajlami, jest jeszcze gorsza niż ta, która dodaje słodkie pianki do sałatki” - str. 97

Ku pamięci: 
  • zawsze podajemy jedzenie równolegle z alkoholem
  • zawsze podajemy też napoje bezalkoholowe
  • nigdy nie nakłaniamy gości do picia większej ilości alkoholu, niż mają ochotę
  • nie podajemy gościom zbyt wielu drinków przed obiadem. 

czwartek, 21 marca 2019

Jak zostać królową: młodość Jacqueline Kennedy Onassis


Kilka dni temu zaczęłam czytać biografię Jacqueline Kennedy Onassis autorstwa Sarah Bradford, zatytułowaną America's Queen (tak nazwał ją Frank Sinatra), i zaczęłam zadawać sobie pytanie, jakie czynniki uformowały zjawisko, jakim dla współczesnych była Jackie. 

Przedwczesne dojrzewanie

Jackie urodziła się w dostatniej, ale skonfliktowanej rodzinie; jej matka, Janet, poślubiła jej ojca wbrew opinii swoich rodziców, mających zastrzeżenia wobec jego pochodzenia i (uzasadnionej) reputacji kobieciarza. Jej rodzice starali zaskarbić sobie sympatię starszego pokolenia; drugie imię tak Jackie, jak jej siostry Caroline  Lee  było próbą zdobycia aprobaty nieprzyjaźnie nastawionego, ale bardzo bogatego dziadka dziewczynek.

Napięcia między rodzicami Jackie, częściowo wywołane niestabilną sytuacją finansową przywiązanej do wystawnego życia rodziny, częściowo zaś różnicą charakterów, rosły, co skoczyło się separacją w 1936 i rozwodem w 1940 roku. Rozwód poprzedziła publikacja w lokalnej, a potem krajowej, prasie artykułu o romansach ojca Jackie (materiał pochodził prawdopodobnie od Janet).

Niespełna jedenastoletnia Jackie musiała sobie wyrobić grubą skórę w reakcji na skandal związany z rozwodem jej rodziców i zaciętością obojga. „[W]yrobiła sobie ochronną skorupę rezerwy, aby żadna z jej szkolnych koleżanek i nikt z nauczycieli nie dostrzegł, jak głęboko ją to raniło” (Bradford, 19). Tu zapewne należy upatrywać początku jej późniejszej słynnej dyskrecji i umiejętności ukrywania emocji.

Jako nastolatka robiła na rówieśnikach wrażenie nieśmiałej, ale jakby należącej do lepszego świata  „księżniczki”, „arystokratki”. Mimo, iż zaczęła chodzić na przyjęcia rok wcześniej, niż jej koleżanki (w wieku szesnastu zamiast zwyczajowych siedemnastu lat), robiła tak na dziewczętach, jak chłopcach piorunujące wrażenie:
Pamiętam, że widziałam ją kiedyś, gdy była debiutantką (...) miała na sobie szmaragdowo-zieloną satynową sukienkę (...) schodziła po schodach i pamiętam, jak wstrzymałam oddech, ponieważ była taka królewska, tak zupełnie inna od nas, jakby było w niej coś niezwykłego. (Bradford, 46)
Jackie w 1948 roku w obiektywie Frances McLaughlin-Gill, pierwszej fotografki modowej związanej kontraktem z Vogue
Niezwykła wydawała się nie tylko rówieśnikom – w styczniu 48 r. ogłoszono ją „Królową Debiutantek 1947 Roku”. Dziennikarz, który wydał ten werdykt, przyznał, że zwykle wybierał ładniejsze, bardziej efektowne dziewczęta, ale tym razem
poczułem, że jest w niej coś szczególnego, pewna dyskretna elegancja. Choć była nieśmiała i bardzo skryta, wyróżniała się w tłumie. Miała to coś. Nie wiem, jakiego słowa użyć, by to oddać; uroda, wdzięk, charyzma, styl, czy wszystkie z wymienionych. Cokolwiek to było, ona to miała. (Bradford, 53)
Jacqueline and Lee Bouvier w obiektywie Cecila Beatona, Vogue, 1 marca 1951

Wpływ rodziców: kobieta w świecie mężczyzn

Chimeryczna matka Jackie, opisywana przez znajomych jako potwór lub niezmiernie czarująca kobieta, wymagała od swoich córek absolutnej perfekcji, wywierając na nie nieustającą presję. Z kolei uwielbiający Jackie ojciec, John Vernou Bouvier III, był kobieciarzem, który chciał jak najlepiej przygotować córkę na zetknięcie z niebezpiecznym światem mężczyzn, ucząc ją grania trudnej do zdobycia, i uwodzenia ich pod płaszczykiem obojętności.

Głównym wymaganiem, jakie Janet stawiała Jackie, było dobre zamążpójście, które w latach 50.  było dla kobiety warunkiem sine qua non życia na poziomie. Sama ponownie wyszła za mąż za mąż za Hugh Auchinclossa, prawnika i maklera z koneksjami, gdy Jackie miała trzynaście lat – głównie po to, by zapewnić dostatni byt sobie i córkom.

Znalezienie przez Jackie odpowiedniego partnera utrudniały trzy rzeczy: fakt, że była katoliczką (a w jej pokoleniu, jeśli wierzyć anonimowemu źródłu cytowanemu przez biografkę, w dobrych katolickich rodzinach urodziło się znacznie więcej dziewcząt niż chłopców – Bradford, 71), jej wzrost (172 cm), oraz inteligencja i niezależność, które na wejściu wykluczały wielu potencjalnych małżonków. Dlatego też Jackie świadomie unikała środowisk, w których miała ograniczony kontakt z mężczyznami: nad świetny, ale odizolowany, amerykański żeński koledż przedłożyła studia w Paryżu i Waszyngtonie, a z prestiżowego stażu we francuskim Vogue zrezygnowała, gdy zorientowała się, że będzie pracować wśród kobiet i homoseksualistów.

Z kolei ojciec dziewcząt stopniowo uczył je tego, jak przyciągać mężczyzn i jak w nich przebierać. Obie dziewczęta, zwłaszcza Jackie, miały dar całkowitego skupiania uwagi na rozmówcy; znajome, które miały okazję stać się obiektem jej uwagi, wspominały to jako sposób na wzbudzenie zainteresowania ignorowanych młodych mężczyzn. W późniejszym życiu ludzie odczytywali to jako metodę na kontrolowanie tego, ile mówi o sobie („nigdy nie mówiła o sobie, zawsze o tobie” – Bradford, 52) lub „wyłączenia” wszystkich osób postronnych (np. podczas rozmowy w restauracji).

Szesnastoletnia Jackie i dwunastoletnia Lee z ojcem, Jackiem Bouvierem, pięć lat po rozwodzie rodziców.

Edukacja

Jackie odebrała najlepszą dostępną dziewczętom w tym czasie edukację – pieniądze jej rodziny równoważyły fakt, że była katoliczką (dobre szkoły w Stanach przyjmowały wtedy w najlepszym kilka starannie wyselekcjonowanych katoliczek rocznie). Po prestiżowej szkole podstawowej Miss Chapin School for Girls, której motto brzmiało „wyróżniaj się, nie rzucając się w oczy”, i równie dobrej średniej szkole Miss Porter, Jackie dostała się na Vassar, najlepszy kobiecy koledż w Stanach, „będący dla młodych kobiet tym, czym dla młodych mężczyzn Harvard i Yale” (Bradford, 48). Vassar słynął z wydziałów humanistycznych, zwłaszcza literatury angielskiej i historii sztuki; jednak położenie kampusu z daleka od miasta (czyli życia towarzyskiego i mężczyzn) i „ogłupiający”, zdaniem Jackie, program, sprawiły, że przy każdej okazji uciekała stamtąd do Nowego Jorku, i szybko podjęła decyzję o dokończeniu studiów gdzie indziej.

Korzystając z programu obejmującego dziewczęta z koledżu Smith (o czym później), wyjechała do Paryża, gdzie zamieszkała u zubożałej arystokratycznej rodziny, studiowała sztukę i literaturę francuską na Sorbonie. Z Francji wróciła z większą świadomością siebie:
To był najlepszy rok w moim życiu. Pobyt poza domem pozwolił mi poznać siebie. Zrozumiałam, że nie muszę się wstydzić swojej żądzy wiedzy, co do tej pory wydawało mi się wadą, którą starałam się ukryć. (Bastie)
Po powrocie do Stanów Zjednoczonych odmówiła powrotu do Vassar, i zapisała się na uniwersytet w Waszyngtonie. Już po ślubie, na życzenie męża, podjęła kolejne studia (historię USA).

Zainteresowania

Jackie i Danseuse.
Pierwszą miłością Jackie była jazda konna. W Internecie łatwo znaleźć jest jej zdjęcia z kucykiem Buddym, na którym jeździła jako kilkulatka, klaczą Danseuse (Tancerką), na której jeździła mając lat kilkanaście, i, już jako dorosłej kobiety, na Sardarze, prezencie od premiera Pakistanu.

Jednak Jackie wymknęła się uproszczeniu zawartemu w brytyjskim powiedzeniu, że ludzie dzielą się na tych lubiących konie i literaturę. Jako nastolatka zaczęła pisać wiersze i opowiadania, mając 21 lat wygrała konkurs na młodszą redaktorkę paryskiego Vogue, po powrocie do Waszyngtonu podjęła pracę w gazecie. Z biegiem czasu, ku przerażeniu swojej matki, nabierała coraz większego apetytu na karierę pisarki lub dziennikarki, ale, jak sama po latach stwierdziła, „po studiach... powiedzmy, że zajęłam się czymś innym.” (Bastie)

Jej studencki styl życia i rozrywki najlepiej przedstawia zgłoszenie na konkurs Vogue, w którym opisuje idealną garderobę młodej kobiety:
szary kostium noszony jako 'mundurek' w podróży, na zakupy, lunche i wystawy; uzupełniony aksamitnym kapeluszem z woalką i ogromną futrzaną mufką powinien wystarczyć na „koktajl” lub „nieprzesadnie wytworny wieczór na mieście”. Sukienka-bezrękawnik w kratę, zestawiona z czarnym golfem kupionym do szarego garnituru, powinna „starczyć na niedzielne popołudnie w college'u, a następnie kolację na mieście, lub niedzielny obiad w jego domu rodzinnym na wsi.” Czarna bluzka i pomarańczowa spódnica z tafty „służyłaby mi na potańcówkach w akademikach, na które chłopcy się szczególnie nie stroją, i kolacjach, teatrze i tańcach w mieście…” (Bradford, 64)
Podczas pobytu w Paryżu Jackie malowała kopie obrazów francuskich artystów, chodziła do teatrów (była zachwycona repertuarem) i na przyjęcia; nie przeszkodziło jej to pojechać w trakcie przerwy świątecznej do Austrii i Niemiec, gdzie zwiedziła okupowany Wiedeń i były obóz w Dachau. W trakcie wcześniejszej, pierwszej wycieczki do Europy, największym przeżyciem było dla niej spotkanie w Winstonem Churchillem podczas przyjęcia w Pałacu Buckingham; dwukrotnie ustawiała się w kolejce, by uścisnąć jego dłoń.

Powiązania towarzyskie

Jackie zatrudniona przez waszyngtoński Times Herald jako uliczna reporterka - zdjęcie z 1952 roku.
Zgodnie z etosem klasy wyższej, Jackie szła przez życie wykorzystując koneksje, i nawet jako młoda dziewczyna bez wahania prosiła ustosunkowanych krewnych i znajomych o polecenia i rekomendacje. Wujowi Wilarthowi (Lefty'emu) Lewisowi zawdzięczała to, że przyjęto ją  na kurs na Sorbonie przeznaczony dla studentek innego, niż jej, koledżu. Koleżance z Vassar, Jessie Wood, zawdzięczała wejście w najszykowniejsze kręgi paryskiej socjety. Aby zdobyć pracę w gazecie w Waszyngtonie, zwróciła się po pomoc do bliskiego przyjaciela ojczyma, Arthura Krocka.

***
Podsumowując: z jednej strony Jackie dorastała mając dostęp do bogactw, przywilejów i koneksji, z drugiej – miała trudne relacje rodzinne, zwłaszcza z matką. Kolega z Times Herald opisywał ją jako niezepsutą bogactwem, „ze wspaniałym poczuciem humoru, bezpretensjonalnie ubraną (...) jeździła starym Mustangiem i była świetnym kompanem” (Bradford, 73). Była bardzo zdolna, zwłaszcza literacko i językowo, jednak ze względu na pozycję społeczną nie mogła żyć na własny rachunek, ale musiała zawrzeć gwarantujące jej odpowiedni poziom życia małżeństwo. Swoje talenty wykorzystała w zasadzie dopiero po śmierci drugiego męża, podejmując pracę redaktora literackiego dla Viking Press, i pracując aż do zaawansowanego stadium raka.

Nie doszłam jeszcze do opisu małżeństwa Jackie z JFK, ale mam wrażenie, że była bardziej wyemancypowana niż chociażby współczesna nam Katarzyna, księżna Cambridge (minus tolerancja na zdrady małżeńskie). Inspirowały ją postacie inteligentnych, wpływowych kobiet, jak Markiza de Maintenon i pani Récamier (Bradford, 74); współcześnie niektórzy historycy spekulują, że wspierała karierę męża, ale być może odeszłaby od JFK po zakończeniu jego prezydentury, gdyby tej nie przerwał zamach.


Źródła (w moim tłumaczeniu):
  • Bastie, Léa. “Jackie Kennedy, Une Saga Américaine.” Vanity Fair, 28 Aug. 2016, klik
  • Bradford, Sarah. America's Queen. Penguin Books, Ltd., 2001.
Zdjęcie tytułowe: Richard Rutledge dla Vogue, sierpień 1951 (zdjęcie, które ukazało się w Vogue po wygraniu przez Jackie konkursu na staż  na stanowisku młodszego redaktora).

środa, 20 marca 2019

Mali ogrodnicy. Czekając na sezon


Szybki bonusowy post: jeśli macie a) dzieci w wieku pierwszego zainteresowania sianiem i roślinami, i żadnego ogródka pod ręką, albo b) ogródek i zainteresowane nim dziecko zamęczające Was pytaniami, kiedy wreszcie będzie czas na sianie i sadzenie, warto zajrzeć do sklepu Flying Tiger, jeśli macie go w okolicy.

Do 28 marca można tam kupić, prócz różnych drobnych ogrodniczych akcesoriów:
  • doniczkę do upraw  pewnie zawierającą nasionka, tu pomidora – za 6 zł;
  • miniaturowy ogródek ziołowy za 25 zł; w zestawie znajdziemy włókna kokosowe, żwirek ogrodowy, oraz nasiona mięty, pietruszki, tymianku i bazylii;

  • puszkę (tak naprawdę glinianą), z ziołami  jednego gatunku (np. tymianek) do uprawy – za 12 zł.

Wszystkie produkty (i zdjęcia) pochodzą z marcowego katalogu Flying Tiger.

Oprócz ogródka ziołowego kupiłam pocztówkę z nasionami mięty oraz nasiona czterolistnej (zobaczymy) koniczyny, także w formie kartki – do namoczenia w wodzie i posypania cienką warstwą ziemi w płytkim naczyniu.

Mam nadzieję, że Młoda coś z tego polubi:-)

Zdjęcie tytułowe: Annie Spratt, Unsplash

poniedziałek, 18 marca 2019

Odkrycia marca: rekomendacje i lifehacki


Choć marzec jeszcze się nie kończy, chciałabym podzielić się z Wami rzeczami, które ostatnio mi się spodobały, i o których warto wiedzieć, i rozwiązaniami, do których wypróbowania szczerze Was zachęcam.

Faworyta (2018), reż. Jorgos Lantimos

Szłam na ten film, nominowany do Oskarów w dziesięciu kategoriach, zupełnie bez oczekiwań – wiedziałam tylko, że moje maturzystki zaklinały mnie na wszystko, żebym go obejrzała („Jak ma pani pójść na „Green Book” i na to, to najpierw na „Faworytę!”) i razem z nimi złościła się na to, że dostał tylko statuetkę dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej.

Okazało się, że to solidne kino artystyczne, dobrze zrealizowana tragigroteska w duchu filmów Greenawaya i „Amadeusza” Formana, co ładnie oddaje ten plakat:



Balkonetka Paola


Balkonetka Paola Intimissimi to chyba pierwszy znany mi przypadek, kiedy biustonosz wygląda lepiej na mnie, niż na prezentującej go modelce. Bardzo efektownie zbiera piersi, wygląda bardzo estetycznie, i dobrze dogaduje się z moim szeroko osadzonym biustem; kupiłam dwie wersje, lekką koronkową i z powiększającą biust miseczką. Co prowadzi nas do...

Lifehack I: Jak naprawić zdeformowaną miseczkę stanika z pianki

Niedawno, czytając książkę Cory Harrington In Intimate Detail (której raczej nie polecam, bo stanowczo zbyt mało się z niej dowiedziałam), znalazłam informację, że odkształconej miseczce biustonosza z pianki można przywrócić pierwotny kształt, formując ją w palcach pod strumieniem gorącej wody. Przetestowałam na dwóch stanikach i zadziałało, przynajmniej doraźnie.

Torebki Ryłko

Szukając ostatnio butów weszłam do salonu Ryłko, i, czekając na podanie pary butów, zapatrzyłam się na ich torebki. Jak powiedziała pani ekspedientka, niedawno zmienił im się projektant, i – jak dumnie dodała – faktycznie jest na co popatrzeć.

Lifehack II: Jak chodzić spać wcześniej

Na początku tego roku postanowiłam, że spróbuję wcześniej chodzić spać, i strasznie ze sobą w tej kwestii walczyłam. Dopiero niedawno, dzięki temu, że czasem muszę wcisnąć moją prawie-codzienną sesję jogi wieczorem, przekonałam się, że jeśli myję się przed dwudziestą, o wiele łatwiej mi wcześniej pójść do łóżka. Teraz myję się po wieczornej jodze lub po przyjściu do domu, wkładam świeżą bieliznę i domową sukienkę, i kiedy pojawia się pierwsza fala senności, nie muszę walczyć ze sobą, żeby pójść się myć, ale wykorzystuję fakt, że jestem już po prysznicu. Rzecz niby mała, a życie zmieniająca.


Mydła Nesti Dante

To tak naprawdę bardzo dawny faworyt, o którym już wielokrotnie chciałam wspomnieć na blogu. Od lat zamiast żelów pod prysznic używam włoskich mydeł Nesti Dante, które świetnie się spłukują ze skóry, zostawiają ją gładką i jedwabistą, a przede wszystkim mają szeroką gamę nieoczywistych zapachów. Nie przepadam za kompozycjami kwiatowymi, więc bardzo odpowiadają mi
  • Olivae di Puglia z wyciągiem z liści oliwek
  • Capri (kwiat pomarańczy mandarynka i bazylia) i Sardegna (nektar z mirtu, pistacja i włoska kocanka) z serii Dolce Vivere
  • Paradiso Tropicale (tahitańska limonka i skórka pomarańczy limeta)
  • Bosco Incantato, Macchia Odorosa, Borghi e Monasteri z serii Emozioni di Toscana.
(Jeśli lubicie zapachy kwiatowe, owocowe, a nawet warzywne, ręczę, że znajdziecie mnóstwo propozycji dla siebie.)

Kupuję te mydła w drogeriach sieci Kosmeteria i Hebe, ale właśnie, szukając zdjęć, zorientowałam się, że można je także kupić w sklepie iperfumy, gdzie są także ich zapachy do wnętrz, perfumy i mydła w płynie (czytaj: przepadłam).

Pozdrawiam! Podzielicie się swoimi ostatnimi odkryciami?

czwartek, 14 marca 2019

Ja kontra lwia zmarszczka: przygody z masażem twarzy


Dziś podsumowuję mój trzytygodniowy eksperyment z masażem twarzy – zaczęło się od tego, że jakąś chwilę temu obejrzałam ten film recenzujący (niedostępny na polskim rynku) aparat do masażu; zaraz potem przeczytałam jego recenzje na Amazonie i mój entuzjazm mocno opadł, ale zaszczepiłam się tą ideą. Poszłam do drogerii prowadzonej przez nieocenienie trzeźwą panią Agnieszkę, która pokazała mi myjkę do twarzy z funkcją masażu oraz sakramencko drogi krem Yonelle z małym masującym bzyczkiem w zakrętce, po czym refleksyjnie stwierdziła, że masaż twarzy daje bardzo dobre efekty, i w zasadzie wszystkie powinnyśmy to robić, ale nie robimy, i stąd popularność różnych służących do tego urządzeń.

Moje zainteresowanie masażem jako patentem na cudowne odmłodzenie bierze się stąd, że w tym roku kończę czterdzieści lat, i widzę u siebie  rozszerzone pory, zmianę kolorytu skóry i lwią zmarszczkę – pionową linię między brwiami, zwykle od koncentracji (np. patrzenia w ekran telefonu czy laptopa) lub po prostu od życia. Ponieważ jednak nie uśmiecha mi się kupowanie czegoś, co ma wpisane w genotyp szybkie zostanie elektrośmieciem, postanowiłam faktycznie zacząć od metod low-tech.

Poniżej znajdziecie trzy masaże które robiłam praktycznie codziennie przez trzy tygodnie, opuszczając tylko trzy dni; uniwersalny masaż rozluźniający twarz oraz automasaż i ćwiczenia jogi twarzy ukierunkowane na lwią zmarszczkę. Jeśli potrzebujecie ćwiczeń na inne obszary twarzy, z łatwością znajdziecie je w internecie.

Jak masować twarz

Najlepiej jest masować twarz wieczorem, przed pójściem spać (choć można też rano), przy użyciu olejku arganowego lub z dzikiej róży, palcami środkowymi lub wskazującymi. 

Ja kupiłam gotową mieszankę olejków Bielendy;  wiem, że składy olejków proponowanych przez firmy kosmetyczne niewiele mają wspólnego z naturalnymi, ale uznałam, że chodzi mi głównie o poślizg, dodatek konserwantu mnie nie zabije, a olejek będzie się wtedy lepiej przechowywał poza lodówką (ten konkretny olejek ma trzymiesięczny okres trwałości). Wiem, jak jest, jeśli muszę pójść po kosmetyk do lodówki  najczęściej mi się nie chce, a jestem zdania, że aby zmienić nawyki na lepsze, trzeba to sobie jak najbardziej ułatwić, zautomatyzować i uprościć. 

Po trzech tygodniach używania widzę, że nie ma możliwości, by w trzy miesiące zużyć buteleczkę olejku pojemności 15 ml na sam masaż czoła  trzeba włączyć olejek do codziennej pielęgnacji skóry twarzy i dekoltu.

Masaż odmładzający i relaksujący twarz

Delikatny masaż, który można wykonywać raz w tygodniu, lub częściej, jeśli twarz jest napięta (ja robiłam go dwa razy w tygodniu). Spodobał mi się dlatego, że jest krótki (co zwiększa prawdopodobieństwo, że będę go regularnie robić) i oparty na nacisku na punkty pobudzające krążenie limfy, a nie targaniu skóry twarzy tak, że będziemy wyglądać jak pani z „Brazil” Terry'ego Gilliama (klik). 

Warto ten króciutki film przed masażem dokładnie obejrzeć, bo potem nie będzie czasu popatrzeć na to, jak prowadząca go pani wykonuje poszczególne ruchy.


Francuska refleksologia na lwią zmarszczkę 

Staromodnie zrealizowane wideo, w którym praktyczne porady jak zmniejszyć napięcie mięśni czoła zaczynają się w czwartej minucie – film poniżej startuje od tego momentu. Na wszelki wypadek tłumaczę instrukcje (film ma także angielskie napisy niezłej jakości):


Rozpocząć od delikatnego wygładzania czoła od środka ku bokom, przez jedną lub dwie minuty, a następnie masować następujące punkty:
  • miejsca pod dwoma małymi wzniesieniami na kości czołowej, położonymi ponad (i nieco na zewnątrz od) wewnętrznego końca łuku brwiowego, jedną-dwie minuty. Punkty te poznamy m.in. po tym, że są wrażliwsze na dotyk, jakby lekko obolałe.
  • wewnętrzne krańce brwi, jedną-dwie minuty
  • „trzecie oko”, położone nieco powyżej miejsca dokładnie pomiędzy brwiami  od minuty do minuty trzydzieści
  • punkt położony dokładnie pośrodku czoła  od kilku sekund do minuty. Od tego punktu należy zejść centymetr niżej, a potem jeszcze w dół, do „trzeciego oka”.
Zakończyć masując punkty znajdujące się przed uszami – pozwala to wyrównać napięcia w twarzy, zwłaszcza, jeśli z jednej strony masowałyśmy nieco mocniej.

Joga dla twarzy - lwia zmarszczka

Bardzo proste ćwiczenia  tak łatwe, szybkie, i proste do zapamiętania, że mogłam je robić nawet czytając córce na dobranoc, a przy tym dające realne efekty:


Zalecane przez panią ćwiczenia to: 
  • ostrożne rozciąganie obszaru pomiędzy brwiami
  • masaż „trzeciego oka”
  • ugniatanie wewnętrznych krańców brwi jedenaście razy
  • przytrzymywanie wewnętrznych krańców brwi i liczenie do jedenastu (bo pionowe zmarszczki między brwiami nazywa się elevens, „jedenastki”).
Tu znajdziecie listę filmów z ćwiczeniami ukierunkowanymi na inne obszary twarzy.

Co zaobserowałam

Kiedy pierwszego wieczoru zrobiłam zestaw ćwiczeń z wszystkich trzech filmów naraz  masaż twarzy, refleksologię, jogę twarzy   obszar między brwiami był lekko obrzmiały, zrobiłam też sobie małą wybroczynę między brwiami (zdarza się przy zbyt mocnym uszczypnięciu nasady brwi). Ze względu na to ostatnie stwierdziłam, że będę robiła masaż twarzy 1-2 razy w tygodniu, a jogę i refleksologię czoła naprzemiennie co drugi dzień.

Już pierwszego dnia rano zmarszczka wyglądała na spłyconą (nie okłamuję się – pewnie wskutek lekkiego opuchnięcia). Przez cały dzień miałam jednak wrażenie, że bardziej uświadamiam sobie swoje czoło, i pamiętam o tym, żeby je relaksować, i to wrażenie zostało ze mną przez całe trzy tygodnie. 

Po paru dniach dostrzegłam, że zaraz po ćwiczeniach skóra wzdłuż zmarszczki wygląda na rozjaśnioną, jakby załamana skóra szła ku górze; po tygodniu (choć może to kwestia częstszego patrzenia w lustro) zaczęłam mieć wrażenie, że zamiast jednego głębszego załamania mam dwa, jedno tuż obok drugiego.

Po trzech tygodniach zmarszczka jest w moim odbiorze płytsza, mniej widoczna  w rozproszonym świetle padającym na wprost staje się w zasadzie niewidoczna. Co dla mnie bardzo istotne, zauważyłam, że zdecydowanie mniej marszczę czoło w ciągu dnia i pamiętam,  żeby je rozluźniać. Samo to starczy, by włączyć automasaż do stałej pielęgnacji pielęgnacji twarzy.

poniedziałek, 11 marca 2019

Podeprzeć swoją pustkę. Rekolekcje


Jest mi dziś ciężko  właśnie dowiedziałam się, że Alina zmarła, pozostawiając kochającą rodzinę, wielu przyjaciół, i mnie, jak się od dawna tego z tyłu głowy spodziewałam, ze swoją Norą Webster w miejsce mojego Between the World and Me; dziś też dowiedziałam się o tym, że od jakiegoś czasu nie żyje jedna z pań, do której chadzałam na pogaduszki, po radę i wsparcie, kiedy jeszcze mieszkałam sama; wreszcie udało mi się spotkać z koleżanką, która opowiedziała mi, w jakim stanie jest jej dziecko, i tym, że lęka się najgorszego, a ja nie mogę jej w żaden sposób pomóc.

Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to skupić się na tym, że jestem potrzebna, że pomagam. Myśleć o rodzinie, o uczniach, o tym, z kim się spotkać, kogo wesprzeć, komu rozjaśnić dzień. Być podporą, pomagać innym osiągać cele, zamienić choć kawałek chaosu w sens. Za wszelką cenę unikać myśli o tym, że nawet z najbardziej uporządkowanej rzeczywistości potrafią wyślizgnąć się najważniejsi dla nas ludzie.

A potem: nie, to zagłuszanie. Rzucanie się w wir działań pozornych bez sensownego przemyślenia tego, co mnie boli, a boli mnie przecież nie tylko to, że ludzie umierają, ale też rzeczy mniej ostateczne, mocno pokomplikowane, ale takie, przed którymi nie trzeba kapitulować z definicji.
Dlatego mój plan na najbliższe dni to przyjrzeć się temu, co mnie boli i uwiera, zaniechaniom ze strony mojej i innych, kształtującym moje życie, temu, czego może brakować moim bliskim – i zastanowić się, co, jako osoba dorosła, mogę z tym zrobić. 
Nie zapełniać pustki na oślep, tylko przyjrzeć się jej, przytrzymać w sobie poczucie dyskomfortu, i pomyśleć, jakie konkretne, ukierunkowane działania mogą pomóc. Nie tylko mnie, ale i ludziom wokół mnie.

Takie będą moje tegoroczne, cywilne rekolekcje.

Zdjęcie tytułowe: Neil Thomas, Unsplash.

czwartek, 7 marca 2019

Jakim miejscem jest dla Ciebie Twój dom?



Ostatnio jestem na etapie myślenia o tym, jak odbieram nasze mieszkanie – co w nim cenię, co mnie drażni, do których rzeczy tak bardzo się przyzwyczaiłam, że już ich nie widzę, jakie są potrzeby naszej rodziny. 

Z miejscem, w którym mieszkam, mam relację nieoczywistą; po latach mieszkania samej wprowadziłam się do mieszkania mojego męża, które z początku skojarzyło mi się z wnętrzami z filmu „Oniegin” z 1999 roku – bynajmniej nie mam na myśli pałacowego stylu i wysokości wnętrz, ale sposób, w jaki pojedyncze meble, utrzymane w stylistyce męskiego gabinetu, determinowały ich wygląd. Okazało się, że mój mąż ma bardzo sprecyzowany gust i że każdą formę ingerencji w wygląd mieszkania musiałam poprzedzić długotrwałą kampanią.

Dziś mamy córkę w zerówce, porysowane kredkami ściany, zabawki w pudłach, mało miejsca na przechowywanie i dorosłe sekrety. Czas to i owo zmienić, ale wprowadzenie ewentualnych zmian chciałam poprzedzić refleksją nad tym, jakim życiem chcemy żyć w naszym domu i jak chcemy się w nim czuć.

Po drodze sięgnęłam po książkę mojej ulubionej autorki poradnikowej, Victorii Moran. Po polsku wydano tylko dwie jej książki, obie dosyć dawno; bardzo odpowiada mi jej głos i zdroworozsądkowe podejście do życia i duchowości. Kiedy wreszcie doczekałam się dodruku Shelter for the Spirit: Create Your Own Haven in a Hectic World, z przyjemnością zanurzyłam się w opisie rzeczywistości drugiej połowy lat 90., a potem zaczęłam zastanawiać się nad tym, co z tego mogę dla siebie wziąć. Do powstania tego wpisu zainspirowały mnie winietki zawarte w książce Moran. 

Czym może być dla nas nasz dom?

Przede wszystkim:
  • Dom powinien być manifestacją tego, co dla nas ważne.
  • Każde miejsce zamieszkania – także wynajmowane czy tymczasowe – może być domem.
  • Jeśli dbamy o nasz dom, dom dba o nas.
Kategorie nie są wyczerpujące, mogą się przenikać, a do tego prawie każde z miejsc wymienionych poniżej może być domem otwartym lub nie.

Miejsce odpoczynku i regeneracji

Nasza enklawa, tajemniczy ogród, gdzie robimy to, co lubimy najbardziej i kultywujemy prywatne zainteresowania  czasem inne, niż mogliby oczekiwać ludzie znający nas w „świecie zewnętrznym”.

Takim miejscem wydaje się kawalerka nauczycielki z filmu „Była sobie dziewczyna”, kompetentnej i surowej panny Stubbs (Olivia Williams), mieszkającej w kobiecym,  ale nieprzeładowanym wnętrzu: pastelowym, ozdobionym pięknymi, niedrogimi drobiazgami – lampami, starociami, makatkami, reprodukcjami:
via our secret is slang
Takie mieszkanie wydaje się miejscem, w którym można odpocząć od prezentowania światu pewnej fasady i z przyjemnością oddać się hobby.

Miejsce celebracji indywidualizmu

Miejsce  czasem zupełnie poza światem i czasem, jak wiktoriański dom ilustratorki Tashy Tudor (1915-2009), o której bardzo ciekawy tekst można przeczytać na Ulicy Ekologicznej (ja dowiedziałam się o niej zupełnie niedawno z filmu Jennifer L. Scott z Daily Conoisseur).
zdjęcie: Richard Brown, via Yankee Magazine
Mało kto z nas może mieć taki dom, ale przypomina mi się warszawskie mieszkanie mojego kolegi przerobione tak, by jak najbardziej przypominać wiejską chałupę dom – pomogła stylizowana stolarka wewnętrzna, sposób malowania ścian, przerobienie otworów drzwiowych na łuki; kolega w końcu wyprowadził się wraz z rodziną na wieś.

Miejsce celebracji wolności

Gloria Steinem w domu w Nowym Jorku, 2010 Annie Leibovitz
To mogą być wypełnione pamiątkami mieszkania ludzi drogi (na zdjęciu powyżej mieszkanie Glorii Steinem, amerykańskiej feministki, pisarki i aktywistki), albo skrytka bankowa zawierająca kilka sentymentalnych drobiazgów – „dom” współczesnego nomady opisany przez Bruce'a Chatwina w „Pieśniach stworzenia”

Miejsce, w którym żyjemy w zgodzie z planetą

Kawałek świata, w którym żyjemy zgodnie ze swoimi przekonaniami ekologicznymi i etycznymi, starając się jak najmniej obciążyć naszym funkcjonowaniem planetę i przysparzać jak najmniej cierpienia żywym stworzeniom. Jednak tego cierpienia trudno uniknąć, jak mówi moja koleżanka Ania, która wyprowadziła się na wieś, prowadzi gospodarstwo rolne i robi kozie sery:
Taka konieczność kalkulacji to jeden z aspektów życia na wsi. Trzeba wszystko przemyśleć. To zmienia spojrzenie na zwierzęta. Trzeba się liczyć z tym, że trzeba je zabijać. I jak ktoś chce sery z podpuszczką mikrobiologiczną, to ja mogę to zrobić, ale jeżeli ten ktoś myśli, że zamawiając taki ser nie przyczynia się do zabijania koźląt, jest w dużym błędzie. Mleko wymaga tego, żeby koźlę było, wywołało laktację, a potem zniknęło, zostawiając najcenniejszy surowiec, czyli mleko. 
Ostatnio mój chłopak natknął się na ekologiczny oprysk do warzyw kapustnych z wyciągu z dżdżownic czy robaków, ale nie było na nim napisane, czy jest dobry dla wegan. Ludzie czasami się zapędzają. Chcąc mieć jajka, musisz zabić kurę w momencie, w którym nie znosi już jajek. Długość życia kozy określa jej wydajność mleczna. (fragment wywiadu, który przeprowadziłam z Anią na zaliczenie kursu reportażu)

Miejsce dla rodziny

Dom, w którym rodzina może funkcjonować to zbierając się, to chowając w licznych przytulnych zakamarkach: kiedy myślę o idealnym rodzinnym wnętrzu, przychodzą mi na myśl projekty Sarah Susanka, popularne w latach 90. – otwarte, funkcjonalne, dobrze wykorzystujące przestrzeń, pełne światła, w których łatwo przepłynąć z pomieszczenia do pomieszczenia, ale też łatwo znaleźć sobie intymny kącik. 

Muzeum

Zdjęcie: Fancycrave, Unsplash
Dom, do którego jesteśmy przywiązani nie tylko w sensie emocjonalnym; prócz tego, że w nim mieszkamy, jesteśmy jego kustoszami lub strażnikami. Być może nasze zwierzęta nie znoszą przeprowadzek, mamy wiele wymagających pielęgnacji roślin lub ogród. Może lękamy się włamania, albo zgromadziliśmy cenne zbiory – ceramiki, komiksów, książek – które boimy się zostawić w pustym domu ze strachu przed kradzieżą lub pożarem.

Miejsce celebracji społeczności 

Zdjęcie: Laura Thonne, Unsplash 

Miejsce, w którym mieszka ta jedna osoba, która zamienia blok mieszkaniowy w dom; ktoś, kto dba o swój balkon, u kogo można zostawić klucze, kto rozmawia z sąsiadami. Ktoś, do kogo można zajrzeć na warcaby, rozmowę, lub po szklankę cukru.


***
Pomyśl o domach, które znasz, które pasują do powyższych opisów. Jakie ich cechy sprawiają, że jest to bardzo widoczne?


Więcej podobnych wpisów znajdziecie w kategorii dom.

Zdjęcie tytułowe: Andres Iga, Unsplash (wiadomy plan filmowy w Matamata, w Nowej Zelandii).

poniedziałek, 4 marca 2019

Femme fatale: Rachael Tyrell (Sean Young) w "Łowcy androidów"


Dzisiejszy wpis będzie kolejnym z seri hołdów dla postaci, które obudzily we mnie zainteresowanie stylem retro. Rachael Tyrell z „Łowcy androidów” Ridleya Scotta (1982), filmu, którego akcja rozgrywa się w mrocznym, futurystycznym Los Angeles w 2019 roku, to kobieta-fetysz, kobieta-maszyna, estetyczna fantazja, której rolą jest (nieświadomie) zwodzić innych odnośnie jej prawdziwej natury, a przede wszystkim sygnalizować widzom, że znaleźli się w świecie neo-noir. Grana przez piękną (i niestabilną) Sean Young, Rachael jest nie tylko piękna i chłodna, ale też tajemnicza i wrażliwa. Sean Young tak wspomina moment, gdy zobaczyła scenę, w której po raz pierwszy pojawia się w filmie:
Kiedy wchodzę w specjalne światło zaprojektowane przez reżysera [przyp. ja: Scott kierował światło na potłuczone kawałki szkła, zanurzone w wodzie] wyglądam, jak fotografia Hurella… Byłam w szoku! Położyłam dłoń na czole i powiedziałam: „Ridley, Boże, sprawiłeś, że wyglądam niesamowicie!” (cyt. za Jermyn, 160)
George Hurrell był fotografem gwiazd kina ery wielkich wytwórni, z których niektóre były inspiracją dla Scotta i Young. Sam Scott mówił, że tworząc postać Rachael myślał o eleganckiej, chłodnej, zdziwionej twarzy Hedy Lamarr (klik), Vivien Leigh z „Przeminęło z wiatrem” lub Ricie Hayworth.  „Po części dlatego, że Vivien Leigh była  silną, niesamowitą kobietą, a po części dlatego, że szukałem do tej roli brunetki” (Sammon, 92).
Od lewej: Hedy Lamarr, Rita Hayworth, Vivien Leigh.
Scena, w której po raz pierwszy widzimy Rachel, jest bardzo klimatyczna: monumentalne wnętrze, widok z okien, muzyka, gra mroku i światła, dźwięk kroków Young składają się na etiudę w stylu noir. Deborah Jermyn w eseju: “The Rachel (sic!) Papers: In Search of Blade Runner's Femme Fatale” tak opisuje jej wejście:
Wyłania się z cienia (...) ubrana w czarny, satynowy kostium z poduszkami opinający jej ciało. Efekt jest uderzający. Jest nieskazitelna, umalowana dramatyczną czerwoną szminką, z wymyślnie upiętymi włosami. Z każdym jej miarowym, kołyszącym, spętanym wąską spódnicą krokiem coraz bardziej trafia do nas efekt jej kostiumu rodem z lat 40., widzianego, a nawet słyszanego, gdy jej obcasy uderzają o twardą podłogę i rozbrzmiewają echem w przepastnym wnętrzu. (Jermyn, 160)

Kostium Rachael w tej scenie uszyty jest z czarnego jedwabiu i wykończony imitacją wężowej skóry, co w dystopijnym świecie filmu, w którym zwierzęta są rzadkością, kojarzy się z wyjątkowym luksusem. Materiał w zwierzęcy wzór i sylwetka odwróconego trójkąta są ukłonem w kierunku Gilberta Adriana (o którym wspominałam we wpisie poświęconym aktorce Joan Crawford).

Adrian był hollywoodzkim projektantem kostiumów do ponad 200 filmów, współpracującym głownie z MGM. Spopularyzował sylwetkę charakteryzującą się podkreśloną talią i poszerzonymi ramionami, wprowadzoną w latach 30. przez Elsę Schiaparelli. Ponieważ jej popularność skończyła się dopiero z nadejściem New Look Diora, żakiety i sukienki o linii odwróconego trójkąta możecie zobaczyć jeszcze na Lauren Bacall w „Mieć i nie mieć” (1944) i „Wielkim śnie” (1946).

Inną techniką używaną przez Adriana, a wykorzystaną w innym kostiumie Rachael, było łączenie różnych odcieni materiału, by optycznie zwężać talię i poszerzać ramiona:


Makijaż Rachael miał być utrzymany w stylu lat 40., a priorytetem było podkreślenie blasku i świeżości jej twarzy (Ridley Scott stwierdził, że chciał, żeby “Rachael była bardzo świeża... Idealna. Jakby dopiero co wyszła spod matrycy”  Sammon, 92). Jej fryzura, wzorowana na pompadour brazylijskiej piosenkarki Carmen Miranda, niezdrowo fascynowała mnie przez lata. Tu znajdziecie filmy wyjaśniające, jak wykonać makijaż i fryzurę Rachael.


Rachael przechodzi w filmie poważną przemianę – z początku chłodna, pewna siebie i prowokująca, z czasem odkrywa, kim nie jest – doświadczoną, zjadającą mężczyzn uwodzicielką. Jak na femme fatale przystało, ulega urokowi głównego bohatera filmu, tytułowego “łowcy”, Ricka Deckarda, który odziera ją z makijażu, fryzury, i złudzeń na własny temat, czyniąc z niej kobietę, z którą może się związać. Jego głos z offu na końcu filmu wyraża jednak wątpliwość, ile czasu razem będzie im dane (ta niewiara w trwałość szczęśliwych zakończeń jest typowa dla tak kończących się filmów z nurtu noir).

I na koniec refleksja: Rachael jest męską fantazją – fantazją jednego z bohaterów, Eldona Tyrella, właściciela potężnej korporacji wytwarzającej androidy, a przede wszystkim reżysera filmu, Ridleya Scotta. Jak bardzo jednak różni się od zapatrzonej w swojego “partnera” Joi,  hologramowej zabawki do towarzystwa z “Blade Runner 2049”!
Ana de Armas jako Joi

Źródła:
  • Costume CO. "The Costumes of Blade Runner" (1982) Part II - The Replicants, YouTube, 21 Oct. 2017, klik.
  • Jermyn, Deborah. "The Rachel Papers: In Search of Blade Runner's Femme Fatale". in: Brooker, Will, editor. The Blade Runner: The Legacy of a Science Fiction Classic. Wallflower, 2005. pp. 159-172
  • Sammon, Paul. Future Noir: The Making of Blade Runner. Gollancz, 2007.
  • WIRED. "Ridley Scott Breaks Down His Favorite Scene from Blade Runner | Blade Runner 2049 | WIRED", YouTube, 19 Sept. 2017, klik.
Wszystkie fragmenty w moim tłumaczeniu.

czwartek, 28 lutego 2019

Od stóp do głów, czyli co ostatnio kupiłam

Nie udało mi się co prawda kupić granatowych loafersów do spodni wełnianych (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie... następnym krokiem będzie ściągnięcie do sklepu Ryłko tej pary, choć mam wrażenie, że mogą okazać się za niskie w nosku, edit: są wąskie i sztywne), ale odniosłam kilka innych sukcesów:

Płyty winylowe


Przy okazji wyjazdu na ferie udało nam się przejrzeć jeszcze nieprzegrzebane płyty winylowe w zaprzyjaźnionej małomiejskiej Biedronce. Córka dostała swój pierwszy winyl (piosenki z „Krainy Lodu”), ja podskoczyłam z radości widząc Ninę Simone, a do tego kupiliśmy dwie inne płyty (klasyczny jazz i funk).

Czy warto? Ceny (chyba 40 zł za płytę) nie były wysokie, jak na nowe winyle; na Discogs sprawdziłam opinie o jakości tłoczenia tej konkretnej wersji „I Put a Spell on You” i były dobre; na żywo jednak okazało się, że płyty, choć zremasterowane, mają słabą dynamikę dźwięku i anemiczne brzmienie.

Czółenka Bombay Lights

Wypatrzone przez męża w outlecie; założyłam je i zamrugałam oczami z niedowierzaniem, że buty na obcasie mogą być tak wygodne, a potem zajrzałam do środka i okazało się, że mierzę kultowy model Bombay Lights Clarksa – niewysokie, dzienne czółenka, które przy wygodzie godnej butów ortopedycznych naprawdę dobrze wyglądają na nodze, a przy tym są leciutkie, dobrze wykończone, mają stabilny obcas i są dostępne w kilku (zmieniających się sezonowo) kolorach.

Nie jest to model na wielkie wyjścia (kwestia szerokiej podeszwy, widocznych przeszyć, kształtu obcasa, skórzanej kokardki...), ale to bardzo solidny dzienny but nawiązujący do stylistyki retro. Do zapamiętania.

Kolczyki Scarlett


Te kolczyki ze srebra i cyrkonii (YES) są jednoznacznie wieczorowe, ale ponieważ mam przed sobą parę tego typu imprez, zdecydowałam się je kupić. Wyglądają na bardzo starannie wykonane (co niestety, także w przypadku biżuterii przestaje być  rzeczą oczywistą), a cena, jak za ten efekt, nie jest powalająca.

Rajstopy z mikrofibry „Soft Touch” Calzedonia

Sezon jesienno-zimowy minął mi pod znakiem frustracji jakością rajstop Gatta. Zwykle kupuję  granatowe Dalida 40 DEN, ale najpierw zorientowałam się, że rajstopy w „moim” rozmiarze (kupowałam je o rozmiar mniejsze, niż u innych producentów) są mniej rozciągliwe – co potwierdziła dobrze zorientowana sprzedawczyni – a potem okazało się, że bardzo szybko się kulkują, mechacą i drą, i tak para za parą za parą. 

Dopiero w ubiegłym tygodniu dotarło do mnie, że mam przecież bardzo dobre jakościowo rajstopy z Calzedonii w chłodnym odcieniu szarego melanżu, i że firma, która produkuje tak nieoczywisty kolor, jak szary melanż, powinna mieć w ofercie także granat... i tak kupiłam dwie pary rajstop  „Soft Touch” 50 DEN w odcieniu Blu, i mam zamiar żyć w nich aż do przeskoczenia w wiosenne pończochy.

Czy coś ostatnio kupiłyście? Czy szukacie czegoś, co zastąpi element Waszej garderoby, który przestał się sprawdzać?

poniedziałek, 25 lutego 2019

Czarne kino: Noir i neo-noir

Film noir to pochodzący z języka francuskiego termin oznaczający ‘czarny film’ lub ‘film nocy.’ Termin ten stosowano początkowo w odniesieniu do filmów detektywistycznych kręconych w latach 40. i 50.; wiodącymi reżyserami nurtu noir byli Orson Welles, Billie Wilder, oraz Fritz Lang. 

Estetycznie noir inspirował się (tak wizualnie, jak tematycznie) niemieckim ekspresjonizmem (z którego zaczerpnął motyw zbliżającej się, nieuchronnej klęski) oraz francuskim kinem lat 30. Akcja tych filmów najczęściej rozgrywa się w mieście – widzimy puste, brudne ulice i przejścia nocą, zaniedbane budynki.

Jako termin oznaczający rodzaj estetyki, noir odnosi się także do współcześnie powstających prac, np. fotograficznych, nawiązujących do oryginalnych filmów noir – jednak za wyłączeniem inspirowanych noirem filmów, w przypadku których stosuje się termin neo-noir.
Utrzymany w estetyce noir portret Kiefera Sutherlanda
Neo-noir to gatunek filmowy
który w sposób widoczny korzysta z elementów filmu noir, ale jest uaktualniony o motywy, treści, style i elementy wizualne nieobecne w filmach noir lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku – źródło.
Filmy neo-noir często kręcone są w czerni i bieli, w nawiązaniu do klasycznych filmów noir, i mogą być współczesnymi filmami osadzonymi w oryginalnych dekoracjach, z nieco odświeżoną problematyką (“Chinatown”), adaptacjami dzieł utrzymanych w podobnej estetyce (“Miasto grzechu”), być osadzone w teraźniejszości (“Mulholland Drive”), przyszłości (“Łowca Androidów/ Blade Runner”), nieoczywistej grupie wiekowej ("Kto ją zabił"), albo innym kręgu kulturowym (“Spragnieni miłości”)
Kadr z filmu “Spragnieni miłości” Wong Kar Waia (2000)
Głównym bohaterem noir jest najczęściej outsider, nienależący ani do niewinnego społeczeństwa,  które należy chronić przed złem, ani do sił zła, ani do formalnych stróżów prawa. To niedostosowany, poturbowany przez życie prywatny detektyw, alkoholik lub niebezpiecznie zbliżający się do alkoholizmu samotnik, wchodzący w incydentalne relacje z kobietami.

W pozostałych rolach spotykamy skorumpowanych polityków, przedstawicieli wpływowych rodzin, nieuczciwych gliniarzy, kobiety w typie femme fatale (znak rozpoznawczy: to taka kobieta, którą przed pocałunkiem wypada chwycić za ramiona), obłąkanych morderców, narkomanów i hazardzistów.
Barbara Stanwyck chwytana za ramiona przez w Freda MacMurraya w “Podwójnym ubezpieczeniu” Billy'ego Wildera (1944)
Piękna w stylu neo-noir: Dominique Sanda
Jako gatunek filmowy noir przesycony jest fatalizmem, pesymizmem i poczuciem zagrożenia. Atmosfera filmu i moralność występujących w nim postaci jest jest niejasna i niejednoznaczna: często pojawiają się wątki chciwości, korupcji, pożądania, przemocy i strachu. Można pokusić się o stwierdzenie, że noir jest sposobem na egzorcyzmowanie lęków społeczeństwa; czujemy, że wśród nas, w wielkich miastach, czai się zło, którego nie znamy – mafia, skorumpowani bogacze, handlarze narkotyków i twórcy pornografii – i jeden spośród nas poświęca resztki (rozumianej często bardzo umownie) niewinności, by to zło znaleźć, nazwać, a często też wyciągnąć na światło dnia i ukarać.
Victor Mature w "I Wake Up Screaming" (H Bruce Humberstone, 1941)
Konflikt dobra i zła w neo-noir jest dostosowany do poziomu wrażliwości współczesnego widza. Zmowa milczenia we neo-noir ukrywa często ciągnące się latami, zakrojone na wielką skalę spiski uderzone w dobro społeczności lub niewypowiedziane perwersje. 

Pojawia się też wątek sił nadprzyrodzonych – w przeciwieństwie do często brutalnie dosłownych kryminałów z lat 40., w filmach neo-noir fantazja (lub siły zła) często splatają się z rzeczywistością – tak jest w filmach Lyncha (“Zagubiona autostrada”, “Twin Peaks”), Wong Kar Waia (“2046”), Alana Parkera (“Harry Angel”).
Niemiecki ekspresjonizm --- pierwszy horror w historii kina, czyli "Gabinet doktora Caligari" (Robert Wiene, 1920)
Zapożyczenia z ekspresjonizmu niemieckiego są bardzo widoczne na płaszczyźnie wizualnej. Wynika to z tego, że bardzo wielu filmowców (jak wymieniony wcześniej Fritz Lang) wyemigrowało w latach 30. z Trzeciej Rzeszy dla bezpieczeństwa lub z powodu niezgody na współpracę z hitlerowską kinematografią. Joseph Goebbels złożył taką propozycję Langowi mimo tego, że reżyser był częściowo pochodzenia żydowskiego; Lang ją odrzucił i wyemigrował do USA, gdzie założył własną wytwórnię filmową (źródło).
Noir: Benn Mitchell, “Samotny mężczyzna”, Nowy Jork
Noir jest, jak nazwa wskazuje, ciemny, na co wpływa kilka czynników – oszczędne oświetlenie, często filmowanie poza studiem oraz w nocy. Wszystko to składa się na mroczny efekt końcowy i sprawia, że film wyglądał bardziej realistycznie. Inne rozwiązania techniczne, charakterystyczne dla tego gatunku, to filmowanie od dołu (tzw. żabia perspektywa), stosowanie obiektywów szerokokątnych, filmowanie bohaterów przez lustra i pryzmaty, oraz wielokrotne ekspozycje. Wszystko to składa się na bardzo rozpoznawalny klimat noir.

Charakterystycznymi zapożyczeniami z ekspresjonizmu są kontrasty, dramatyczne cienie, scenografia wywołująca poczucie uwięzienia. Mnie najbardziej zadziwiają jednak “połamane”, podzielone (często w skosie) kadry, zaadaptowane przez twórców noir i neo noir:
Niemiecki ekspresjonizm - "Gabinet doktora Caligari" (Robert Wiene, 1920)
Noir: Celia Johnson i Trevor Howard w brytyjskim "Spotkaniu" (1945, reż. David Lean)
Neo-noir: "City Whispers. Philadelphia, 1983" - fotografia uliczna, Ray K. Metzker.
Bardzo ciekawy wydaje mi się zabieg stanowiący wręcz wizytówkę noir – użycie cieni żaluzji, układających się na bohaterach i stanowiących metaforę krat więziennych:
I już wiemy, że dla tego pana nie skończy się to dobrze: Fred MacMurray w “Podwójnym ubezpieczeniu” (1944)
Bo to zła kobieta była: Mary Astor i Humphrey Bogart na planie "Sokoła maltańskiego" (1941)
Neo-noir: fotografia Luciena Clergue'a (1934-2014)
Ten wpis powstał jako wprowadzenie do przedstawienia mojej ulubionej noirowej postaci kobiecej – Rachael z "Łowcy androidów" Ridleya Scotta, męskiej fantazji inspirowanej kobietami kina lat 40., która sprawiła, że pokochałam tę estetykę.
Plakat do filmu "Łowca androidów" (1982), Krzysztof Domaradzki
Wpis o Rachael pojawi się na blogu w poniedziałek; w najbliższy czwartek zapraszam na zakupowy update.