13 września 2021

Sztuka pakowania

Pomysł na ten wpis pojawił się, kiedy pakowałam się, dość niechętnie, na zieloną szkołę, i zaskoczyłam dopiero w momencie, kiedy wybierałam, w co ubrać się na zajęcia. Bez najmniejszego poczucia obciachu spakowałam zestaw, w którym pojawiłabym się w szkole granatową szmizjerkę, czółenka i pas do pończoch. Dopiero kiedy zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy wziąć jeden pas, czy jednak dwa (ze względu na różne długości podwiązek), dotarły do mnie dwie rzeczy: primo, być może to nie do końca normalne. Secundo, ten blog spełnił swoją rolę w moim życiu.

Upewniła mnie w tym moja reakcja na dwa wpisy, ten poprzedzający mój wyjazd i ten, który pojawił się tuż po nim. Jeden kończyłam na dzień przed publikacją, drugi pisałam z dużym wyprzedzeniem, i potem poprawiałam – w obu przypadkach autentycznie zapomniałam o tym, że wpis pojawia się na blogu o ósmej rano, nie sprawdzałam odsłon. Gdzieś uleciał emocjonalny wymiar tego przedsięwzięcia. Nie chodzi o to, że nie mam o czym pisać; jeszcze chwilę temu miałam w wersjach roboczych rozpiskę postów aż do końca roku. Chodzi raczej o to, że po raz pierwszy, odkąd tego bloga założyłam (trzy i pół roku temu, w zamyśle na rok), nie czuję potrzeby pisania; nawet w niewielu przerwach, na które sobie pozwoliłam, poza tą ostatnią, męczyło mnie poczucie winy, które teraz wygasło. W pewnym sensie czuję się wolna.

Mam też co robić. Wracam do szkoły uczyć i uświadamiać dzieciakom, które na chwilę wyszły ze swoich pokoi, że istnieje coś takiego, jak ja prywatne i ja publiczne. Odczytuję przyszłość z kolekcji odzieżowych na jesień. Myślę o powrocie do wełnianych spodni, nowych bluzkach, swetrach, sztruksowej spódnicy, miękkiej skórzanej torbie. Krok po kroku odnawiamy z mężem mieszkanie wreszcie znaleźliśmy kuchnię, która podoba się nam obojgu. Uczę się historii sztuki na internetowych kursach, żydowsko-kresowej kuchni z książki Fani Lewando, slow life z dokumentów o monastycyzmie; moim celem jest rozwinięcie jak największych zasobów spokoju wewnętrznego, nie tylko dla siebie, ale by przekazywać go dalej rodzinie, uczniom, współpracownikom.

Umówmy się, że mój blog, jako regularna publikacja, staje. Za to nadal można mnie znaleźć, choć w ograniczonym zakresie, na instagramie. 

Dziękuję Wam za ponad trzy i pół roku i prawie trzysta pięćdziesiąt postów razem; to był dobry czas.  

Zdjęcie tytułowe: Arnel Hasanovic, Unsplash.

06 września 2021

Nie ma mnie

Mamy w rodzinie wziętego dentystę, człowieka, który przez lata wychodził z gabinetu tylko w niedziele, na wyraźne żądanie rodziny. Ostatnio jednak wyremontował dom w górach, gdzie odwiedziliśmy go w te wakacje. Największą zaletą tego domu, powiedział prócz tego, że jest świetnym miejscem spotkań, przyciągającym całą rodzinę jest to, że gdy jakikolwiek pacjent dzwoni do niego w weekend z prośbą o wizytę, może z czystym sumieniem powiedzieć nie ma mnie bo faktycznie jest ponad dwie godziny i sto kilometrów drogi od  gabinetu.

Do zapamiętania: gdyby komuś przyszło do głowy zlecić mi coś w ostatniej chwili, w weekend, lub w piątek wieczorem – na już, na sobotę, na niedzielę nie ma mnie. Mogę być za miastem, w domku bez zasięgu; na weekendzie z jogą; w zaprzyjaźnionym domu pod lasem i z internetem daleko w polu. Czas, w tym przypadku, to przestrzeń, a przestrzeń to dystans.

***

To były dla nas nietypowe wakacje. Córka spędziła z chęcią sporo czasu u dziadków i na obozie zuchowym, i po raz pierwszy od dawna miałam okazję naprawdę wywietrzyć się z poczucia, że ktoś mnie potrzebuje. Przypomniało mi to cytat z Rzymskich wakacji, na który ostatnio trafiłam w jakiejś książce, i który, pod wpływem impulsu wypływającego z potrzeby, zanotowałam:

Chciałabym robić to, na co mam ochotę. Przez cały dzień. Posiedzieć w kawiarence na ulicy, oglądać wystawy, chodzić po deszczu, zabawić się i rozerwać.
Co prawda jestem pewna, że księżniczce Annie chodziło o zgoła inne wystawy (sklepowe) niż te, których oglądanie stanowiłoby atrakcję dla mnie, ale sens pozostaje ten sam; zrobić sobie wakacje od życia, które pozwolą nam odpocząć i zregenerować się na głębszym poziomie. Pobyć w lesie lub nad wodą, pójść do muzeum, posiedzieć samotnie i poprzyglądać się ludziom w jakimś publicznym  miejscu, pójść na przejażdżkę rowerową, spacer czy masaż. Dać sobie odrosnąć.

***

Pod koniec 2018 roku opublikowałam wpis, do którego mam duży sentyment (choć pewnie dziś napisałabym go inaczej). Proponowałam w nim ćwiczenie polegające na wyobrażenie sobie swojego życia jako filmu, i co za tym idzie określenie jego klimatu i nastroju, oraz naszych celów, jako jego bohaterki. Podczas tegorocznych wakacji wróciłam do niego, i ze zdziwieniem skonstatowałam, że mójfilm”, czyli to, jak widzę teraz narrację o swoim życiu, mocno się przez te dwa i pół roku zmienił. W tej chwili przyjemność daje mi nie tyle dążenie do nieuchwytnej równowagi pracażycie i gonienie doskonałości w życiu zawodowym, ile budowanie życia alternatywnego względem pracy; zdecydowanie obieram kurs na prywatność. Chciałabym też nauczyć córkę mądrzejszego życia niż to, którym żyłam (i pewnie jeszcze pożyję, zanim nauczę się inaczej), a najłatwiej jest uczyć własnym przykładem.

Jednym z większych wyzwań, jakie przede mną stoją, to nauczyć się być mniej reaktywną; prywatnie nie próbować wszystkiego wyjaśniać, zawodowo bronić swoich granic, i odpowiadać przede wszystkim przed uczniami.

To będzie wkurzający rok wzdycham.

To będzie ciekawy rok. Pod każdym względem poprawia mnie mąż. 

 

Zdjęcie tytułowe: Deleece Cook, Unsplash.

30 sierpnia 2021

Migawki z Trójmiasta

Nocowaliśmy w pensjonacie we Wrzeszczu Górnym: okazuje się, że jestem chyba mocno sformatowana przez Warszawę, bo moją reakcją było "tyle ładnych budynków i nie w każdym jest ambasada"...

***

Wrzeszcz dolny. Ulica Wajdeloty; skupisko wegańskich knajp i kraftowych piwiarni.

 ***

Trzygodzinne zwiedzanie Europejskiego Centrum Solidarności było dla mnie trochę frustrującym doświadczeniem, bo audioprzewodnik (polecam wziąć własne słuchawki, ichnie mocno się nagrzewają) tłumaczy wszystko naprawdę dużymi, okrągłymi literkami. Kulminacją był moment pod koniec ekspozycji, kiedy przed ogromnym zdjęciem Tadeusza Mazowieckiego pan w słuchawkach łagodnie wyjaśnił mi, że na zdjęciu na ścianie widzę mężczyznę z dłonią uniesioną w geście zwycięstwa i że jest to Tadeusz Mazowiecki. Ale młodzież podobno lubi, a kiedy pobuszowałam w materiałach dodatkowych, znalazłam sporo rzeczy dla siebie. m.in. informacje o alternatywnych ruchach młodzieżowych - Ruchu Wolność i Pokój, Federacji Młodzieży Walczącej, Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego i Niezależnym Zrzeszeniu Studentów).

 

I ten cytat, niezmiennie aktualny:
Chodzi o to, żeby społeczeństwo miało świadomość, że nie jest tylko przedmiotem jakiejś walki czy gry, ale by stawało się coraz bardziej podmiotem. Myślę, że nasza rola w upodmiotowieniu społeczeństwa jest dość istotna. - Andrzej Wielowieyski.
Po zwiedzaniu ECS, sali BHP i spacerze po dostępnym terenie stoczni zjedliśmy w 100czni, czyli hipsterskim zagłębiu knajpiano-koncertowym przy ul. Popiełuszki 5 - trochę ciężko było tam trafić (nie mieliśmy adresu), ale było warto.

Po ECS mieliśmy zabukowane bilety na zwiedzanie Teatru Szekspirowskiego (zdecydowanie przydał  się wcześniejszy zakup biletów do ECS, do teatru było trochę chętnych, ale na pewno nie tłumy), i było to kolejne konfundujące doświadczenie. Dorastałam jako anglistka wraz z projektem wystawienia teatru, i mam wrażenie, że ktoś (albo kilku ktosiów, będzie bez nazwisk) chciał za bardzo. Ostatnią rzeczą, którą można powiedzieć o tym budynku z antracytowej cegły jest to, ze się wtapia w otoczenie. Nie wydaje mi się także funkcjonalny jako konstrukcja, a zabezpieczenia na galeriach dodatkowy ograniczają widoczność - wszędzie mamy słupy, barierki albo dodatkowe metalowe zabezpieczenia; mam wrażenie, że to jeden z tych przypadków, kiedy odtwarzanie rozwiązań z przeszłości nie działa. 

 

Za naszej bytności grano "Burzę", którą znam do bólu, a sam spektakl miał raczej chłodne recenzje, więc nie przetestowałam teatru na sobie, ale jeśli miałyście doświadczenie oglądania tam czegoś, jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń.

***

Do zwiedzania Gdyni też podeszliśmy (czyt.: ja) metodycznie: podjechaliśmy na szczyt Góry Kamiennej, gdzie zostawiliśmy samochód na sporym (wygląda na to, ze bezpłatnym) parkingu, i ruszyliśmy szlakiem modernistycznych willi. (Dobry przewodnik znalazłam tu.)

Potem zeszliśmy z góry do miasta i weszliśmy na kolejny szlak, tym razem kamienic modernistycznych w centrum, przy okazji kupując dziecku bluzę zuchową i jedząc świetny obiad w gruzińskiej piekarni.

O Ketili Puri pisałam już na Instagramie, ale powtórzę, że jedzenie było fantastyczne, a obsługa przemiła (jedliśmy tam jeszcze dwa dni później, i ściągnęliśmy tam znajomych, którzy dali piękny pokaz najedzenia). Prócz bardzo dobrych zup, szaszłyka w chlebie, i niebiańskich strudli sprzedają też wino. Można ich znaleźć w Gdyni, Słupsku, Olsztynie i Koszalinie.

Kończąc trasę zwiedziliśmy zupełnie nieoblegany, w przeciwieństwie do ORP Błyskawica, Dar Pomorza, wróciliśmy do dolnej stacji kolejki na Kamienną Górę i weszliśmy po 240 schodkach na górę (wciąż za mało, by spalić obiad u Gruzina). Chciałabym móc powiedzieć, że w drodze powrotnej odwiedziliśmy plażę w Orłowie, ale a) brakło nam prądu (budziłam się tam o bardzo wczesnych porach), b) wpakowaliśmy się w popoludniowy korek na spinającej Trójmiasto Alei Niepodległości.

***
Kolejny dzień w Gdańsku był mocno nierówny - pewnie dlatego, że pogoda była niesprzyjająca, a my zmęczeni. Dość powiedzieć, że Dom Uphagena był naszym zdaniem ciekawszy od Dworu Artusa, Muzeum Morskie okazało się za mało nowoczesne i mechaniczne, by zadowolić mojego męża. Pojechaliśmy do Oliwy, ale byliśmy zbyt zmęczeni, by docenić Park Oliwski i XIX-wieczną architekturę, spóźniliśmy się też na prezentację organów w katedrze (w dni powszednie ostatnia jest o 15.00).
Nie wiem, kim jest ten anonimowy pan z Dworu Artusa, ale moim zdaniem wygląda zupełnie jak Panoramiks.

Jasnym punktem dnia była zdecydowanie cukiernia Umam, do której zaciągnęłam męża po południu, żeby odczarować deszczowy dzień: mają w Gdańsku dwa czy trzy lokale, ale poszliśmy do matecznika na Hemara 1, I zjedliśmy dwa absolutnie zachwycające ciasteczka (Financier, Rabarbarotka) i jedno nieco zbyt eksperymentalne, ale wciąż bardzo dobre (Mille Feuille).

Od lewej do prawej: Mille Feuille (karmelizowane ciasto francuskie, krem diplomat, świeża skórka z limonki, maliny), Financier (biszkopt migdałowy, śliwki, mleczna czekolada, earl grey) , Rabarbarotka (shortbread, mus z białej czekolady, rabarbar)


Następnego dnia rano pojechaliśmy do Sopotu i szybko doszliśmy do wniosku, że to wrota piekła. Odbiliśmy się od oblężonego molo i kultowego baru Przystań, bez problemu skorzystaliśmy z oferty Festiwalu Literacki Sopot 2021 i szybko uciekliśmy z Monciaka w boczne uliczki. 

Pojechaliśmy potem do Gdańska zjeść obiad i spotkac się że znajomymi - nie w Barracudzie, jak wstępnie planowaliśmy, ale znów u Gruzina. Wieczór (i pobyt) skończyliśmy na molo w Orłowie,  patrząc na spokojna wodę i Sopot z bezpiecznej odległości.

Peace by Orłowo 

Tyle o Trójmieście, a za tydzień zapraszam na pierwszy regularny wpis sezonu.

02 sierpnia 2021

Jak poznać historię sztuki

Jakiś czas temu stwierdziłam, że brakuje mi wizyt w muzeach. Nie chodzi wyłącznie o bezpośredni kontakt z pracami, których faktura, powierzchnia, obecność, umieszczenie względem innych wpływa na odbiór; w samej przestrzeni muzealnej jest coś, co odbieram jako głęboko kojące. Mam wrażenie, że muzea to jeden z ostatnich wytworów cywilizacji ludzkiej, i chyba zarazem najmłodszy, gdzie można znaleźć spokój. 

Kilka miesięcy temu poczułam też, że potrzebuję odskoczni od pracy, i pomyślałam o czymś, co lubiłam, zanim jeszcze całkowicie zagarnął mnie świat liter oglądaniu obrazów. (Kiedy byłam mała, jednym ze skuteczniejszych sposobów na usadzenie mnie w miejscu było wciśnięcie mi w ręce „Od Giotta do Cezanne'a”.)

Postawiłam dowiedzieć się więcej, i postawiłam na sposób gromadzenia wiedzy, który odzwierciedla to, jak organicznie, już po zakończeniu formalnej edukacji, zdobywałam wiedzę z mojej dziedziny, czyli gromadzenie jej warstwa po warstwie, i obserwowanie, jak wszystko zaczyna się zazębiać.

W tym wpisie opowiem o źródłach, których używam, dzieląc je na dwa rodzaje – przekrojowe, dla systematycznych, i wycinkowe, jeśli wolicie swobodnie wędrować po materiale. Ja robię jedno i drugie: moją bazą jest kurs Khan Academy, utrwalam materiał czytając Gombricha, trochę czytam „w bok” o rzeczach, które bardziej mnie interesują, i oglądam YouTube; potem zamierzam przeczytać co najmniej jedną przekrojową historię sztuki, i przejdę do monografii (a ponieważ nie chcę się zanudzić, zakładam, że Taschen też się liczy).

Końcowe zastrzeżenie: ten wpis nie informuje, jak przygotować się np. do matury z historii sztuki, mocno polegającej na pamięciówce, ale jest skierowany do amatorów. 

Śliwkową czcionką zaznaczyłam materiały nietłumaczone na język polski. 

***

Materiały przekrojowe

Do bezpłatnego kursu historii sztuki na Khan Academy zbierałam się dwa lata, ale na pewno, jeśli jesteśmy zmotywowani, stanowi on świetne rusztowanie, na którym możemy budować dalej.

Uwaga: na Khan Academy są dwa kursy historii sztuki – jeden nieco myląco zatytułowany jako rozszerzony, przygotowujący do amerykańskiej matury, i bogatszy kurs, zatytułowany po prostu „Historia Sztuki/ Art History”. Gorąco polecam ten drugi, przygotowany przez specjalistów z projektu Smarthistory – nieograniczający się wyłącznie do sztuki Zachodu, przedstawiony z pasją, i w miarę zróżnicowany pod względem formy (zawiera filmy z różnych źródeł, artykuły, quizy sprawdzające).

Kurs jest przetłumaczony na polski tylko częściowo (i niezbyt dobrze); wiem, że w sieci można zapisać się na – inaczej pomyślane płatne kursy historii sztuki w języku polskim w formie wykładów, ale wyglądają one zupełnie inaczej (tu próbka jednego z nich).

Na szczęście na polski przetłumaczono kilka dobrych podręczników, które oferują jakość i systematyczne potraktowanie tematu. Jak już wspominałam, czytam „O sztuce” Gombricha, żeby ugruntować sobie materiał z Khan Academy, ale – choć to przystępnie napisana, mądra, a w nowych polskich wydaniach także piękna książka, jest też, no... czarująco staromodna. Pierwsze wydanie wyszło w 1950 roku, i trudno uwierzyć, że profesor Gombrich był wtedy w moim wieku; przemawia do czytelnika w stylu kojarzącym mi się z bardzo staromodną pogadanką BBC, i choć ma to swój urok, jestem w stanie uwierzyć, że nie każdy taki ton lubi. Do tego rzadko pojawiają się w książce dzieła sztuki świata niezachodniego, a prace kobiet w zasadzie wcale. 

O wiele lepiej wypada pod tym względem książka panów Honoura i Fleminga (choć Hugh Honour, znakomity znawca neoklasycyzmu i europejskich sztuk dekoracyjnych był głównym autorem, John Fleming, jego partner życiowy, wspierał go w pracy). Wydana po raz pierwszy w 1982 roku i wielokrotnie uzupełniana, ich tysiąc stronicowa „Historia sztuki świata” jest  świetnie napisana i dość kompletna – tak jeśli chodzi o ramy czasowe, jak i uwzględnienie sztuki afrykańskiej, azjatyckiej i krajów Oceanii. Niestety, ciężko dostać ją w przyzwoitej cenie (w Polsce wydano ją prawie 20 lat temu). 

Gdybym miała sugerować tańszą alternatywę, byłby to może mniej fajny, ale solidny podręcznik historii sztuki, często używany na amerykańskich uniwersytetach, odpowiedzialny za co najmniej tyle samo skrzywionych kręgosłupów, co książka Honoura i Fleminga „Historię sztuki” H. W. Jansona. (Choć Jansona interesowała relacja między sztuką Wschodu i Zachodu, pierwsze wydanie jego książki w 1962 roku było krytykowane za niewymienienie ani jednej pracy czy nazwiska kobiety. Szczerze mówiąc, zniechęca mnie to mniej niż przyciężki styl, jakim jest napisana.)

Dla swobodnych wędrowców

Podobała mi się klasyczna już „Potęga sztuki” Simona Schamy – dokument BBC i teraz czekam na okazję, by obejrzeć „Piękne cywilizacje” z udziałem jego, Mary Beard i Davida Olusogi. 

Dobre materiały można też znaleźć na YouTube – moje ulubione kanały z krótkimi filmami o historii sztuki to The Canvas (Shawn, Kanadyjczyk o kojącym głosie, wybiera niebanalne tematy), The Art Assignment (świetnie zmontowane filmy opracowane przez Sarah Urist Green, prywatnie żonę autora Johna Greena i byłą kuratorkę muzealną) i The National Gallery (wykład o Caravaggiu jest bombowy!).

Jeśli wolicie czytać, bardzo dobre artykuły poparte solidnym researchem piszą dziewczyny ze strony Niezła Sztuka – jeśli nie znacie, polecam. Sean z The Canvas poleca serię Taschen Basic Art to ta seria w najnowszej szacie graficznej; sporo z tych książek zostało wydanych po polsku, i łatwo je znaleźć na Allegro. Dobrych biografii artystów szukałabym w serii „Fortuna i Fatum” (choć np. bezdyskusyjnie najlepsza biografia Fridy Kahlo wyszła nakładem innego wydawnictwa).

Z dużą przyjemnością czytałam Krótką historię sztuki tworzonej przez kobiety Susie Hodge. Tak samo jak Krótka historia sztuki współczesnej tej autorki, książka ta ma trzyczęściową strukturę: wprowadzenie do ruchów artystycznych, wybór kluczowych dzieł z komentarzami, objaśnienie technik. O ile jednak pierwsza książka podobała mi się bardzo, o tyle w drugiej najcenniejsza wydała mi się pierwsza część; tak wybór prac jak i komentarze do nich wydały mi się mniej trafione, przemyślane.

Jeśli chodzi o książki uczące czytać sztukę, ciekawa, choć nierówna, jest seria Jak czytać... wydawnictwa Universitas – książka Stefano Zuffiego o malarstwie renesansowym sprawiła mi dużo frajdy, ale już książka Iana Jeffreya o fotografii była mocno rozczarowująca. Na pewno mnie to jednak nie zniechęci do serii jako takiej (zawiera bardzo intrygujące tytuły).

Ciekawie wygląda też książka Looking at Pictures” Susan Woodford (tu fragment), zasadniczo skierowana do osób niezaawansowanych, ale oferująca skuteczne narzędzia do odczytywania obrazów.

Warto też rozejrzeć się w ofercie Coursery: z przyjemnością przeszłam przez bezpłatny kurs o gender w sztuce (Sexing the Canvas), firmowany przez uniwersytet w Melbourne. Płatne i nieodpłatne kursy na tej platformie oferuje MoMA; jeśli nie interesuje Was sztuka nowoczesna, znajdziecie tam kursy o sztuce starożytnej czy sztuce XIX-wiecznej Japonii.

Jeśli macie lepszą niż ja relację ze swoimi smartfonami, warto pobawić się Google Arts &Culture – mnie zniechęca potencjalny czasożerny wymiar tej strony/ aplikacji, ale często znajduję tam ciekawe materiały do pracy, a i można się stamtąd dowiedzieć, jakie perełki można znaleźć w swoim lokalnym muzeum.

Bowiem ostatnim, i zarazem pierwszym, elementem nauki doceniania dzieł sztuki jest bezpośredni z nimi kontakt. Jestem boleśnie świadoma tego, że oferta muzeów w Warszawie jest odległa od tego, co można zobaczyć w Wiedniu, Berlinie czy Londynie, ale zwykle nawet na słabszej wystawie udaje mi się znaleźć prace warte odwiedzin i przypatrzenia się, które czegoś mnie uczą. 

Do tego daje mi to sporą satysfakcję: po zaledwie trzech miesiącach trenowania oka widzę, że inaczej patrzę na obrazy czy rzeźby. Po pierwsze, odbieram je w szerszym kontekście; po drugie, widzę je jakby w większej rozdzielczości, zauważam więcej ważnych elementów i doceniam technikę.

***

Widzę, że nie jestem w tym sama  –  niedawno spotkałam się z koleżanką, która dorobiła się sporej kolekcji książek o japońskiej sztuce układania kwiatów (w tym „Kwiaty Japonii i sztuka kompozycji kwiatowych z serii Jak czytać..., którą niedawno kupiłam), i na razie bezskutecznie szuka kursu układania ikebany w Polsce. Czy Wy też, w ramach hobby, coś zgłębiacie, czegoś się uczycie? Podzielicie się tym, co to jest i gdzie szukacie wiedzy?

Tak jak pisałam tydzień temu, robię sobie miesiąc przerwy od bloga, i wrócę na początku września – chcę poczytać, popatrzeć na świat, i zebrać siły do pracy i pisania. Jeśli przez ten czas trafię na coś fajnego, podzielę się tym z Wami na moim Instagramie.

Pięknego sierpnia i do przeczytania!

Zdjęcie tytułowe: Руслан Гамзалиев, Unsplash.

26 lipca 2021

Stoicyzm, czyli siła i współczucie

Kiedy zaczęłam szukać dobrego tłumaczenia „Rozmyślań” Marka Aureliusza proszę, nie regulujcie jeszcze odbiorników zauważyłam, że tak teksty stoików, jak i większość książek popularyzujących ich filozofię, czytają, recenzują i rekomendują głównie młodzi mężczyzni (w Polsce sytuacja wygląda nieco lepiej, może ze względu na strategię wydawnictw wysyłających blogerkom kopie recenzenckie). Wszystkich pięciu autorów współczesnych bestsellerów o stoicyzmie to mężczyźni, a Ryan Holiday, autor numeru jeden (do którego dalej polecę sensowną alternatywę), urodził się w 1987 roku. (Numer piąty na liście rekomenduje z kolei Timothy Ferris, starszy o 10 lat od Holidaya archetypiczny amerykański wieczny chłopiec). Innymi słowy, szukając książek o stoicyzmie zaczęłam czuć się tak, jakbym przypadkowo trafiła na spotkanie męskiego klubu.

Tymczasem moja babcia – która podczas wojny z dwojgiem dzieci i maszyną do szycia wielokrotnie przekraczała linię frontu, wyciągnęła dziadka z obozu jenieckiego, a potem bez mrugnięcia okiem znosiła jego wojenne i powojenne przygody – zaczytywała się w Senece, i cytatami z niego uzasadniała swoje decyzje. (A tych ostatnich, prywatnych i biznesowych, często dość grubego kalibru, podjęła w życiu zawstydzająco wiele.) Ze stoicyzmu czerpią też Arianna Huffington, J.K. Rowling, i wiele innych kobiet; wiele jest też badaczek filozofii stoickiej (klik i klik).

Moją babcię z paniami Huffington i Rowling łączy to, że nie sposób byłoby uznać żadnej z nich za osoby o słabym charakterze. To mogłoby zaskoczyć Marka Aureliusza, który co prawda kobiety ze swojej rodziny szanował, ale kobiety w ogólności przedstawiał w „Rozmyślaniach” jako wzorzec negatywny, przeciwstawiając je mężczyznom jako osoby o słabym charakterze. Było to jednak absolutnie normalne w tamtych czasach (drugim wieku naszej ery?), i nie ma potrzeby, w imię kilku kontrowersyjnych prawie dwa tysiące lat później stwierdzeń, rezygnować z całej mądrości autora. (Dr Piotr Stankiewicz proponuje wręcz „stoicyzm reformowany”, odświeżoną i zgodną z dzisiejszą wiedzą o świecie wersję tej filozofii.)

Dlaczego warto dziś sięgnąć po stoików? Cytaty z „Rozmyślań”, które do mnie przemówiły, umieściłam z osobnym wpisie (wolałam to, niż skonstruować jeden wpis, za to tak długi, że mało kto przezeń przebrnie). Wpis ten w którymś momencie odpłynął mi jednak nie w kierunku pokazywania tego, co do mnie trafia, a raczej w demonstrację różnic między różnymi tłumaczeniami (Mariana Reutera, Krzysztofa Łapińskiego, i angielskim, Gregory'ego Haysa). Wróćmy jednak do punktu wyjścia.

***

Nadawszy sobie takie imiona: dobry, skrom­ny, prawdziwy oraz rozumny, rozumiejący, wyrozu­miały, pilnuj, byś nie został przezwany inaczej. Jeżeli stracisz te imiona, szybko do nich wracaj. („Rozmyślania”, X.8., tłum. Krzysztof Łapiński)

Do tej pory stoicyzm kojarzył mi się, jak chyba wszystkim, z zachowaniem spokoju i godności w obliczu spotykających nas nieszczęść, oraz wyrzeczeniem się przyjemności – i powiedzmy, że trudno to nazwać skuteczną reklamą. Są to jednak uproszczone i nieco zniekształcone interpretacje bardziej skomplikowanych założeń składających się na ten system filozoficzny – zadziwiająco aktualny, jeśli spojrzeć np. na ten cytat:

Zdrowe oko ma widzieć wszystko, co widzialne, a nie mówić: chcę patrzeć tylko na zieleń. To bowiem dotyczy chorych oczu. Zdrowy słuch i węch mają być gotowe do odbierania wszystkiego, co słyszalne i wyczuwalne węchem, a zdrowy żołądek podobnie ma być gotowy na wszystkie pokarmy, jak młyn, który jest dostosowany do mielenia wszystkiego, co da się zmielić. A zatem zdrowe myślenie powinno być gotowe na wszystko, co się przydarza. A jeśli mówi: „niech moje dzieci będą bezpieczne”, oraz: „niech wszyscy chwalą to, co zrobię”, jest jak oczy szukające zieleni i zęby miękkich potraw. („Rozmyślania”, X.35, tłum. j.w.)

Trudno o lepszą pochwałę treningu empatii i wrażliwości społecznej, podkreślającą rolę widzenia świata w całości, z jego dobrem i złem.

Inne cechy filozofii stoickiej, które uderzyły mnie podczas lektury „Rozmyślań”, a których wcześniej nie byłam świadoma, to nacisk na świadomość a) miejsca jednostki w społeczności i w świecie, b) skali tego, co nam się przydarza. Odnośnie do tego pierwszego: bardzo zaskoczył mnie cytat mówiący, że jeśli przydarzyło się nam coś bolesnego, co nie wpływa negatywnie na wspólnotę, w której funkcjonujemy, nie powinniśmy tego odbierać tego w kategoriach krzywdy czy szkody:

To, co nie przynosi szkody państwu, nie szkodzi obywatelowi. W odniesieniu do każdego wyobrażenia o szkodzie, taki zastosuj probierz: jeżeli państwo przez to nie ponosi szkody, ja również nie doznałem szkody. („Rozmyślania”, V.22., tłum. j.w.)

Z drugiej strony, „co szkodzi ulowi, szkodzi pszczole” – to, co szkodzi wspólnocie, zawsze szkodzi obywatelowi.

Oczywiście, istotny jest tu fakt, że Marek rządził Rzymem, ale bardzo podoba mi się to, że takie widzenie świata nie tylko pięknie odzwierciedla/ kształtuje postawy obywatelskie, ale też pozwala pamiętać o różnicy między tym, co może przydarzyć się jednostce (pewna doza cierpienia jest niezbywalną częścią ludzkiego doświadczenia), a tragediami na dużą skalę, dotykającymi całe społeczeństwo.

Bierze się to zapewne z tego, że czasy pierwszych stoików były dużo mniej spokojne, niż nasze. Nawet dobrze urodzeni i sytuowani Rzymianie mogli z dnia na dzień wpaść w niełaskę, i zostać na skazani na wygnanie (jak Epiktet), konfiskatę majątku, czy śmierć przez samobójstwo (Seneka). Jako cesarz, Marek Aureliusz nie był co prawda zależny od kaprysów władcy, ale wiele lat spędził na wojnie, stracił co najmniej ośmioro z trzynaściorga dzieci – większość w niemowlęctwie, ale też w wieku kilku lat, co napawało go smutkiem – a do tego za czasów jego i jego następcy w Cesarstwie Rzymskim szalała pandemia, tzw. zaraza Antoninów (najprawdopodobniej ospa prawdziwa), na którą zmarło, według różnych szacunków, od 5 do 10 mln osób.

Spójrz na każdą istniejącą rzecz, jakby już uległa rozpadowi i dokonywała się w niej przemiana, i jak gdyby nastąpiło gnicie i rozkład, innymi słowy, na każdą jak na zrodzoną do śmierci. („Rozmyślania”, X.18, tłum. j.w.)

Nic, co jest naturalne, włączywszy w to choroby i śmierć, nie powinno być dla człowieka powodem do załamania:

Krótko mówiąc, pamiętaj, że obywatelowi państwa natury nie szkodzi nic, co nie szkodzi państwu, ani państwu nie szkodzi, co nie szkodzi prawu. Tak zwane nieszczęśliwe zdarzenia nie szkodzą prawu. Co zaś nie szkodzi prawu, nie szkodzi ani państwu, ani obywatelowi. („Rozmyślania”, X.33, tłum. j.w.)

Stoicy podkreślali też wagę odpowiedzialności – za społeczność, za swoje czyny i ich spójność z naszymi przekonaniami, nawet za emocje. Prócz indywidualnych problemów większego kalibru (których nie należało odbierać jako miażdżących nieszczęść, bo nie zagrażały dobrostanowi społeczeństwa), Rzymianie byli bowiem tak samo jak my narażeni na codzienne frustracje i przykrości, Stoicy starali się, na ile mogli, nie tyle tłumić gniew i poczucie krzywdy, co zapobiegać temu, by się w nas rozwinęły, wychodząc z założenia, że tłumienie złości jest szkodliwe, a wyrażanie jej (obojętnie, czy w sposób akceptowalny społecznie, czy nie) też zawsze końcem końców krzywdzi tego, kto ją odczuwa, a niekoniecznie jej adresata. 

Reszta wpisu skupi się na technikach, które proponują nam stoicy, by postrzegać świat takim, jakim jest, i nie dać się zwieść naszej, często negatywnie zafałszowanej, interpretacji sytuacji. Podstawą jego dalszej części jest książka profesora Williama Irvine'a, „Wyzwanie stoika; zastrzegam, że choć jest w niej trochę dobrych pomysłów, to raczej materiał na dwa dobre TED talki, niż na książkę – jest powierzchowna, rozdmuchana, pełna powtórzeń, a jej lektura zajęła mi raptem dwie godziny. (To jeszcze nie jest ta sensowna alternatywa, o której wspominałam powyżej.)

***

Jest co najmniej kilka rzeczy, o których Europejczyk żyjący w XXI wieku zapomina z równą łatwością, co Rzymianin w wieku II. Są to:

  • uprzywilejowanie dzięki życiu w określonym miejscu i czasie (nawet jeśli chodzi o pandemię, Marek Aureliusz podjął serię decyzji zapobiegających panice i jeszcze szybszemu rozprzestrzenianiu się plagi); 

  • niemożność kontrolowania rzeczywistości dzięki postępowi technologicznemu; 

  • realistyczny odbiór swego miejsca w świecie to, że nie jesteśmy jego centrum, i że rzeczy przykre przydarzają się losowo, a nie konkretnie nam;  

  • wrażliwość społeczna czyli to, że nie żyjemy w próżni, i że wokół są ludzie, których okoliczności życiowe są dużo trudniejsze, niż nasze. 

Brak pamięci o tych sprawach, egoizm, i często brak poczucia proporcji tego, co nam się przydarza, prowadzi do frustracji.

Starożytni stoicy wiedzieli, że chociaż mamy ograniczony wpływ na to, jakich komplikacji doświadczamy w życiu, to możemy w dużej mierze decydować o tym, jak je interpretujemy, czyli w przeważającej części to od nas zależy, jak na nas wpływają. Ludzie zazwyczaj traktują życiowe komplikacje jak irytujące incydenty albo co gorsza – niezasłużone udręki; w efekcie reagują na nie frustracją albo złością.

Traktując komplikację życiową jako stoicką próbę, wyrywamy podświadomość z pętli problem–reakcja. A dokładniej, uniemożliwiamy jej taką interpretację wydarzeń, która wskazuje winnego naszych problemów, bo zakłada, że ktoś nas krzywdzi albo wykorzystuje. Tym samym nie dopuszczamy do głosu swoich emocji, a to nie tylko radykalnie obniża emocjonalny koszt problemu, lecz także zwiększa szanse na to, że poradzimy sobie z nim w racjonalny sposób.(„Wyzwanie stoika”)

Tytułowe „wyzwanie stoika” wygląda więc tak: w chwili, gdy przydarza nam się w życiu coś, co wzbudza nasze oburzenie i bunt (jak coś takiego mogło mnie spotkać?”) bierzemy głęboki oddech, liczymy do dziesięciu, i podejmujemy grę: nie poczuć złości, nie dopuścić do myśli, jak mogło się to przydarzyć akurat nam. Dodam, że rozumiem to jako walkę z poczuciem, że należy nam się gładkie i wolne od niedogodności życie; jeśli przeciwstawienie się przeciwnościom faktycznie zmieni coś na lepsze dla innych osób, spokojne przeciwstawienie się złu jest jak najbardziej pożądane – ale brak zaburzającego osąd sytuacji gniewu może nam tylko pomóc w osiągnięciu celu. 

Aby gra się powiodła, mamy do dyspozycji trzy główne narzędzia:

  • negatywną wizualizację

  • stoicką przygodę  

  • trening odporności.

Negatywna wizualizacja

Psychologowie pracujący z panikarzami takimi, jak ja, lubią zadawać pytanie „jaka jest najgorsza rzecz, która może się wydarzyć?” Sztuka w tym, żeby nie zadawać sobie tego pytania w momencie, w którym akurat czegoś się boimy, ale niejako uprzedzająco, ćwiczebnie, wyobrażając sobie trudną stratę lub rzeczywistość; celem ćwiczenia jest uczynienie naszym punktem odniesienia nie sytuację idealną, ale dużo trudniejszą sytuację życiową. 

Proces ten, znany dziś jako negatywna wizualizacja, należy do najbardziej niezwykłych narzędzi psychologicznych w repertuarze stoika. Co istotne, zalecając negatywną wizualizację, stoicy nie zachęcają nas, żebyśmy roztrząsali potencjalne czarne scenariusze; wtedy faktycznie na pewno popadlibyśmy w depresję. Zamiast tego od czasu do czasu warto oddać się przelotnej refleksji, że nasze życie i okoliczności mogłyby być mniej pomyślne. („Wyzwanie stoika”)

Dwa zastrzeżenia: po pierwsze, to ćwiczenie można prowadzić dowolnie daleko, ale nie chodzi w nim o to, by iść ad absurdum, ale by naprawdę skonfrontować się ze swoimi lękami i wyobrazić sobie konieczność stawienia im czoła. Po drugie, wrażliwość na zawirowania życiowe jest sprawą osobniczą – ostatnio przeczytałam, że szczególnie podatne na emocjonalny odbiór bolesnych wydarzeń są osoby z ADHD (kontrowersyjnym, ale nadal diagnozowanym).

Stoicka przygoda

Drugim sposobem na wzmacnianie swojej odporności psychicznej jest szukanie wyzwań i poszerzanie swojej strefy komfortu, stawianie się w sytuacjach, w których może się zdarzyć coś niespodziewanego;

Jedną z najlepszych metod przygotowań do stoickich prób jest doświadczenie, które nazwę stoicką przygodą. W ramach takiej przygody robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby postawić się w trudnej sytuacji – czyli w sytuacji, w której coś może nas niemile zaskoczyć. („Wyzwanie stoika”)

To zalecenie pojawia się często w kontekście wzmacniania swojego poczucia wartości przez budowanie (uzasadnionego) obrazu siebie jak osoby będącej w stanie radzić sobie w różnych sytuacjach. W kontekście stoickim podejmowanie wyzwań wyciągających nas ze strefy komfortu ma nam docelowo pomóc zachować spokój w obliczu niespodziewanych wydarzeń, nie będących konsekwencją naszego wyboru.

Trening odporności

To świadome, zaplanowane (bez elementu zaskoczenia) wchodzenie w  sytuacje, w których znosimy jakiś stopień dyskomfortu (brak lunchu czy klimatyzacji, konieczność czekania). Alternatywą do treningu odporności jest odmówienie sobie czegoś przyjemnego(np. pójścia na lody). Profesor Irvine zaznacza też, że nie jest to metoda dla wszystkich, np. nieletnich czy chorych.

Być może brzmi to jak masochizm, ale stoicy wiedzieli, że jeśli będą systematycznie wystawiać się na dyskomfort, zaczną doświadczać mniej dyskomfortu w codziennym życiu. Dlatego uważali, że jest to dobra inwestycja ich czasu i energii.(...)

Seneka, jeden z najbogatszych ludzi w Rzymie, okresowo „ćwiczył się w ubóstwie”. Radził, żeby pójść za jego przykładem, wyznaczając „kilka dni, podczas których – zadowalając się bardzo niewielką ilością jak najprostszego pożywienia, tudzież grubą i szorstką odzieżą – zadawałbyś sobie pytanie: »Czyżby to było to, czegośmy się tak obawiali?«” („Wyzwanie stoika”)

I na koniec jeszcze jedna rada z „Rozmyślań:
Gdy tylko urazi cię czyjś występek, natychmiast zapytaj, czy aby sam nie czynisz czegoś podobnie występnego, na przykład uznajesz, że pieniądze są dobrem albo przyjemność, albo sława, lub rzeczy podobnego rodzaju. Pojąwszy to, szybko zapomnisz o gniewie, tym bardziej, kiedy przy tym weźmiesz pod uwagę, że ten człowiek działa pod przymusem. Co bowiem może zrobić? Chyba że jeśli potrafisz uwolnisz go od przymusu. (X.30, tłum. j.w.) 

***

Przede mną lektura książki Piotra Stankiewicza Sztuka życia według stoików. Jak żyć mądrze, dobrze i szczęśliwie recenzje są bardzo pozytywne, przejrzałam też egzemplarz biblioteczny i stwierdziłam, że faktycznie jest to książka do kupienia i powolnego czytania. Zacznę czytać ją od września, z nadzieją, że pomoże mi przejść chaotyczne czasy w pracy:-) Zapisałam się też w bibliotece na Stoicyzm uliczny. Jak oswajać trudne sytuacje Marcina Fabjańskiego (edit: już tę książkę przejrzałam, i opisane sytuacje są przedstawione w tak sugestywny sposób, że sama się stresuję czytając). Kolejny będzie Seneka – ze względu na babcię, i to, że fajniej się go czyta, niż Epikteta; internet poleca wydanie z czarnej serii Penguina.

Jeśli nie udało mi się Was zachęcić do lektury stoików lub o stoikach, dodam, że choć w domu mieliśmy tom „Rozmyślań” Marka Aureliusza, do lektury zachęciły mnie, wiele lat później, dwie naprawdę piękne i melancholijne książki, które bardzo Wam polecam – „Pamiętniki Hadriana” Marguerite Yourcenar i wiersze Konstandinosa Kawafisa (o Kawafisie pisałam tu). 

***

Patrzę na długość tego wpisu i myślę, że co prawda w roku szkolnym nie dam rady produkować postów tej długości, ale w lipcu odpoczęłam i zanotowałam kilka ciekawych pomysłów; za tydzień pojawi się ostatni wakacyjny wpis i wezmę sobie miesiąc wolnego od bloga – nie dlatego, że jestem wypalona, ale żeby poczytać, poobserwować świat i zebrać trochę inspiracji.

Do przeczytania!

 

Bibliografia:

Aureliusz, Marek i Krzysztof Łapiński. Rozmyślania: (do siebie samego). Wydawnictwo Czarna Owca, 2020.

Irvine, William Braxton. Wyzwanie stoika: Jak dzięki filozofii odnaleźć w sobie siłę, spokój i odporność psychiczną. Insignis, 2020.

 

Zdjęcie tytułowe: Brooke Lark, Unsplash.